Strajk kobiet – Kobiety RP

Protest Kobiet, Ratujmy Kobiety, ponad 200 tys. podpisów pod społecznym projektem ustawy znacznie liberalizującej przepisy aborcyjne. I niedawno ogłoszony strajk. Kilkadziesiąt tysięcy deklaracji „wezmę udział” na Facebooku. No, zobaczymy.

 

Niejasne i jak zwykle niemrawe poczynania KOD: „za, a nawet przeciw”. Znana od ćwierćwiecza hipokryzja czołowych partii politycznych. Sytuacja się zmienia – w miarę widocznego dla wszystkich wzrostu zainteresowania czarnym protestem, zarówno KOD, jak partie polityczne, zaczynają okazywać „sympatię”. Uważam, że Obywatele RP powinni być jednoznacznie za. Za strajkiem – a nie tylko za społecznym projektem, który właśnie wylądował w koszu.

Cokolwiek stoi za niewyraźnym stosunkiem KOD: troska o „słupki poparcia”, niechęć wykraczania poza oczywiste hasła o demokracji; cokolwiek powoduje znane od dekad faryzejskie lawirowanie partii politycznych i pieprzenie o kompromisie – chodzi o nierozpoznany z powodu lęków stan naszych umysłów. Strajk kobiet, jeśli istotnie ma nawiązać do islandzkiego pierwowzoru, ma właśnie umysłami wstrząsnąć. Nie tylko i nie przede wszystkim umysłami politycznych decydentów, ale „opinią publiczną”, o ile coś takiego jeszcze w Polsce istnieje. Strajk kobiet ma cel społeczny, a niekoniecznie polityczny, choć jedno drugiemu nie przeczy. Ma uświadomić wszystkim wagę „kobiecego problemu” i pokazać, że to jest problem praw człowieka – ważny dla każdego.

 

Uważam, że kilka rzeczy bardzo różnego kalibru wymaga tu rozsądnej i przemyślanej deklaracji. Jasnego określenia pryncypiów i celów – w kategoriach etycznych, społecznych, politycznych i wreszcie – koniecznie na końcu – legislacyjnych. W prawie do aborcji chodzi o podstawowe prawa człowieka, co leży w samym centrum naszej, Obywateli RP, aktywności. Koncentracja na prawach obywatelskich i próby sformułowania oraz wywalczenia konkretnych postulatów tu i teraz są – wydaje mi się – tym wyróżnikiem Obywateli RP, którego pozbawiony jest KOD oraz, niestety, partie opozycji. Prawa zaangażowane w sprawę aborcji są prawami człowieka, a przy tym stają ze sobą w konflikcie, co czyni tę sprawę szczególnie trudną.

Nie wszyscy więc ten konflikt uznają. Fundamentaliści „pro life” uważają, że wolność znika, skoro narusza prawo do życia i jeśli naprawdę tak dałoby się ów konflikt zdefiniować, to istotnie stałoby się jasne, że w rzeczywistości wyboru nie ma. Zwolennicy „pro choice” uznają zatem nieznośnie często, że konfliktu nie ma z innego powodu. Nie istnieje mianowicie żaden człowiek, którego życie mielibyśmy chronić, mamy do czynienia jedynie z zygotą, zwolennicy „pro life” to w rzeczywistości zboczeńcy w sutannach, kierowani apetytem na władzę nad macicami, zaś o żadnym życiu nie może tu być mowy.

Uprzedzając proponowany tok rozumowania zaznaczam z góry, że za wyraz rozsądku żadną miarą nie uważam jakiegokolwiek zrozumienia dla wartości obecnie obowiązującego rzekomego kompromisu aborcyjnego, a samo gadanie o kompromisie w tym kontekście uważam nie tylko za nadużycie rozsądku i intelektualną aberrację, ale również za absolutny moralny skandal. Jest natomiast tego gadania pełno w obecnie prowadzonych dyskusjach i mnóstwo głosów tego rodzaju słychać w „obozie demokratów”, również w tej jego części, która opowiedziała się po stronie walczących kobiet. Są to głosy przeciw projektom zaostrzenia przepisów, ale wyrażające sprzeciw również wobec ich liberalizacji. Obecne prawo jest jednak tylko nieco mniej okrutne niż proponowane przez Ordo Iuris. Jest przy tym podobnie bezduszne, tak samo głupie i przede wszystkim – przeciwskuteczne. Strajk kobiet – akcja pomyślana w pierwszym rzędzie jako narzędzie przewartościowania poglądów – ma tym większy sens i bardzo zasadnicze znaczenie.

Uważam także, że obecny spór i ekscytacja wywołana przepisami regulującymi aborcję ma znów walor – atrakcyjny dla wielu – starcia światopoglądowego pomiędzy „oświeconymi Europejczykami”, a „katolickim ciemnogrodem”. Coś w tym oczywiście jest, ale takie postawienie sprawy absolutnie fałszuje meritum problemu, którego rzeczywiste znaczenie – krew, pot i łzy – zupełnie na czym innym polega.

Solidaryzuję się więc również z tymi zwolennikami praw kobiet, których przy całej sympatii odstręcza fizjologiczny język protestu. Nie chodzi im przy tym o pruderię, a o dehumanizację problemu. Frazeologizm o zawłaszczanych macicach ma tę przede wszystkim funkcję, że znosi etyczną stronę zagadnienia – i rzeczywiście: na niedawnym wspaniałym wiecu we Wrocławiu, tym samym, na którym tamtejsza aktywistka KOD w świetnym wystąpieniu jako pierwsza wezwała do strajku kobiet, usłyszałem znów porównanie aborcji do higienicznego zabiegu, jak mycie zębów. Język tego rodzaju jest i fałszywy, i szkodzi sprawie na kilku praktycznych poziomach.

Etycznie

Jeśli przez chwilę pomyśleć o centrum problemu, to szybko powinno się okazać się, że nie jest to spór katolickich fundamentalistów z niewierzącymi lubiącymi relatywizować wszystko w imię własnej wygody.

Można być wierzącym chrześcijaninem i nie uważać zygoty za człowieka. W Kościele rzymskokatolickim jest z tym pewien problem, ponieważ współczesne nauczanie nie pozostawia pola na wątpliwości. Ale np. w Biblii o aborcji nie ma niemal śladu. W jedynej biblijnej wzmiance mowa jest nie o dobru i złu, ale o ustalonym dobrą tradycją godziwym zadośćuczynieniu za rozmaite krzywdy (wg ówczesnej miary rzecz jasna, która z dzisiejszym chrześcijaństwem niewiele ma wspólnego):

 

Jeżeli dwaj mężowie się biją, a przy tym uderzą kobietę brzemienną tak, że poroni, ale nie poniesie dalszej szkody, to sprawca zapłaci grzywnę, jaką mu wyznaczy mąż tej kobiety, a uiści ją w obecności rozjemców. Jeżeli jednak poniesie dalszą szkodę, to wtedy da życie za życie.” (Księga Wyjścia, 21)

 

Mamy tu i okrutny patriarchat, i wszystkie okrucieństwa prawa tamtych czasów – ale nie mamy potępienia zabójstwa nienarodzonego człowieka. Z historii wiadomo o bogactwie rozmaitych, często makabrycznych technik antykoncepcji i aborcji stosowanych w biblijnej starożytności, a jednak Pismo na ten temat milczy. Być może patriarchowie pomijali temat jako oczywisty albo np. nieistotny. Może dlatego, że w tych dawnych czasach zwyczajnie „nie mieli ucha” na „kobiece sprawy”, a może dlatego, że w sytuacji, gdy śmiertelność narodzonych dzieci sięgała 90% nikt się nie przejmował poronieniami – czy one następowały naturalnie, czy je wywoływano. O pewność trudno. Trudno jednakże również o dzisiejszą pewność ortodoksyjną i niczego w tej sprawie nie zmieniają wspomnienia proroków „powołanych od poczęcia” i inne biblijne przywołania „dzieciątek w łonie” – bo one ani nie wyjaśniają, ani tym bardziej nie nakazują niczego.

Poglądy ojców Kościoła na moment, w którym w rozwijającym się człowieku pojawia się ludzka „dusza” również ewoluowały w ciągu wieków. Dzisiejsze widzenie tych spraw jest bardzo młodym pomysłem, a nie niczym uświęconym odwiecznymi prawdami wiary, żadną nawet szacowną tradycją. To, czy dzisiejsze nauczanie Kościoła należy uznać za zdobycz współczesnego humanizmu i troski o życie, na którą nie stać było naszych przodków, czy może za faryzejską hipokryzję – to już zależy od kontekstów, o których jeszcze tu będzie mowa.

 

Można też z kolei nie wierzyć w ludzką duszę i równocześnie sądzić, że za właściwy początek człowieka należy uznać zapłodnienie, pomimo całej biologicznej absurdalności takiego założenia. Tylko na pozór trudno jest zdroworozsądkowo dowodzić, że zapłodniona komórka jajowa jest już człowiekiem. To dość abstrakcyjna koncepcja człowieczeństwa, to prawda. Czterokomórkowy zarodek również trudno uznać za osobę. Stukomórkowy także. Tyle, że z końcem pierwszego trymestru ciąży (a więc jeszcze w okresie dopuszczalnym do aborcji niemal wszędzie tam, gdzie się na nią prawnie pozwala) wątpliwości bywają uzasadnione. Na dostępnych dziś świetnych jakościowo zdjęciach USG możemy się z łatwością i naocznie przekonać, że płód odczuwa np. strach i ból, bo tak się składa, że akurat te uczucia demonstrują się najłatwiej. I otóż każda decyzja o momencie, w którym zaczyna się człowiek, będzie co najmniej równie arbitralna i równie sztuczna, jak ta, że się zaczyna od poczęcia. Do dwunastego tygodnia to nie jest człowiek, napisano w projektowanej ustawie, pod którą się podpisywaliśmy. Na pewno? A z jaką dokładnością mierzymy? Co do dnia? Czy może co do godziny? W 85. dniu ciąży już człowiek i zabić nie wolno, ale w 84…

Wybór momentu zapłodnienia – pierwszego z możliwych i choćby przez to wyróżnionego – daje tę przewagę, że jest bezpieczny. Tak wybierając, na pewno nie zabijemy człowieka. Ten wybór, absurdalnie rygorystyczny, ma wszystkie cechy fundamentalizmu – jasne. Ale to jest raczej radykalny humanizm – pewien rodzaj dyktowanego etyką rygoryzmu logicznego, a niekoniecznie religijny fanatyzm.

Fundamentalistyczne to, czy nie – nie ulega raczej kwestii, że przesuwając ów moment, w którym dopuszczamy przerwanie ciąży, zbliżamy się do decyzji o przerwaniu życia i że jednoznacznych granic tutaj nie ma, a moment zapłodnienia jest co najwyżej granicą równie absurdalnie fałszywą, jak moment urodzin. Czy istnieją inne możliwe granice i gdzie ewentualnie są, to kwestia dyskusji, w której, owszem, istnieją jawnie absurdalne skrajności, ale niestety nie tylko one, bo pomiędzy nimi jest cała przestrzeń nieskrajna, a przez to niejasna, a zatem dyskusja bezprzedmiotowa nie jest i dotyczy etycznego problemu pierwszorzędnej wagi.

 

Proszę mi wybaczyć powyższy naiwny wykład, w którym w dodatku określenia zarodka używam niezupełnie zgodnie z biologicznymi definicjami, bo zygota, blastula itd. Rzecz w tym – i tylko to chcę powiedzieć – że nie każdy uwolniony spod kleszej władzy nad własnym umysłem uzna od razu, że aborcja jest etycznie neutralnym zagadnieniem, że dotyczy wyłącznie fizjologii i intymności kobiecego ciała. To zwyczajnie nie jest prawdą. Aborcja etycznie obojętna nie jest.

Proponowałbym uznać więc zamiast notorycznych powtórzeń o wolności ignorujących istnienie skonfliktowanych z nią wartości, że aborcja jakimś złem jest dla każdego, a często bywa dramatem. Że zatem pomimo dramatycznych różnic w ocenach etycznych, istnieje jednak również z etycznego punktu widzenia wspólne przekonanie, że zjawisku należy przeciwdziałać.

Praktycznie

Można być fundamentalistycznie przekonanym, że życie człowieka zaczyna się „od poczęcia” definiowanego jako zapłodnienie – i wywodzić to przekonanie z magisterium Kościoła lub z opisanego wyżej rygoryzmu o pozareligijnej proweniencji – a jednak zdroworozsądkowo uznawać, że zakaz aborcji jest zwyczajnie przeciwskuteczny. Argumentów przeciw penalizacji aborcji padło i pada nadal mnóstwo, ale kilka aspektów chciałbym tu przypomnieć – wskazując również, wbrew nagłówkowi, na kilka etycznych aspektów ujawniających się przy okazji myślenia na poziomie praktycznego konkretu. Głównie po to, by zwrócić uwagę, że te argumenty nie mają, bo nie muszą mieć, niczego wspólnego ani ze światopoglądem religijnym, ani z powyższymi, cokolwiek egzotycznymi rozważaniami na temat momentu pojawienia się ludzkiej istoty.

Wśród krajów laicyzującej się Europy, Francja od dawna przoduje w wyraźnie niechętnej wszelkim religiom świeckości – jej przykład przywołują zresztą skwapliwie polscy katoliccy publicyści przy okazji rozmaitych debat „światopoglądowych” – np. tej o krzyżach w miejscach publicznych. Co przy tym charakterystyczne, nasi polscy katolicy, domagający się szacunku dla wolności religii w krajach laicyzującej się Europy, do niedawna solidaryzowali się z islamem, protestując przeciw zakazom zakrywania głów przez muzułmańskie kobiety. Do niedawna wszakże – a konia z rzędem każdemu, kto odnajdzie doktrynalne, a nie tylko ksenofobiczne powody zmiany tego stanowiska.

Francja ma również liberalne prawo aborcyjne – na pozór nieakceptowalne dla ortodoksyjnego katolika: aborcja dostępna jest tam praktycznie na życzenie. Ale Francja ma poza tym rekordowo wysoką „dzietność” w Europie i niską ilość faktycznie dokonywanych aborcji. Po liberalizacji prawa w tym zakresie nie odnotowano tam żadnego wzrostu, a raczej spadek zabiegów. Katolicką Polskę laicka Francja bije na głowę w obu kategoriach. Jeśli więc rzeczywiście „po owocach poznacie”, to…

 

Również z katolickiej ortodoksji da się wysnuć kilka interesujących konsekwencji praktycznych – i one nie są obojętne etycznie. W Kodeksie Prawa Kanonicznego czytamy mianowicie, że aborcja powoduje ekskomunikę „z automatu”. Każdy, kto dopuszcza się tego przestępstwa – czy ono zostało wyznane, orzeczone i odkryte, czy pozostaje tajemnicą grzesznika – powinien się uznać za ekskomunikowanego. W definicji przestępstwa, czytamy natomiast:

 

  • przestępstwo następuje, kiedy następuje jego skutek, czyli zniszczenie ludzkiego życia;
  • odpowiedzialność ponosi przede wszystkim matka;
  • ale również wszystkie inne osoby, które biorą udział w zabiegu lub mają istotny wpływ na podjęcie decyzji o nim.

 

To ostatnie podkreślam i dedykuję tym ze zwolenników „pro life”, którzy tak łatwo i bezrefleksyjnie zbywają niepuste argumenty przeciw penalizacji aborcji. Albo tym, którzy (zwłaszcza w wiejskich środowiskach) odpowiadają za – delikatnie mówiąc – złą reputację „panien w ciąży”. Bo właśnie ona skłania tam do dramatycznych decyzji i ma na nie „istotny wpływ”, czego widomym znakiem są liczne szyldy gabinetów oferujących zabiegi w okolicach dworców kolejowych polskich miast. Do niedawna była to pierwsza oferta, jaką miasta miały dla kobiet przyjeżdżających ze wsi – dodatkowo cierpiących z powodu niedostępności antykoncepcji i edukacyjnych braków w tym zakresie. Dzisiaj jest tego mniej, bo funkcje szyldów na budynkach przejął Internet, a on do wsi dotarł, nieco też wyrównując edukacyjne zapóźnienia. Proboszczom wszakże, miotającym znad ołtarza gromy przeciw „jawnogrzesznicom”, warto przypomnieć kodeksową automatyczną ekskomunikę – wystarczy, że zaistniał skutek, a on może niestety zaistnieć również po co bardziej płomiennym kazaniu obnażającym ohydę grzechu cudzołóstwa. Jak zawsze, tak i w tej sytuacji, warto od czasu do czasu uderzyć się we własną pierś, a nie tylko zawsze walić w cudzą. Zgodnie z Prawem Kanonicznym zresztą na uderzanie w pierś jest już dla wiejskich kaznodziejów za późno: czujcie się ekskomunikowani, wielebni dobrodzieje z uroczych wiejskich parafii.

Istnieje cały szereg innych kwestii podobnie praktycznych. Np. w polskiej praktyce „kompromisu” z powodów proceduralnych wszystkie aborcje dokonywane legalnie odbywają się siłą rzeczy pod koniec dopuszczalnego okresu. Z punktu widzenia ortodoksji nie ma specjalnej różnicy – tak czy inaczej, mamy do czynienia z zabójstwem. Znaczenie ma jednak również – także z punktu widzenia ortodoksji o „zabijaniu” – stopień okrucieństwa i skala cierpienia zadawanego zabijanemu: jeśli już żyję w świecie, w którym zabija się ludzi, przynajmniej wolę, kiedy mniej cierpią. Kiedy w kodeksie karnym mowa jest o „zwykłych” zabójstwach, również wyróżnia się zabójstwa „ze szczególnym okrucieństwem”. Nie – nie twierdzę, że z tego powodu należałoby uprościć wspomniane procedury, choć rzeczywiście tak uważam i sądzę, że aborcja powinna być po prostu dostępna. Uważam tylko, że kiedy się te procedury zaostrza, podstawowym ludzkim obowiązkiem wszystkich, którzy z jakichkolwiek pozycji ośmielają się zabierać głos w tak dramatycznej sprawie, jest uświadamiać sobie wszystkie konsekwencje i wszystkie okoliczności. A one są dramatyczne, a nie proceduralne: chodzi o krew, pot i łzy, że jeszcze raz przypomnę. O to również chodzi, że jednak istnieje różnica pomiędzy usunięciem blastuli (choćby taka, że ona nie czuje), a brutalnym „przerwaniem rozwoju” tego czegoś, na co możemy sobie popatrzeć i na co w rzeczywistości zawsze dziś z rozczuleniem patrzymy w oczekiwaniu narodzin – jak krzywiąc się, usiłuje uniknąć przenikliwego pisku ultrasonograficznej głowicy, który podobno słychać jak przeraźliwy zgrzyt, kiedy się jest pływającym w wodach płodem.

Fakt zaś, że ten aspekt sprawy jest tak kompletnie niedostrzegany, jest według mnie wyrazem oburzającej hipokryzji widocznej w równym stopniu po obu stronach sporu. Każdej ze stron – każdej na swój sposób – byłoby bardzo niewygodnie go dostrzec.

Politycznie

Barbara Nowacka powiedziała zaraz po tym, jak społeczny projekt ustawy wylądował w koszu, że teraz trzeba go złożyć ponownie. Podoba mi się determinacja.

Adres jest jednak chybiony. Strajk kobiet, o którym się mówi, że nie ma adresata, jest moim zdaniem adresowany lepiej. Do społeczeństwa. W parlamencie to już było.

Wszystkie partie w parlamencie opowiadały się dotąd za „aborcyjnym kompromisem”, jak się z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów określa dzisiaj obowiązujące prawo w tym zakresie. Zrobiły to teraz – w tej kadencji parlamentu, przy okazji dyskusji o obu projektach ustaw. Ale też w całym ubiegłym ćwierćwieczu nie było żadnej poważnej dyskusji na ten temat. Żadne „środowiskowe” postulaty nie były serio brane pod uwagę, a słowo „środowiskowe” biorę w cudzysłów z tego powodu, że chodzi o ponad 50% polskich obywateli. To, czego byliśmy świadkami, to próba odepchnięcia niewygodnego tematu. A to z uwagi na słupki poparcia, a to z lęku przed narażeniem się Kościołowi.

Kilka lat temu poseł Kaczyński zapowiedział, że kiedy powstanie rząd PiS, nie będzie mowy o żadnej seksualnej edukacji w polskich szkołach – że się na chwilę zatrzymam przy tym, z pozoru drobnym aspekcie odrzuconego projektu ustawy. Tej enuncjacji Kaczyńskiego towarzyszył, pamiętam, z jednej strony szyderczy śmiech i określenia „ciemnogród”, a z drugiej strony oburzenie. Zupełnie jakby edukacja seksualna kwitła w szkołach za rządów PO lub, dajmy na to, SLD… No, nie kwitła – tego tematu nie podejmowano również. O czym w ogóle mówimy?!

Ten poboczny temat jest ciekawy również z innego powodu – a na ten aspekt sprawy nie zwraca w Polsce uwagi dosłownie nikt. Zarówno Kaczyński wygłaszający swoje zwyczajowe brednie, jak i szydzący zeń hipokryci, którzy niczego poza szyderstwami nie odważyli się zrobić – wszyscy są przekonani, że edukacja seksualna, jak wszystko, co dotyczy treści „wkładanych w głowy dzieci” w państwowej szkole, to kwestia jednoosobowej decyzji odpowiedniego ministra, bo to w ten sposób zapadają decyzje o szkolnych programach: jednolitych i równie obowiązujących dla każdego.

W rzeczywistości zaś mamy tu do czynienia z konfliktem wartości, z których każda jest w Polsce – bardzo słusznie zresztą – chroniona przez konstytucję. Edukacja seksualna to istotny fragment wiedzy człowieka o świecie i o samym sobie. Jak ważnym, świadczą choćby statystyki o ciążach nastolatek, ale nie tylko one. Wg konstytucji „każdy ma prawo do nauki”. Nie wolno Kaczyńskiemu ani żadnemu z jego ministrów tego prawa ograniczać.

Ale chronione przez konstytucję prawa ma również Kaczyński. Gdyby miał dzieci, to wolno mu wychować je zgodnie z własnym sumieniem, a państwo tę wolność rodziny i tę jej władzę nad dziećmi musi respektować i nie wolno władzą państwa zastępować władzy rodzicielskiej bez wyraźnych powodów, o których decydują wyłącznie sądy rodzinne. Ten problem – samo centrum konstytucyjnych wartości – znika z naszego pola widzenia odsunięty na dalszy plan w dominującym starciu światopoglądowym: w starciu „Europejczyków” z „ciemnogrodem”. Ten sam problem – co zauważyć jest nam w społecznym wymiarze jeszcze trudniej – dotyczy zresztą nie tylko „kwestii światopoglądowych”, ale również np. szkolnej matematyki, całego szkolnego programu i ustroju oświaty w ogóle – bo on sam w sobie jest jednym wielkim problemem z kategorii praw człowieka. Oczywiście jednak nie o szkole chcemy tu myśleć – to osobny temat i on jest sam w sobie bardzo trudny.

W sporze aborcyjnym jednak w podobny sposób „starcie światopoglądów” przesłania nam kwestię zasadniczą. Pytanie brzmi mianowicie: czy w opisanych już trudnych, bardzo ważnych, dramatycznych, niejednoznacznych kwestiach etycznych, ktokolwiek ma prawo decydować za nas, za kobiety zwłaszcza. Czy ma takie prawo rząd, parlament, może sądy? Czy może powinniśmy uznać tę moralną decyzję za indywidualne prawo jednostki?

To skrajna definicja problemu, bo często w tego rodzaju sprawach przyjmuje się jakiś „wariant mieszany” ustanawiając nad wolnością obywateli jakieś mechanizmy zabezpieczające. Jakie jednak mechanizmy działają w rzeczywistości np. we Francji? Moim zdaniem – nie istnieją żadne. To wyłącznie państwo ma obowiązki w stosunku do ciężarnych kobiet, a do nich należy rzetelna informacja o konsekwencjach medycznych, prawnych i finansowych możliwościach pomocy państwa. Z drugiej zaś strony – co wynika z polskiej restrykcyjnej kurateli państwa nad „moralnością” polskich kobiet? Być może więc wolno nam wrócić do radykalnie podstawowego pytania: komu o tym decydować? I czy komukolwiek wolno zdecydować o wszystkich takich przypadkach?

 

Następnym projektem, który złożyłbym do Sejmu jako projekt obywatelski, byłaby nie ustawa o prawach kobiet, ale projekt obywatelskiego referendum. Nigdy go w Polsce nie chciano. Katoliccy ultrasi gadali z tej okazji, że etyki się nie przegłosowuje. Może to i prawda – ale to jest właśnie jedno z pytań: skoro tak, to jakim prawem głosowana jest w Sejmie?

Referendum obawiali się również „liberałowie” – moim zdaniem zresztą rzekomi, a nie rzeczywiści. Prawdopodobnie bali się otwarcia „puszki Pandory” i nieobliczalnych rezultatów referendum.

Strajk kobiet widzę w tym kontekście. Może wreszcie zaczniemy rozmawiać o przedmiocie sporu, co?

Projekt referendum prawdopodobnie wyląduje w koszu i jestem się gotów założyć, że – jak bywało nie raz – solidarnie zagłosują za tym posłowie PiS i opozycji. Wśród gadania o wartości „obecnego kompromisu”.

Wtedy mnie się marzy taka sytuacja, w której ruch protestu przeprowadza referendum samodzielnie. Zgodnie z tym artykułem konstytucji, który mówi, że naród sprawuje władzę przez przedstawicieli lub bezpośrednio. Marzy mi się wyłonienie społecznych komisji wyborczych i akcja referendalna prowadzona (może się da – pod kontrolą sądów) przez obywateli. Niech w komisjach referendalnych spotkają się „lewackie szmaty” z „czarnymi ultrasami”: obie strony mają powody do rozczarowania działalnością parlamentu i obie strony – póki co – mogą mieć własne nadzieje na wynik głosowania. Może w ten sposób przy okazji Polacy zburzyliby swoją pierwszą Bastylię, budując na jej miej miejsce własny Parlament – pierwszy taki, którego sami byliby sprawcami.

Czyj jest strajk kobiet?

W dyskusjach i plotkach o poniedziałkowym strajku i innych akcjach w tej sprawie, słyszę, co ostatnio słychać zwykle. Do protestu dołącza KOD i politycy. Podpinają się cynicznie, nie chcemy ich – jak słyszę. Z okazji marszów KOD jeszcze niedawno słychać było rzeczy identyczne. Cóż – nietrudno zrozumieć niechęć do polityków, a przy „kobiecej okazji” ona jest zrozumiała tym łatwiej.

To niebezpieczne tak ulegać niechęci do partyjniactwa, bo na niej żerował już niejeden dyktator i dokładnie na tego rodzaju hasłach wjechała do dzisiejszej polskiej polityki nie tylko większość pisowska, ale również Kukiz i Nowoczesna. Nic dobrego z tego nie wyniknie.

Ja bym polityków zapraszał. Niech przyjdą z partyjnymi flagami. Ale bym od nich zażądał jednoznacznej deklaracji. Niech się podpiszą pod odrzuconym obywatelskim projektem zamiast pieprzyć o kompromisie. Niech się zobowiążą wnieść do Sejmu tę samą ustawę, którą PiS właśnie odrzucił. Po prostu.

14 thoughts on “Strajk kobiet – Kobiety RP

  • 30 września, 2016 o 20:23
    Permalink

    Pawle, dziękuję za ten tekst, z którym tylko w szczegółach się nie zgadzam. Np. taki szczegół, że akurat ja pisałam o łamaniu konstytucyjnego prawa do nauki, no ale ja sobie pisałam, dla znajomych i na mało znaną stronę www, a bardziej publicznie – fakt, chyba nikt. Pisałam też o łamaniu konstytucyjnego łamania prawa do prywatności itd. Ale mniejsza o szczegóły. W naszej inicjatywie Protest kobiet często rozmawiamy o tej obustronnej hipokryzji i o tym, że niechętnie byśmy chodziły pod sztandarami macic, więc nie chodzimy. Dla mnie osobiście to potwierdzenie uprzedmiotowienia, to samosprowadzenie się do poziomu wyłącznie macicy. Niedawno ktoś wkleił, nie wiem czy do końca prawdziwą mapę Polski na której były zaznaczone Domy Samotnej Matki prowadzone przez organizacje feministyczne. Raczej powinna napisać, że miały być, bo mapa symbolicznie była pusta.
    Ale tak naprawdę piszę tu, bo moją pierwszą reakcją na odrzucenie projektu komitetu Ratujmy Kobiety był pomysł żeby zgłosił go któryś klub parlamentarny opozycji jako projekt poselski. No ale to wymagałoby dogadania się lewicowego Stowarzyszenia Inicjatywa Polska i pokrewnych środowisk z którąś z partii parlamentarnych. Czy to jest możliwe…?

    Co do referendum. Poniekąd zgadzam się z głosami, że nad prawami człowieka się nie głosuje, ale… Gdyby zadać tylko jedno pytanie: czy jesteś za przysługiwaniem kobietom pełni praw człowieka, zawartych w ratyfikowanych przez Polskę Karcie Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Prawach Człowieka – mogłoby być nawet zabawnie.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i do rychłego zobaczenia.

    Odpowiedz
    • 30 września, 2016 o 22:40
      Permalink

      Głosowanie nad prawami człowieka to źle postawiony problem. Prawa człowieka gwarantuje się w konstytucji i tę można nadać, jak np. Amerykanie nadali ją Niemcom. I Japończykom.

      Ale prawa człowieka można sobie wziąć. Np. w siedemdziesiątych latach środowiska głównie KOR-owskiej opozycji wzięły sobie wolność słowa, zrobiono to naruszając ówczesne prawo. Tu napisałem, żeby zrobić i przeprowadzić referendum, również wtedy, kiedy Sejm wniosek o referendum odrzuci — co prawie na pewno by nastąpiło, gdyby ktoś taki projekt zgłosił.

      Pytania w tym referendum — choć zwykle są krytycznie ważne — tu akurat w zasadzie mogłyby być drugorzędne. Można spytać np. , czy polityka państwa powinna zmierzać do ograniczenia aborcji, a jeśli tak, to czy poprzez zapisy w kodeksie karnym, czy może poprzez pomoc dla kobiet w ciąży i samotnych matek, wspieranie antykoncepcji i edukacji seksualnej. Albo po prostu, czy popierasz projekt Inicjatywy Kobiet, czy może ten Ordo Iuris, czy wreszcie chcesz utrzymania status quo…

      Jeden pies w zasadzie. Jeśli nie zdecydują politycy, to zdecyduje naród i wolność obywatelską albo sobie weźmie, albo — co jest niestety równiez możliwe — właśnie jej nie weźmie.

      Tak, dla mnie jest cholernie ważne, żeby nie uciekać w prymitywną fizjologię, arogancko negując istnienie kwestii etycznych, a zamiast tego pokazać nierozstrzygalność tej kwestii jednolicie za wszystkich i dla wszystkich, pokazać również, że każda decyzja “organu przedstawicielskiego” w tym zakresie musi być uzurpacją, która jest nieuprawniona i nieetyczna itd.

      Ważna jest też świadomość polityczych celów akcji. Np. taki drobiazg jak zasada żadnego logo partyjnego wydaje mi się sporym błędem. Powinno być na odwrót — jak najwięcej partii, ale pod warunkiem wsparcia projektu ustawy: żadnego czczego gadania. Chcecie się podpiąć — bardzo proszę, ale projekt wnieście jako własny.

      Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:06
        Permalink

        Nie jestem decydentką w strajku. W sprawach logo partii absolutnie popieram Twoje zdanie.
        W sprawie referendum będę się upierała przy swoim 🙂

        Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:33
        Permalink

        Czekaj, zdania o refendum nie rozumiem. Czy ono jest takie, że nad prawami człowieka się nie głosuje?

        Jeśli tak, to jest to źle postawiony problem. Można prawa człowieka dostać z nadania — tu nie wiadomo dobrze z czyjego. Z sejmowego ich nie dostaniesz, co dość wyraźnie widać. Żaden TK też Twoich praw nie potwierdzi. Nie potwierdzał ich póki jeszcze istniał, a teraz już w ogóle szkoda gadać. Prawa człowieka pozostaje już tylko sobie wziąć — to jest mniej więcej to, co bym proponował zrobić.

        Lęk przed “głosem ludu” w tej sprawie jest lękiem przed zjawiskami podobnymi do tych opisanych “Ucieczce od wolności”. On jest uzasadniony, jasne, że tak. Co robić…

        Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:43
        Permalink

        1. Pomysł z referendum oddolnie zorganizowanym przez obywateli to idea znakomita. Gdyby udało się ją zrealizować, przedstawiając zarazem jako wyraz niezgody na zmowę milczenia w jednej z najważniejszych dziś kwestii bioetycznych i biopolitycznych, to byłby milowy skok naszego społeczeństwa na drodze do obywatelskiej dojrzałości. Pytanie tylko, czy Polacy są już gotowi do tego, by podjąć taką inicjatywę – i czy właśnie kwestia aborcji byłaby w stanie wyrwać ich z politycznej apatii (zgadzam się bowiem z Panem, że całą batalię o liberalizację ustawy o planowaniu rodziny należałoby zgrać z kampanią na rzecz rehabilitacji polityczności, pojętej jako troska o sprawy publiczne. Kunktatorskie odżegnywanie się od polityki, jakie forsuje np. KOD, uważam za taktykę krótkowzroczną i nieskuteczną).

        2. Trudno natomiast zaakceptować mi to, co pisze Pan o “ucieczce w prymitywną fizjologię”. Po pierwsze, fizjologia per se nie jest niczym prymitywnym – to po prostu jeden z fundamentalnych wymiarów ludzkiego istnienia i ludzkiej tożsamości: m.in. w tym sensie, że ludzka duchowość jest tożsama, a w każdym razie nierozerwalnie spleciona z ludzką cielesnością. Duch działa w ciele, wyraża się poprzez ciało i nie może istnieć poza ciałem, czy szerzej: poza materią – przynajmniej dopóki jest duchem egzystującym na ziemi (z tego, co wiem, teologie nie wspominają o istnieniu dylematów bioetycznych po śmierci). Co za tym idzie, macica bywa równie istotna jak mózg (w końcu ludzkie mózgi rozwijają się w ciałach, które z kolei formują się w macicach). Nieprzypadkowo też chyba struktura żołądka przypomina strukturę mózgu (żołądek zaś bywa nazywany drugim mózgiem). Po drugie – wynikające z pierwszego – ciało to podstawowa, pierwsza i najbardziej intymna własność człowieka. Nic więc dziwnego, że w sytuacji, gdy prymitywna ideologia, narzucona z zewnątrz, dąży do kolonizacji tej intymnej przestrzeni, człowiek krzyczy w obronie własności podstawowej. Dlatego kobiety umieszczają dziś na sztandarach macice. Jest to gest ze wszech miar racjonalny; inna sprawa, czy będzie on skuteczny politycznie – to zapewne zależy od tego, czy uda się kobietom (oraz mężczyznom wspierającym kobiety w tej batalii) przekonać opinię publiczną, że rozumnie urządzona sfera publiczna nie może być bazą wypadową do brutalnych ataków ideologii na integralność ludzkiego ciała.

        3. Na marginesie całej dyskusji przypomniałbym etos materializmu Adorna. Gdzieś chyba w “Dialektyce negatywnej” pada stwierdzenie, że konsekwentnie praktykowany materializm oznaczałby przywiązanie społeczeństwa do ciała tak silne, że uniemożliwiające palenie ludzi na stosach bądź w krematoriach. Oczywiście, argument ten można skierować przeciwko zwolennikom prawa do aborcji, wskazując, że skoro każde ciało jest bezcenne, to bezcenne są również zygoty – i człowiekowi nie wolno ich z rozmysłem unicestwiać. Materialista odparłby wówczas, że nie każde ciało jest tak samo cenne: człowiek potencjalny nie jest równie cenny jak człowiek aktualny – życie zaś często stawia nas w sytuacjach, w których to my, ludzie (a nie abstrakcyjne instancje w rodzaju Losu czy Boga), musimy wybierać między dobrem (dobrostanem) człowieka a dobrem (dobrostanem) zygoty bądź kilkunastotygodniowego płodu. Wybory tego typu, jakkolwiek trudne w wymiarze emocjonalnym, bywają relatywnie proste w aspekcie aksjologicznym – jasne jest bowiem, że zygota lub płód nie są i nigdy nie będą tak samo ważne jak zdolny do samodzielnego myślenia i życia człowiek: w tym wypadku dorosła kobieta wraz z jej suwerennością i potrzebami.

        Odpowiedz
        • 1 października, 2016 o 10:23
          Permalink

          Zgadza się — oczywiście ideologie rozmaitych abstrakcji bywają, może nawet najczęściej, zdecydowanie bardziej brutalnie prymitywne od najbardziej naturalistycznej fizjologii. Jesteśmy zresztą świadkami właśnie czegoś takiego. Pisząc o prymitywnej fizjologii, miałem tylko na myśli fakt, że te cechy języka femizmu, wydają się po pierwsze dość bezrefleksyjną odpowiedzią na atak ideologii, po drugie usiłują zanegować istnienie etycznej strony problemu, a to uważam za fałsz. Z różnych powodów, między innymi z tego, że dla zwolenników “pro life” etyka (jakkolwiek ją oceniać) istnieje i jest ważna.

          Oczywiście wybór między zygotą, a dobrostanem kobiety jest prosty, a nie trudny. Ale jeśli o tym mówimy, to pogląd o ludzkiej istocie zawierającej się w zygocie nie jest wcale bardziej absurdalny od tego, że człowiek zjawia się w 85. dniu życia płodowego, a jeszcze w 84. — na pięć minut przed końcem tego dnia — jest nieobecny.

          Samo istnienie vs. nieistnienie abstrakcyjnych zagadnień etycznych w tym problemie jest niewątpliwie nieostre. Wszelkie ostrości — w dodatku arbitralnie narzucane — są tutaj fałszem. Z arbitralnością “pro life” nie dyskutuję — wydaje się jasna. Ale ta arbitralność jest symetrycznym zjawiskiem. Po “naszej stronie” istnieje również. Powiedziałbym, że daliśmy ją sobie narzucić.

          Odpowiedz
          • 1 października, 2016 o 12:00
            Permalink

            1. Przede wszystkim wydaje mi się, że pewna część społeczeństwa pozwoliła, by “pro-liferscy” ideolodzy (oraz media kreujące fałszywe symetrie) wdrukowali jej przekonanie o symetryczności argumentów teologicznych i medycznych. Te pierwsze są kompletnie niefalsyfikowalne – forsują wszak niesprawdzalne przekonanie, że zygota to człowiek. Rozumowaniem takim zarządza abstrakcyjna arbitralność (pojęcie “człowieka” jest puste i może być wypełnione arbitralnie nadaną treścią, o ile dany autorytet – w tym wypadku teologiczny – posiada społecznie akceptowaną prerogatywę do nadawania wybranej przez siebie treści), a oprócz arbitralności myśleniu temu sekunduje logika błędnego koła (zarodek jest człowiekiem, ponieważ człowiek to zarodek). Po drugiej stronie – bynajmniej nie lustrzanej i nie symetrycznej – mamy dyskursy odwołujące się do ustaleń medycznych. One koncentrują się nie tyle rozstrzyganiu, w jakim stopniu płód zasługuje na miano człowieka (medycyna nie posiada instrumentów pozwalających ustalić w tej materii coś pewnego), ile pozwalają sprecyzować (na przykład), że dopiero w 26 tygodniu życia system nerwowy płodu zaczyna kontrolować niektóre funkcje jego ciała. Innymi słowy, medycyna może założyć (przyjmując bezpieczne granice), że płód 12-tygodniowy nie tylko nie myśli, lecz także nie czuje, a co za tym idzie nie doznaje bólu – co z kolei pozwala przyjąć, że aborcja 12-tygodniowego płodu będzie aborcją bezbolesną, czyli humanitarną.

            2. Jak widać, trudno mówić o symetrii między arbitralnością teologiczną a medyczną. Ta pierwsza jest arbitralna w 100%. Dziś Kościół twierdzi, że zygota jest człowiekiem – nie definiując przy tym człowieka. To kompromitujący błąd teologii (błąd w pewnym sensie ją “falsyfikujący”, tzn.odsłaniający jej nieprawomocność w kwestii aborcji), który po prostu nie pozwala zdać się na rozstrzygnięcia teologiczne w tej sprawie, gdyż teologia nie potrafi zdefiniować kluczowych dla siebie pojęć. Rozumienie pojęcia “człowiek” jest tak nieokreślone, że jego rozumienie staje się absurdalnie szerokie. Dzisiaj pozwala ono na uznawanie zygoty za człowieka – jutro pozwoli uznać, że człowiekiem jest włos lub paznokieć (skoro z komórek macierzystych dałoby się ewentualnie sklonować człowieka), a w konsekwencji może uzasadnić zakaz obcinania włosów i paznokci. Medycyna też bywa arbitralna (w końcu żaden instrument ludzkiej racjonalności nie pozwala rozstrzygnąć zasadniczych dylematów ze 100-procentową pewnością), ale w nieporównanie mniejszym stopniu od teologii.

            3. Wobec powyższego nasuwa się następujący wniosek (a może tylko robocze założenie wymagające dalszego dowodzenia): nie ma równoważności między arbitralnością obozu “pro-life” i obozu pro-choice. Pierwszy redukuje piekielnie złożoną problematykę do księżycowych uproszczeń (często nieodróżnialnych od urojeń; czy ktoś, kto w zygocie widzi człowieka nie cierpi przypadkiem na urojenia?) – drugi natomiast próbuje pewne kwestie uściślać w oparciu o racjonalność dalece uczciwszą od teologicznej. Obóz pro-choice nie twierdzi przy tym, że ciało jest ważniejsze od duszy (nie stanowi więc symetrycznej opozycji wobec opcji “pro-life”, która przedkłada duszę nad ciało); wskazuje raczej, że wiarygodne opisy funkcjonowania ludzkiego ciała pomagają w rozstrzyganiu zawiłych kwestii etycznych. Jeśli zatem zygota nie myśli, nie czuje, nie jest zdolna do samodzielnego życia etc. – o czym z dużą dozą pewności pozwala przesądzić współczesna medycyna – to zarodek (a do pewnego momentu także i płód) ma analogiczny status bioetyczny jak inne organy wewnętrzne kobiety. Co za tym idzie, w ostateczności to właśnie kobieta – konkretna osoba dysponująca prawem do zawiadywania integralnością swojego ciała – powinna mieć prawo do ostatecznego rozstrzygnięcia, jeśli pojawi się kwestia usunięcia zarodka.

            4. Rozumowanie to kondensuje się w haśle: “Odwalcie się od mojej macicy!” – ono zatem nie symbolizuje arbitralności porównywalnej z arbitralnością anty-aborcyjną; wskazuje po prostu, że w pewnych sytuacjach kobieta powinna być suwerenem: ostateczną instancją rozporządzającą swą cielesnością.

          • 1 października, 2016 o 12:05
            Permalink

            ERRATA: Rozumienie pojęcia “człowiek” jest tak nieokreślone, że jego zakres staje się absurdalnie szeroki.

          • 2 października, 2016 o 01:20
            Permalink

            Z tym rozumowaniem bardzo zasadniczo się nie zgadzam. Również uważam, że decyzja należy w tej sprawie do kobiety, to nie dlatego, że nie istnieje w tej decyzji problem etyczny, a istnieje tylko prawo dysponowania ciałem i jego organzami — ale dlatego, że nie da się w żaden sposób uczciwie zdecydować w tych sprawach za nią. Jest według mnie przynajmniej tak, że oddalić kwestii etycznej — tej abstrakcyjnej związanej z identyfikacją “płodu” jako “człowieka” — nie da się bez wątpliwości. Racje etyczne nie są puste w żaden obiektywny sposób, nie da się jednoznacznie dowodzić, że ludzie, którzy je podnoszą, bredzą w ewidentny sposób.

            Nie chcę wchodzić w biologiczne rozważania, choć tu również mam jakieś wątpliwości. Nie sądzę więc np. że zdolność odczuwania bólu pojawia się dopiero u progu trzeciego trymestru. Ileś razy zdarzyło mi się usłyszeć protest lekarza na prósbę o nieprzerywanie “seansu” USG (początek drugiego trymestru) z uzasadnieniem w rodzaju “pan by tego nie wytrzymał” i powołaniem się na widoczny (choć nieskładnie nieskoordynowany oczywiście) “protest” obserwowanego płodu. Ale oczywiście zasuwam tu naiwnie anegdotyczne kawałki. Znam oczywiście medyczne uzasadnienia mówiące o tym, że to, co widzę, to tylko “automatyczne odruchy”. Cóż, automatyzm odruchów obserwuję u siebie i bliźnich na tyle często (najczęściej), że się nauczyłem nie wyciągać zeń jakichś daleko idących wniosków.

            Przede wszystkim jednak — tak napisałem — jeśli uznam, że do 26. tygodnia płód nie jest w stanie odczuwać bólu, to nie rozwiązuje to sprawy. Czy to znaczy, że dzień przed tym terminem jest ok., a nazajutrz już nie? Każdy “próg” tego rodzaju jest i musi być absurdalnie arbitralny.

            Jeśli jednak domysł o 26. tygodniu jest uzasadniony, to rozumiem, że “próg” 12. tygodnia jest bezpieczny, jak — z przeproszeniem — określenie wytrzymałości mostów: z dwukrotnym “zapasem”. To ma sens, oczywiście, że tak.

            Ale podobny sens, choć zdecydowanie bardziej rygorystyczny — moim zdaniem absurdalnie zbyt rygorystyczny — ma ustanowienie tego progu zdecydowanie poza zasięgiem jakiegokolwiek ryzyka, a więc np. w momencie zapłodnienia. Ja się za tym nie opowiadam, a tylko wyjaśniam, że tego rodzaju logikę da się zrozumieć w inny sposób niż tylko jako przejaw religijnego fundamentalizmu.

            Wyraziłem się nie dość jasno, pisząc o symetrii. Mam na myśli nie równoprawność teorii i wyboru “progu”, a język. Gadanie o zabijaniu nienarodzonych dzieci jest moim zdaniem nadużyciem symetrycznym do tekstów o aborcji jak umycie zębów.

            Definicyjnie natomiast jesteśmy bezradni. Końcówkę ciąży jesteśmy np. zmuszeni wykluczyć z dopuszczalności aborcji nawet nie dlatego, że podejrzewamy, że płód ma wtedy zdolność do cierpienia. Pomijam realną możliwość rozstrzygnięć w tej materii (problem langust gotowanych żywcem — one podobno nie czują bólu, a tylko z powodu odruchów usilują się wydostać z garnka; czy przykład mojego własnego autystycznego dziecka, o którym rzesze świetnie wykształconych terapeutów wyrokowały bez wahań, że nie czuje bólu, ponieważ nie uzewnętrzniał żadnych reakcji). W ostatnim trymestrze aborcji nie chcielibyśmy dopuszczać przede wszystkim z innego powodu — wiemy mianowicie, że wcześniaki z tego okresu potrafią przeżyć. Zdolność do samodzielnego życia (blastula nie przeżyje, choć kto wie, co się za parę dekad okaże) też jednak nie jest i nie może być kryterium samym w sobie, bo nikt z nas nie żyje samodzielnie i nie mam na myśli koniecznie mamy i taty oraz kolegów z wojska, ale choćby bakterie, bez których nie pociągnęlibyśmy długo.

            Definicyjnie “człowiek” jest pojęciem tak niejasnym, jak “inteligencja”, czy “rozum”. Chiński pokój Searle’a jest myślowym eksperymentem, który w tej kwestii coś jest w stanie powiedzieć. Niezależnie od definicyjnych niemożności, przeciez jednak wiemy, na czym nasze własne myślenie polega i jak je poznać u siebie. Własne człowieczeństwo, życie i zdolność odczuwania również pojmujemy bez definicji. Z cudzym życiem i cudzym pojmowaniem człowieczeństwa kłopot jest zdecydowanie silniejszy, bo bezpośredniego “wglądu” już nie mamy, skoro nie o nas samych chodzi. W stosunku do myślenia da się stosować proste sztuczki. Daj bliźniemu problem, zobacz jak się do niego zabierze i poproś o wyjaśnienie, dlaczego akurat tak. Jeśli sam to wyjaśnienie rozumiesz, wiesz, że rozumie je również on — w ten sposób bezpośredni wgląd we własny rozum pozwala wiarygodnie wnioskować o rozumie osoby trzeciej.

            Owszem, również mam więcej zaufania do definicji, które biologię biorą pod uwagę niż do tych, które ją programowo ignorują, jednak jeszcze raz — nie wszystkie tego rodzaju argumenty są puste i nie wszystkie są religijnie motywowane.

            Ja sam jestem chrześcijaninem. Ale mój stosunek do aborcji (negatywny z etycznych powodów) ma kompletnie pozareliginy stosunek. Uważam przy tym, że wyborów etycznych w tej kwestii nikt nie ma prawa nikomu narzucić. Zupełnie natomiast niezależnie od tego uważam prawne rozstrzygnięcia tego problemu za kontrproduktywne — one nie rozwiązują problemu, jakkolwiek go definiować. Z tego powodu popieram bez wahania projekt Inicjatywy Kobiet. Ustanowiony w nim “próg” 12. tygodnia akceptuję dokładnie z tych powodów, które Pan wymienił. Znaczy to tyle, że prawo do decyzji po 12. tygodniu budzi u mnie wątpliwości, których (raczej) nie mam przed tym “progiem”.

            Ale nie dlatego popieram ten projekt ustawy, że etyczną stronę zagadnienia zbywam jako przesąd. Nie uważam tego za przesąd — a choć z dużym trudem przychodzi mi to w stosunku do zygot rzecz jasna, to i to potrafię zrozumieć.

  • 2 października, 2016 o 11:41
    Permalink

    Szanowny Panie Pawle,

    1. Ja bynajmniej nie zbywałem kwestii etyczności w interesującej nas sprawie. Czym bowiem jest etyka? To pewien sposób myślenia i postępowania określony przez pewne wartości i wiedzę. W tym kontekście obie strony sporu mówią i działają na podstawie dezyderatów etycznych – podkreśliłbym jednak, że etyka pro-choice wydaje mi się bardziej prawomocna, ponieważ jest osadzona na weryfikowalnych podstawach (biologicznych, medycznych). Etyka teologiczna natomiast to abstrakcja – z olbrzymią dowolnością podchodząca do racjonalności współgrającej z aktualnie dostępną wiedzą (biologiczną, medyczną, psychologiczną, socjologiczną) (nieprzypadkowo opcja “pro-life” łączy sprzeciw wobec aborcji ze sprzeciwem wobec edukacji seksualnej).

    2. W związku z powyższym zaryzykowałbym twierdzenie, iż w Pańskich wypowiedziach pojawia się moment teologicznej abstrakcji. Dostrzegam go wówczas, gdy pisze Pan o “absurdalnie” arbitralnym wyznaczaniu pozornie bezpiecznych progów w procedurze aborcyjnej. Z pewnością decyzja o wyznaczeniu takiego progu bywa obciążona arbitralnością – nie zgodzę się jednak, że arbitralności tej grozi dojście do absurdu. Zagrożone absurdem są raczej teologiczne domniemania w tej materii (np. przypuszczenie, iż zarodki “krzyczą”). Ich “logika” jest następująca: ponieważ nauka nie może udowodnić, że zygota nie krzyczy, to ta niemożność dowodzi możliwości krzyku. To właśnie jest typowy absurd. Tym sposobem moglibyśmy forsować np. tezę, że skoro nie jesteśmy zdolni udowodnić, że człowiek po śmierci niczego nie czuje, to ta niezdolność uprawdopodabnia domniemanie, iż zmarli mają zdolność odczuwania bólu – nawet w grobie (mimo że nie uzewnętrzniają swoich reakcji). Idąc tym tropem możemy dojść do przekonania, że zmarłych nie wolno grzebać (bo będą się dusić), a już na pewno nie kremować (bo podczas kremacji przeżyją mękę piekielną).

    3. PODSUMOWUJĄC: Zarówno medycyna, jak teologia nie są w stanie zapewnić ostatecznych rozstrzygnięć w bioetycznych sporach. Ta pierwsza jednak bywa dalece uczciwsza i bardziej weryfikowalna od drugiej. Nie ma zatem równosilności między etyką legitymizowaną przez medycynę a etyką teologiczną. Ksiądz nie jest równoprawnym partnerem w tym sporze – i to przede wszystkim powinniśmy uświadomić sobie oraz opinii publicznej. Odwoływanie się do “etyki duszy” ma w tej dyskusji wartość znikomą (istnieje wszak zasadniczy spór, co do tego, czy “dusza” w ogóle istnieje, czym jest, a przede wszystkim: czy posiada ją zygota; sama teologia katolicka wypowiada w tych sprawach sprzeczne komunikaty). Moim zdaniem meritum sporu dotyczy etyki ciała – jest to spór o problemy moralne wynikające z konfliktu biologicznych interesów (kwestia zasadnicza: czy prawo do życia zygoty oraz płodu z nierozwiniętym układem nerwowym jest ważniejsze od prawa matki do suwerennego decydowania o własnym ciele?). W istocie nawet teologia przyznaje to implicite – Kościół wszak nie prowadzi batalii o “duszę poczętą”, ale o “życie poczęte”. W centrum sporu jest zatem “bios” (życie), a nie “spiritus” (duch).

    Odpowiedz
    • 2 października, 2016 o 11:45
      Permalink

      ERRATA: “bios” (życie cielesne)

      Odpowiedz
  • 2 października, 2016 o 11:51
    Permalink

    I jeszcze jedno: opcja pro-choice bynajmniej nie proponuje retoryki, w której aborcja to zabieg “higieniczny” porównywalny z “umyciem zębów”. “Obrońcy” “życia poczętego”, owszem, referują w ten sposób dyskurs pro-choice, ale ich referaty bywają równie wiarygodne jak raport inkwizytora na temat poglądów heretyka.

    Odpowiedz
    • 2 października, 2016 o 13:06
      Permalink

      Napisałem o tym dlatego, że to słyszałem powtórzone kilkakrotnie w trakcie wrocławskiego wiecu.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *