Strajk kobiet – Kobiety RP

Protest Kobiet, Ratujmy Kobiety, ponad 200 tys. podpisów pod społecznym projektem ustawy znacznie liberalizującej przepisy aborcyjne. I niedawno ogłoszony strajk. Kilkadziesiąt tysięcy deklaracji „wezmę udział” na Facebooku. No, zobaczymy.

 

Niejasne i jak zwykle niemrawe poczynania KOD: „za, a nawet przeciw”. Znana od ćwierćwiecza hipokryzja czołowych partii politycznych. Sytuacja się zmienia – w miarę widocznego dla wszystkich wzrostu zainteresowania czarnym protestem, zarówno KOD, jak partie polityczne, zaczynają okazywać „sympatię”. Uważam, że Obywatele RP powinni być jednoznacznie za. Za strajkiem – a nie tylko za społecznym projektem, który właśnie wylądował w koszu.

Cokolwiek stoi za niewyraźnym stosunkiem KOD: troska o „słupki poparcia”, niechęć wykraczania poza oczywiste hasła o demokracji; cokolwiek powoduje znane od dekad faryzejskie lawirowanie partii politycznych i pieprzenie o kompromisie – chodzi o nierozpoznany z powodu lęków stan naszych umysłów. Strajk kobiet, jeśli istotnie ma nawiązać do islandzkiego pierwowzoru, ma właśnie umysłami wstrząsnąć. Nie tylko i nie przede wszystkim umysłami politycznych decydentów, ale „opinią publiczną”, o ile coś takiego jeszcze w Polsce istnieje. Strajk kobiet ma cel społeczny, a niekoniecznie polityczny, choć jedno drugiemu nie przeczy. Ma uświadomić wszystkim wagę „kobiecego problemu” i pokazać, że to jest problem praw człowieka – ważny dla każdego.

 

Uważam, że kilka rzeczy bardzo różnego kalibru wymaga tu rozsądnej i przemyślanej deklaracji. Jasnego określenia pryncypiów i celów – w kategoriach etycznych, społecznych, politycznych i wreszcie – koniecznie na końcu – legislacyjnych. W prawie do aborcji chodzi o podstawowe prawa człowieka, co leży w samym centrum naszej, Obywateli RP, aktywności. Koncentracja na prawach obywatelskich i próby sformułowania oraz wywalczenia konkretnych postulatów tu i teraz są – wydaje mi się – tym wyróżnikiem Obywateli RP, którego pozbawiony jest KOD oraz, niestety, partie opozycji. Prawa zaangażowane w sprawę aborcji są prawami człowieka, a przy tym stają ze sobą w konflikcie, co czyni tę sprawę szczególnie trudną.

Nie wszyscy więc ten konflikt uznają. Fundamentaliści „pro life” uważają, że wolność znika, skoro narusza prawo do życia i jeśli naprawdę tak dałoby się ów konflikt zdefiniować, to istotnie stałoby się jasne, że w rzeczywistości wyboru nie ma. Zwolennicy „pro choice” uznają zatem nieznośnie często, że konfliktu nie ma z innego powodu. Nie istnieje mianowicie żaden człowiek, którego życie mielibyśmy chronić, mamy do czynienia jedynie z zygotą, zwolennicy „pro life” to w rzeczywistości zboczeńcy w sutannach, kierowani apetytem na władzę nad macicami, zaś o żadnym życiu nie może tu być mowy.

Uprzedzając proponowany tok rozumowania zaznaczam z góry, że za wyraz rozsądku żadną miarą nie uważam jakiegokolwiek zrozumienia dla wartości obecnie obowiązującego rzekomego kompromisu aborcyjnego, a samo gadanie o kompromisie w tym kontekście uważam nie tylko za nadużycie rozsądku i intelektualną aberrację, ale również za absolutny moralny skandal. Jest natomiast tego gadania pełno w obecnie prowadzonych dyskusjach i mnóstwo głosów tego rodzaju słychać w „obozie demokratów”, również w tej jego części, która opowiedziała się po stronie walczących kobiet. Są to głosy przeciw projektom zaostrzenia przepisów, ale wyrażające sprzeciw również wobec ich liberalizacji. Obecne prawo jest jednak tylko nieco mniej okrutne niż proponowane przez Ordo Iuris. Jest przy tym podobnie bezduszne, tak samo głupie i przede wszystkim – przeciwskuteczne. Strajk kobiet – akcja pomyślana w pierwszym rzędzie jako narzędzie przewartościowania poglądów – ma tym większy sens i bardzo zasadnicze znaczenie.

Uważam także, że obecny spór i ekscytacja wywołana przepisami regulującymi aborcję ma znów walor – atrakcyjny dla wielu – starcia światopoglądowego pomiędzy „oświeconymi Europejczykami”, a „katolickim ciemnogrodem”. Coś w tym oczywiście jest, ale takie postawienie sprawy absolutnie fałszuje meritum problemu, którego rzeczywiste znaczenie – krew, pot i łzy – zupełnie na czym innym polega.

Strony: Początek |1 | 2 | 3 | ... | następna strona→ | Koniec

14 thoughts on “Strajk kobiet – Kobiety RP

  • 30 września, 2016 o 20:23
    Permalink

    Pawle, dziękuję za ten tekst, z którym tylko w szczegółach się nie zgadzam. Np. taki szczegół, że akurat ja pisałam o łamaniu konstytucyjnego prawa do nauki, no ale ja sobie pisałam, dla znajomych i na mało znaną stronę www, a bardziej publicznie – fakt, chyba nikt. Pisałam też o łamaniu konstytucyjnego łamania prawa do prywatności itd. Ale mniejsza o szczegóły. W naszej inicjatywie Protest kobiet często rozmawiamy o tej obustronnej hipokryzji i o tym, że niechętnie byśmy chodziły pod sztandarami macic, więc nie chodzimy. Dla mnie osobiście to potwierdzenie uprzedmiotowienia, to samosprowadzenie się do poziomu wyłącznie macicy. Niedawno ktoś wkleił, nie wiem czy do końca prawdziwą mapę Polski na której były zaznaczone Domy Samotnej Matki prowadzone przez organizacje feministyczne. Raczej powinna napisać, że miały być, bo mapa symbolicznie była pusta.
    Ale tak naprawdę piszę tu, bo moją pierwszą reakcją na odrzucenie projektu komitetu Ratujmy Kobiety był pomysł żeby zgłosił go któryś klub parlamentarny opozycji jako projekt poselski. No ale to wymagałoby dogadania się lewicowego Stowarzyszenia Inicjatywa Polska i pokrewnych środowisk z którąś z partii parlamentarnych. Czy to jest możliwe…?

    Co do referendum. Poniekąd zgadzam się z głosami, że nad prawami człowieka się nie głosuje, ale… Gdyby zadać tylko jedno pytanie: czy jesteś za przysługiwaniem kobietom pełni praw człowieka, zawartych w ratyfikowanych przez Polskę Karcie Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Prawach Człowieka – mogłoby być nawet zabawnie.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i do rychłego zobaczenia.

    Odpowiedz
    • 30 września, 2016 o 22:40
      Permalink

      Głosowanie nad prawami człowieka to źle postawiony problem. Prawa człowieka gwarantuje się w konstytucji i tę można nadać, jak np. Amerykanie nadali ją Niemcom. I Japończykom.

      Ale prawa człowieka można sobie wziąć. Np. w siedemdziesiątych latach środowiska głównie KOR-owskiej opozycji wzięły sobie wolność słowa, zrobiono to naruszając ówczesne prawo. Tu napisałem, żeby zrobić i przeprowadzić referendum, również wtedy, kiedy Sejm wniosek o referendum odrzuci — co prawie na pewno by nastąpiło, gdyby ktoś taki projekt zgłosił.

      Pytania w tym referendum — choć zwykle są krytycznie ważne — tu akurat w zasadzie mogłyby być drugorzędne. Można spytać np. , czy polityka państwa powinna zmierzać do ograniczenia aborcji, a jeśli tak, to czy poprzez zapisy w kodeksie karnym, czy może poprzez pomoc dla kobiet w ciąży i samotnych matek, wspieranie antykoncepcji i edukacji seksualnej. Albo po prostu, czy popierasz projekt Inicjatywy Kobiet, czy może ten Ordo Iuris, czy wreszcie chcesz utrzymania status quo…

      Jeden pies w zasadzie. Jeśli nie zdecydują politycy, to zdecyduje naród i wolność obywatelską albo sobie weźmie, albo — co jest niestety równiez możliwe — właśnie jej nie weźmie.

      Tak, dla mnie jest cholernie ważne, żeby nie uciekać w prymitywną fizjologię, arogancko negując istnienie kwestii etycznych, a zamiast tego pokazać nierozstrzygalność tej kwestii jednolicie za wszystkich i dla wszystkich, pokazać również, że każda decyzja “organu przedstawicielskiego” w tym zakresie musi być uzurpacją, która jest nieuprawniona i nieetyczna itd.

      Ważna jest też świadomość polityczych celów akcji. Np. taki drobiazg jak zasada żadnego logo partyjnego wydaje mi się sporym błędem. Powinno być na odwrót — jak najwięcej partii, ale pod warunkiem wsparcia projektu ustawy: żadnego czczego gadania. Chcecie się podpiąć — bardzo proszę, ale projekt wnieście jako własny.

      Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:06
        Permalink

        Nie jestem decydentką w strajku. W sprawach logo partii absolutnie popieram Twoje zdanie.
        W sprawie referendum będę się upierała przy swoim 🙂

        Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:33
        Permalink

        Czekaj, zdania o refendum nie rozumiem. Czy ono jest takie, że nad prawami człowieka się nie głosuje?

        Jeśli tak, to jest to źle postawiony problem. Można prawa człowieka dostać z nadania — tu nie wiadomo dobrze z czyjego. Z sejmowego ich nie dostaniesz, co dość wyraźnie widać. Żaden TK też Twoich praw nie potwierdzi. Nie potwierdzał ich póki jeszcze istniał, a teraz już w ogóle szkoda gadać. Prawa człowieka pozostaje już tylko sobie wziąć — to jest mniej więcej to, co bym proponował zrobić.

        Lęk przed “głosem ludu” w tej sprawie jest lękiem przed zjawiskami podobnymi do tych opisanych “Ucieczce od wolności”. On jest uzasadniony, jasne, że tak. Co robić…

        Odpowiedz
      • 30 września, 2016 o 23:43
        Permalink

        1. Pomysł z referendum oddolnie zorganizowanym przez obywateli to idea znakomita. Gdyby udało się ją zrealizować, przedstawiając zarazem jako wyraz niezgody na zmowę milczenia w jednej z najważniejszych dziś kwestii bioetycznych i biopolitycznych, to byłby milowy skok naszego społeczeństwa na drodze do obywatelskiej dojrzałości. Pytanie tylko, czy Polacy są już gotowi do tego, by podjąć taką inicjatywę – i czy właśnie kwestia aborcji byłaby w stanie wyrwać ich z politycznej apatii (zgadzam się bowiem z Panem, że całą batalię o liberalizację ustawy o planowaniu rodziny należałoby zgrać z kampanią na rzecz rehabilitacji polityczności, pojętej jako troska o sprawy publiczne. Kunktatorskie odżegnywanie się od polityki, jakie forsuje np. KOD, uważam za taktykę krótkowzroczną i nieskuteczną).

        2. Trudno natomiast zaakceptować mi to, co pisze Pan o “ucieczce w prymitywną fizjologię”. Po pierwsze, fizjologia per se nie jest niczym prymitywnym – to po prostu jeden z fundamentalnych wymiarów ludzkiego istnienia i ludzkiej tożsamości: m.in. w tym sensie, że ludzka duchowość jest tożsama, a w każdym razie nierozerwalnie spleciona z ludzką cielesnością. Duch działa w ciele, wyraża się poprzez ciało i nie może istnieć poza ciałem, czy szerzej: poza materią – przynajmniej dopóki jest duchem egzystującym na ziemi (z tego, co wiem, teologie nie wspominają o istnieniu dylematów bioetycznych po śmierci). Co za tym idzie, macica bywa równie istotna jak mózg (w końcu ludzkie mózgi rozwijają się w ciałach, które z kolei formują się w macicach). Nieprzypadkowo też chyba struktura żołądka przypomina strukturę mózgu (żołądek zaś bywa nazywany drugim mózgiem). Po drugie – wynikające z pierwszego – ciało to podstawowa, pierwsza i najbardziej intymna własność człowieka. Nic więc dziwnego, że w sytuacji, gdy prymitywna ideologia, narzucona z zewnątrz, dąży do kolonizacji tej intymnej przestrzeni, człowiek krzyczy w obronie własności podstawowej. Dlatego kobiety umieszczają dziś na sztandarach macice. Jest to gest ze wszech miar racjonalny; inna sprawa, czy będzie on skuteczny politycznie – to zapewne zależy od tego, czy uda się kobietom (oraz mężczyznom wspierającym kobiety w tej batalii) przekonać opinię publiczną, że rozumnie urządzona sfera publiczna nie może być bazą wypadową do brutalnych ataków ideologii na integralność ludzkiego ciała.

        3. Na marginesie całej dyskusji przypomniałbym etos materializmu Adorna. Gdzieś chyba w “Dialektyce negatywnej” pada stwierdzenie, że konsekwentnie praktykowany materializm oznaczałby przywiązanie społeczeństwa do ciała tak silne, że uniemożliwiające palenie ludzi na stosach bądź w krematoriach. Oczywiście, argument ten można skierować przeciwko zwolennikom prawa do aborcji, wskazując, że skoro każde ciało jest bezcenne, to bezcenne są również zygoty – i człowiekowi nie wolno ich z rozmysłem unicestwiać. Materialista odparłby wówczas, że nie każde ciało jest tak samo cenne: człowiek potencjalny nie jest równie cenny jak człowiek aktualny – życie zaś często stawia nas w sytuacjach, w których to my, ludzie (a nie abstrakcyjne instancje w rodzaju Losu czy Boga), musimy wybierać między dobrem (dobrostanem) człowieka a dobrem (dobrostanem) zygoty bądź kilkunastotygodniowego płodu. Wybory tego typu, jakkolwiek trudne w wymiarze emocjonalnym, bywają relatywnie proste w aspekcie aksjologicznym – jasne jest bowiem, że zygota lub płód nie są i nigdy nie będą tak samo ważne jak zdolny do samodzielnego myślenia i życia człowiek: w tym wypadku dorosła kobieta wraz z jej suwerennością i potrzebami.

        Odpowiedz
        • 1 października, 2016 o 10:23
          Permalink

          Zgadza się — oczywiście ideologie rozmaitych abstrakcji bywają, może nawet najczęściej, zdecydowanie bardziej brutalnie prymitywne od najbardziej naturalistycznej fizjologii. Jesteśmy zresztą świadkami właśnie czegoś takiego. Pisząc o prymitywnej fizjologii, miałem tylko na myśli fakt, że te cechy języka femizmu, wydają się po pierwsze dość bezrefleksyjną odpowiedzią na atak ideologii, po drugie usiłują zanegować istnienie etycznej strony problemu, a to uważam za fałsz. Z różnych powodów, między innymi z tego, że dla zwolenników “pro life” etyka (jakkolwiek ją oceniać) istnieje i jest ważna.

          Oczywiście wybór między zygotą, a dobrostanem kobiety jest prosty, a nie trudny. Ale jeśli o tym mówimy, to pogląd o ludzkiej istocie zawierającej się w zygocie nie jest wcale bardziej absurdalny od tego, że człowiek zjawia się w 85. dniu życia płodowego, a jeszcze w 84. — na pięć minut przed końcem tego dnia — jest nieobecny.

          Samo istnienie vs. nieistnienie abstrakcyjnych zagadnień etycznych w tym problemie jest niewątpliwie nieostre. Wszelkie ostrości — w dodatku arbitralnie narzucane — są tutaj fałszem. Z arbitralnością “pro life” nie dyskutuję — wydaje się jasna. Ale ta arbitralność jest symetrycznym zjawiskiem. Po “naszej stronie” istnieje również. Powiedziałbym, że daliśmy ją sobie narzucić.

          Odpowiedz
          • 1 października, 2016 o 12:00
            Permalink

            1. Przede wszystkim wydaje mi się, że pewna część społeczeństwa pozwoliła, by “pro-liferscy” ideolodzy (oraz media kreujące fałszywe symetrie) wdrukowali jej przekonanie o symetryczności argumentów teologicznych i medycznych. Te pierwsze są kompletnie niefalsyfikowalne – forsują wszak niesprawdzalne przekonanie, że zygota to człowiek. Rozumowaniem takim zarządza abstrakcyjna arbitralność (pojęcie “człowieka” jest puste i może być wypełnione arbitralnie nadaną treścią, o ile dany autorytet – w tym wypadku teologiczny – posiada społecznie akceptowaną prerogatywę do nadawania wybranej przez siebie treści), a oprócz arbitralności myśleniu temu sekunduje logika błędnego koła (zarodek jest człowiekiem, ponieważ człowiek to zarodek). Po drugiej stronie – bynajmniej nie lustrzanej i nie symetrycznej – mamy dyskursy odwołujące się do ustaleń medycznych. One koncentrują się nie tyle rozstrzyganiu, w jakim stopniu płód zasługuje na miano człowieka (medycyna nie posiada instrumentów pozwalających ustalić w tej materii coś pewnego), ile pozwalają sprecyzować (na przykład), że dopiero w 26 tygodniu życia system nerwowy płodu zaczyna kontrolować niektóre funkcje jego ciała. Innymi słowy, medycyna może założyć (przyjmując bezpieczne granice), że płód 12-tygodniowy nie tylko nie myśli, lecz także nie czuje, a co za tym idzie nie doznaje bólu – co z kolei pozwala przyjąć, że aborcja 12-tygodniowego płodu będzie aborcją bezbolesną, czyli humanitarną.

            2. Jak widać, trudno mówić o symetrii między arbitralnością teologiczną a medyczną. Ta pierwsza jest arbitralna w 100%. Dziś Kościół twierdzi, że zygota jest człowiekiem – nie definiując przy tym człowieka. To kompromitujący błąd teologii (błąd w pewnym sensie ją “falsyfikujący”, tzn.odsłaniający jej nieprawomocność w kwestii aborcji), który po prostu nie pozwala zdać się na rozstrzygnięcia teologiczne w tej sprawie, gdyż teologia nie potrafi zdefiniować kluczowych dla siebie pojęć. Rozumienie pojęcia “człowiek” jest tak nieokreślone, że jego rozumienie staje się absurdalnie szerokie. Dzisiaj pozwala ono na uznawanie zygoty za człowieka – jutro pozwoli uznać, że człowiekiem jest włos lub paznokieć (skoro z komórek macierzystych dałoby się ewentualnie sklonować człowieka), a w konsekwencji może uzasadnić zakaz obcinania włosów i paznokci. Medycyna też bywa arbitralna (w końcu żaden instrument ludzkiej racjonalności nie pozwala rozstrzygnąć zasadniczych dylematów ze 100-procentową pewnością), ale w nieporównanie mniejszym stopniu od teologii.

            3. Wobec powyższego nasuwa się następujący wniosek (a może tylko robocze założenie wymagające dalszego dowodzenia): nie ma równoważności między arbitralnością obozu “pro-life” i obozu pro-choice. Pierwszy redukuje piekielnie złożoną problematykę do księżycowych uproszczeń (często nieodróżnialnych od urojeń; czy ktoś, kto w zygocie widzi człowieka nie cierpi przypadkiem na urojenia?) – drugi natomiast próbuje pewne kwestie uściślać w oparciu o racjonalność dalece uczciwszą od teologicznej. Obóz pro-choice nie twierdzi przy tym, że ciało jest ważniejsze od duszy (nie stanowi więc symetrycznej opozycji wobec opcji “pro-life”, która przedkłada duszę nad ciało); wskazuje raczej, że wiarygodne opisy funkcjonowania ludzkiego ciała pomagają w rozstrzyganiu zawiłych kwestii etycznych. Jeśli zatem zygota nie myśli, nie czuje, nie jest zdolna do samodzielnego życia etc. – o czym z dużą dozą pewności pozwala przesądzić współczesna medycyna – to zarodek (a do pewnego momentu także i płód) ma analogiczny status bioetyczny jak inne organy wewnętrzne kobiety. Co za tym idzie, w ostateczności to właśnie kobieta – konkretna osoba dysponująca prawem do zawiadywania integralnością swojego ciała – powinna mieć prawo do ostatecznego rozstrzygnięcia, jeśli pojawi się kwestia usunięcia zarodka.

            4. Rozumowanie to kondensuje się w haśle: “Odwalcie się od mojej macicy!” – ono zatem nie symbolizuje arbitralności porównywalnej z arbitralnością anty-aborcyjną; wskazuje po prostu, że w pewnych sytuacjach kobieta powinna być suwerenem: ostateczną instancją rozporządzającą swą cielesnością.

          • 1 października, 2016 o 12:05
            Permalink

            ERRATA: Rozumienie pojęcia “człowiek” jest tak nieokreślone, że jego zakres staje się absurdalnie szeroki.

          • 2 października, 2016 o 01:20
            Permalink

            Z tym rozumowaniem bardzo zasadniczo się nie zgadzam. Również uważam, że decyzja należy w tej sprawie do kobiety, to nie dlatego, że nie istnieje w tej decyzji problem etyczny, a istnieje tylko prawo dysponowania ciałem i jego organzami — ale dlatego, że nie da się w żaden sposób uczciwie zdecydować w tych sprawach za nią. Jest według mnie przynajmniej tak, że oddalić kwestii etycznej — tej abstrakcyjnej związanej z identyfikacją “płodu” jako “człowieka” — nie da się bez wątpliwości. Racje etyczne nie są puste w żaden obiektywny sposób, nie da się jednoznacznie dowodzić, że ludzie, którzy je podnoszą, bredzą w ewidentny sposób.

            Nie chcę wchodzić w biologiczne rozważania, choć tu również mam jakieś wątpliwości. Nie sądzę więc np. że zdolność odczuwania bólu pojawia się dopiero u progu trzeciego trymestru. Ileś razy zdarzyło mi się usłyszeć protest lekarza na prósbę o nieprzerywanie “seansu” USG (początek drugiego trymestru) z uzasadnieniem w rodzaju “pan by tego nie wytrzymał” i powołaniem się na widoczny (choć nieskładnie nieskoordynowany oczywiście) “protest” obserwowanego płodu. Ale oczywiście zasuwam tu naiwnie anegdotyczne kawałki. Znam oczywiście medyczne uzasadnienia mówiące o tym, że to, co widzę, to tylko “automatyczne odruchy”. Cóż, automatyzm odruchów obserwuję u siebie i bliźnich na tyle często (najczęściej), że się nauczyłem nie wyciągać zeń jakichś daleko idących wniosków.

            Przede wszystkim jednak — tak napisałem — jeśli uznam, że do 26. tygodnia płód nie jest w stanie odczuwać bólu, to nie rozwiązuje to sprawy. Czy to znaczy, że dzień przed tym terminem jest ok., a nazajutrz już nie? Każdy “próg” tego rodzaju jest i musi być absurdalnie arbitralny.

            Jeśli jednak domysł o 26. tygodniu jest uzasadniony, to rozumiem, że “próg” 12. tygodnia jest bezpieczny, jak — z przeproszeniem — określenie wytrzymałości mostów: z dwukrotnym “zapasem”. To ma sens, oczywiście, że tak.

            Ale podobny sens, choć zdecydowanie bardziej rygorystyczny — moim zdaniem absurdalnie zbyt rygorystyczny — ma ustanowienie tego progu zdecydowanie poza zasięgiem jakiegokolwiek ryzyka, a więc np. w momencie zapłodnienia. Ja się za tym nie opowiadam, a tylko wyjaśniam, że tego rodzaju logikę da się zrozumieć w inny sposób niż tylko jako przejaw religijnego fundamentalizmu.

            Wyraziłem się nie dość jasno, pisząc o symetrii. Mam na myśli nie równoprawność teorii i wyboru “progu”, a język. Gadanie o zabijaniu nienarodzonych dzieci jest moim zdaniem nadużyciem symetrycznym do tekstów o aborcji jak umycie zębów.

            Definicyjnie natomiast jesteśmy bezradni. Końcówkę ciąży jesteśmy np. zmuszeni wykluczyć z dopuszczalności aborcji nawet nie dlatego, że podejrzewamy, że płód ma wtedy zdolność do cierpienia. Pomijam realną możliwość rozstrzygnięć w tej materii (problem langust gotowanych żywcem — one podobno nie czują bólu, a tylko z powodu odruchów usilują się wydostać z garnka; czy przykład mojego własnego autystycznego dziecka, o którym rzesze świetnie wykształconych terapeutów wyrokowały bez wahań, że nie czuje bólu, ponieważ nie uzewnętrzniał żadnych reakcji). W ostatnim trymestrze aborcji nie chcielibyśmy dopuszczać przede wszystkim z innego powodu — wiemy mianowicie, że wcześniaki z tego okresu potrafią przeżyć. Zdolność do samodzielnego życia (blastula nie przeżyje, choć kto wie, co się za parę dekad okaże) też jednak nie jest i nie może być kryterium samym w sobie, bo nikt z nas nie żyje samodzielnie i nie mam na myśli koniecznie mamy i taty oraz kolegów z wojska, ale choćby bakterie, bez których nie pociągnęlibyśmy długo.

            Definicyjnie “człowiek” jest pojęciem tak niejasnym, jak “inteligencja”, czy “rozum”. Chiński pokój Searle’a jest myślowym eksperymentem, który w tej kwestii coś jest w stanie powiedzieć. Niezależnie od definicyjnych niemożności, przeciez jednak wiemy, na czym nasze własne myślenie polega i jak je poznać u siebie. Własne człowieczeństwo, życie i zdolność odczuwania również pojmujemy bez definicji. Z cudzym życiem i cudzym pojmowaniem człowieczeństwa kłopot jest zdecydowanie silniejszy, bo bezpośredniego “wglądu” już nie mamy, skoro nie o nas samych chodzi. W stosunku do myślenia da się stosować proste sztuczki. Daj bliźniemu problem, zobacz jak się do niego zabierze i poproś o wyjaśnienie, dlaczego akurat tak. Jeśli sam to wyjaśnienie rozumiesz, wiesz, że rozumie je również on — w ten sposób bezpośredni wgląd we własny rozum pozwala wiarygodnie wnioskować o rozumie osoby trzeciej.

            Owszem, również mam więcej zaufania do definicji, które biologię biorą pod uwagę niż do tych, które ją programowo ignorują, jednak jeszcze raz — nie wszystkie tego rodzaju argumenty są puste i nie wszystkie są religijnie motywowane.

            Ja sam jestem chrześcijaninem. Ale mój stosunek do aborcji (negatywny z etycznych powodów) ma kompletnie pozareliginy stosunek. Uważam przy tym, że wyborów etycznych w tej kwestii nikt nie ma prawa nikomu narzucić. Zupełnie natomiast niezależnie od tego uważam prawne rozstrzygnięcia tego problemu za kontrproduktywne — one nie rozwiązują problemu, jakkolwiek go definiować. Z tego powodu popieram bez wahania projekt Inicjatywy Kobiet. Ustanowiony w nim “próg” 12. tygodnia akceptuję dokładnie z tych powodów, które Pan wymienił. Znaczy to tyle, że prawo do decyzji po 12. tygodniu budzi u mnie wątpliwości, których (raczej) nie mam przed tym “progiem”.

            Ale nie dlatego popieram ten projekt ustawy, że etyczną stronę zagadnienia zbywam jako przesąd. Nie uważam tego za przesąd — a choć z dużym trudem przychodzi mi to w stosunku do zygot rzecz jasna, to i to potrafię zrozumieć.

  • 2 października, 2016 o 11:41
    Permalink

    Szanowny Panie Pawle,

    1. Ja bynajmniej nie zbywałem kwestii etyczności w interesującej nas sprawie. Czym bowiem jest etyka? To pewien sposób myślenia i postępowania określony przez pewne wartości i wiedzę. W tym kontekście obie strony sporu mówią i działają na podstawie dezyderatów etycznych – podkreśliłbym jednak, że etyka pro-choice wydaje mi się bardziej prawomocna, ponieważ jest osadzona na weryfikowalnych podstawach (biologicznych, medycznych). Etyka teologiczna natomiast to abstrakcja – z olbrzymią dowolnością podchodząca do racjonalności współgrającej z aktualnie dostępną wiedzą (biologiczną, medyczną, psychologiczną, socjologiczną) (nieprzypadkowo opcja “pro-life” łączy sprzeciw wobec aborcji ze sprzeciwem wobec edukacji seksualnej).

    2. W związku z powyższym zaryzykowałbym twierdzenie, iż w Pańskich wypowiedziach pojawia się moment teologicznej abstrakcji. Dostrzegam go wówczas, gdy pisze Pan o “absurdalnie” arbitralnym wyznaczaniu pozornie bezpiecznych progów w procedurze aborcyjnej. Z pewnością decyzja o wyznaczeniu takiego progu bywa obciążona arbitralnością – nie zgodzę się jednak, że arbitralności tej grozi dojście do absurdu. Zagrożone absurdem są raczej teologiczne domniemania w tej materii (np. przypuszczenie, iż zarodki “krzyczą”). Ich “logika” jest następująca: ponieważ nauka nie może udowodnić, że zygota nie krzyczy, to ta niemożność dowodzi możliwości krzyku. To właśnie jest typowy absurd. Tym sposobem moglibyśmy forsować np. tezę, że skoro nie jesteśmy zdolni udowodnić, że człowiek po śmierci niczego nie czuje, to ta niezdolność uprawdopodabnia domniemanie, iż zmarli mają zdolność odczuwania bólu – nawet w grobie (mimo że nie uzewnętrzniają swoich reakcji). Idąc tym tropem możemy dojść do przekonania, że zmarłych nie wolno grzebać (bo będą się dusić), a już na pewno nie kremować (bo podczas kremacji przeżyją mękę piekielną).

    3. PODSUMOWUJĄC: Zarówno medycyna, jak teologia nie są w stanie zapewnić ostatecznych rozstrzygnięć w bioetycznych sporach. Ta pierwsza jednak bywa dalece uczciwsza i bardziej weryfikowalna od drugiej. Nie ma zatem równosilności między etyką legitymizowaną przez medycynę a etyką teologiczną. Ksiądz nie jest równoprawnym partnerem w tym sporze – i to przede wszystkim powinniśmy uświadomić sobie oraz opinii publicznej. Odwoływanie się do “etyki duszy” ma w tej dyskusji wartość znikomą (istnieje wszak zasadniczy spór, co do tego, czy “dusza” w ogóle istnieje, czym jest, a przede wszystkim: czy posiada ją zygota; sama teologia katolicka wypowiada w tych sprawach sprzeczne komunikaty). Moim zdaniem meritum sporu dotyczy etyki ciała – jest to spór o problemy moralne wynikające z konfliktu biologicznych interesów (kwestia zasadnicza: czy prawo do życia zygoty oraz płodu z nierozwiniętym układem nerwowym jest ważniejsze od prawa matki do suwerennego decydowania o własnym ciele?). W istocie nawet teologia przyznaje to implicite – Kościół wszak nie prowadzi batalii o “duszę poczętą”, ale o “życie poczęte”. W centrum sporu jest zatem “bios” (życie), a nie “spiritus” (duch).

    Odpowiedz
    • 2 października, 2016 o 11:45
      Permalink

      ERRATA: “bios” (życie cielesne)

      Odpowiedz
  • 2 października, 2016 o 11:51
    Permalink

    I jeszcze jedno: opcja pro-choice bynajmniej nie proponuje retoryki, w której aborcja to zabieg “higieniczny” porównywalny z “umyciem zębów”. “Obrońcy” “życia poczętego”, owszem, referują w ten sposób dyskurs pro-choice, ale ich referaty bywają równie wiarygodne jak raport inkwizytora na temat poglądów heretyka.

    Odpowiedz
    • 2 października, 2016 o 13:06
      Permalink

      Napisałem o tym dlatego, że to słyszałem powtórzone kilkakrotnie w trakcie wrocławskiego wiecu.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *