D’Hondt i sondaże – przeczytaj i zrozum, a nie zagłosujesz już nigdy…

Na szczęście dla umęczonej Ojczyzny i demokracji, którą wszyscy kochamy, niewielu to przeczyta. Więc może nie będzie tak źle z frekwencją wyborczą. Powód, dla którego żywię tę nadzieję, wyjaśnię cytatem ze szkolnej lektury

– (…) Dobry Polak poci się już przy drugiej cyfrze dziesiętnej, przy piątej dostaje gorączki, a przy siódmej zabija go apopleksja… Cóż u ciebie słychać?

– Mam pojedynek – odparł Wokulski.

Sądziłem zawsze, że włożony tu w usta dra Szumana portret urazowej niechęci do wszystkiego, co kojarzy się matematyką, zawdzięczamy szkole – ten cytat z Lalki (PIW 1973, s. 157-158) sugeruje jednak, że ów specyficzny defekt jest częścią polskiej tradycji szlacheckiej starszej niż obowiązkowa szkoła powszechna z jej fatalnym programem i że ma on w dodatku jakiś niezdefiniowany tu bliżej, ale silny związek z nierozumną skłonnością do pojedynków. No, niniejsze jest w jakiejś mierze adresowane do spadkobierców tej samej tradycji. Chodzi w końcu o wzmożenie na rzecz narodowej sprawy – romantyczna tradycja ma tu znaczenie równie wielkie, jak w pojedynku. „Dobry Polak” raczej więc nie zechce się trudzić, wybierze pojedynek, a potem łupnie głową w mur przy okazji wyborów i zobaczy wszystkie gwiazdy europejskiej flagi ułożone w przepiękny wianuszek.

 

Spróbuję co prawda oszczędzić „dobremu Polakowi” apopleksji, gorączki, a nawet potów i zawiłe obliczenia pominę , ale wielkich złudzeń przecież nie mam. Cóż, przynajmniej sam uwolnię się od obaw o destrukcyjny wpływ poniższego na losy „zjednoczonej opozycji” w nadchodzących wyborach.

 

 

Sondaże, miraże i łgarstwa dla mas

Widzieliśmy ostatnio nowy sondaż IBRiS (uzupełniona, pełna analiza tutaj). Dotyczył wyborów do sejmików wojewódzkich. Mapa wygląda ponuro na pierwszy rzut oka, ponieważ pisowska koalicja zwana Zjednoczoną Prawicą prowadzi na niej bardzo wyraźnie w 11 województwach z przebadanych 15 (brakuje danych dla Warmii i Mazur).

*** W jednym z artykułów prasowych przedstawiających wyniki omawianego sondażu przeczytałem błędną informację o użytej w nim próbie. Zwrócono mi uwagę, że próba w rzeczywistości wyniosła po 1000 osób na każde z 15 badanych województw, a nie — jak podaję tutaj niżej — na cały kraj. W tej sytuacji dane zasługują na szczegółową analizę, którą wykonam już wkrótce, prezentując dokładną symulację podziału mandatów wg modelu d’Hondta przy założeniu, że w każdym z okręgów wyborczych województwa procentowy rozkład głosów jest ten sam. Rezultaty i wnioski będą się różnić od tu prezentowanych w ciekawy sposób — metoda d’Hondta daje w niektórych okolicznościach zaskakujące efekty. Niniejszy tekst pozostawiam bez zmian, choć wiem, że wyniki się zmienią, bo ilościowe dane to jedno, a mechanizm — którego na ogół nie rozumiemy — to drugie.

Słychać jednak równocześnie uspokajające głosy, słusznie zwracające uwagę, że w żadnym z tych województw PiS nie uzyskuje samodzielnej większości. Włącznie z Podkarpaciem – zresztą jedynym województwem, w którym wszystkie partie potencjalnej Wielkiej Koalicji nie uzyskują przewagi nad PiS, ulegając stosunkiem głosów 36 do 44%. W całym kraju średnia wyników województw daje 40% Zjednoczonej Prawicy, 31% koalicji zwanej „obywatelską” i złożonej z PO i Nowoczesnej oraz na szczęście aż 57% Wielkiej Koalicji, która powstałaby z dołożenia do głosów „obywatelskich” również PSL, SLD oraz drobiazgu od Razem przez Bezpartyjnych Samorządowców po Mniejszość Niemiecką i Ślązaków. Kukiz ’15 plasuje się średnio pod progiem, więc na koalicjanta PiS nada się słabo raptem w jednym województwie.

 

Te komentarze uspokajają. Fakt – co z tego, że PiS punktuje najwyżej? Przecież to jedyna (poza Kukizem) partia prawicowych populistów. Demokraci zaś idą z całą paletą barw i partii – i nakrywają PiS czapkami satysfakcjonującym stosunkiem głosów 57 do 40%. Problem w tym, że z powodu algorytmu d’Hondta wyjaśnienie jest fałszywe, bo dane wyglądają odmiennie, jeśli je przeliczyć na mandaty. A jeśli to zderzyć z rzeczywistym działaniem partii opozycji, to nie tylko samo wyjaśnienie okazuje się jawnym łgarstwem, bo już nie błędem nonszalanckiego ignoranta, ale i sama opozycyjność partii staje pod odbierającym złudzenia znakiem zapytania.

 

Algorytmu d’Hondta nie znają wyborcy. Przeliczanie liczby głosów oraz sondażowych punktów na mandaty jest żmudnym zajęciem (właśnie straciłem na to większość dnia) – polegamy więc w tej mierze na opinii fachowców i sami nie zawracamy sobie tym głowy. Być może podobnie podchodzą do problemu partyjni politycy – choć przecież ich egzystencja zależy od prawdziwych danych na ten temat. Trzeba być niespełna rozumu, żeby iść do wyborów, stawiając w nich na szali los swój oraz własnej partii i nie rozumiejąc mechanizmu, który decyduje o rezultacie. Cóż, politycy dostarczyli nam już niejednego twardego dowodu własnej bezmyślności. Ktoś jednak w partiach te żmudne rachunki prowadzić musi – przynajmniej w większych z nich. Zarządy partii muszą znać twarde dane – przy całym zrozumieniu dla ludzkiej głupoty i zwykłego umysłowego lenistwa, nie uwierzę przecież, że nie ma wśród polityków nikogo elementarnie rzetelnego i sprawnego intelektualnie. I jeśli publiczne komentarze ograniczają się do uspokajających komentarzy, jak ten powyżej, to fałsz ma tu niestety wszystkie cechy premedytacji. Najwyraźniej jesteśmy celowo robieni w trąbę.

 

 

Ściema d’Hondta i o d’Hondcie

 

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie oskarżam o kretynizm każdego, kto bezkrytycznie łyka cudze informacje o spodziewanych wynikach wyborów. W końcu przecież sam liczyłem te mandaty może trzeci raz w życiu, dowiadując się zresztą rzeczy wcześniej mi nieznanych. Zbiorowo o karygodną ignorancję da się oskarżyć media – ktoś nam w końcu powinien umieć zaoferować rzetelne dane, zamiast powielać łatwą bzdurę. Partyjni politycy również mają prawo polegać na sztabowych ekspertach zamiast łamać sobie głowy i tracić czas. Jeśli jednak w tych sztabach siedzą ignoranci, to jest to dla partii równie dyskwalifikujące jak to, że siedzą w nich cwaniaki, uprawiające propagandę na nasz użytek.

 

Nie ma rady w tej sytuacji i trzeba próbować zrozumieć – jak się właściwie liczy tym d’Hondtem? No, dziwnie się liczy. Właściwie tak dziwnie, jakby chodziło właśnie o to, żebyśmy – wyborcy – niezupełnie chcieli rozumieć, skąd się biorą wyniki. Trochę kitu wciśnięto nam w każdym razie skutecznie. Powiedzmy, że mamy cztery partie (A, B, C i D) oraz 1000 głosujących wyborców i ludzie podzielili się między partie tak:

 

A – 40% – 400 osób;

B – 20% – 200 osób;

C – 10% – 100 osób;

D – 5% – 50 osób.

 

D’Hondt z sobie tylko znanych powodów każe teraz robić rzeczy przedziwne. Liczby głosujących na A, B, C i D każe dzielić kolejno przez 1 (no, to dzielenie nie dzieli), przez 2, 3 itd., a wyniki notować:

 

Przez 1 – A – 400; – B – 200; – C – 100; – D – 50;

Przez 2 – A – 200; – B – 100; – C – 50; – D – 25;

Przez 3 – A – 133; – B – 67; – C – 33; – D – 17 (zaokrąglenia);

Przez 4 – A – 100; – B – 50; – C – 25; – D – 13;

Przez 5 – A – 80; – B – 40; – C – 20; – D – 10;

Przez 6 – A – 67; – B – 33; – C – 17; – D – 8;

 

Mamy z zapasem 24 liczby przypisane partiom. Liczba 400, zauważmy, występuje raz, ale liczba 200 już dwa razy. W pierwszym rzędzie opisuje partię B, a w drugim – A. Liczba 67 z trzeciego rzędu opisuje B i jest większa od 50, które w pierwszym rzędzie opisuje D. Nieważne po co d’Hondt tak akurat to wykombinował – teraz każe nam te liczby uporządkować malejąco, nie gubiąc stojących przy nich oznaczeń partii. Dostajemy taką listę:

 

A 400
B 200
A 200
A 133
C 100
B 100
A 100
A 80
B 67
A 67
D 50
C 50
B 50
B 40
C 33
B 33
D 25
C 25
C 20
D 17
C 17
D 13
D 10
D 8

 

Jest wygodna. Jeśli mamy wyłonić 5 mandatów, bierzemy pierwszych 5 pozycji. 3 mandaty dostanie A, B i C dostaną po jednym, D pójdzie pod próg (efektywny próg d’Hondta). Jeśli mamy wybrać 9 osób z czterech partii, 5 będzie z A, 3 będą z B, C dostanie jedno miejsce, a D znowu będzie pod progiem (zmieści się dopiero na 11. miejscu).

 

Zauważmy cechy naszej listy. Głosowało 1000 osób, ale tylko 750 uwzględniliśmy. 25% głosów „zmarnowało się”. Poszły na Razem, SLD, inną lewicę i nie przekroczyły progów? Może – a może były nieważne. Wyniki wyglądają w każdym razie następująco:

 

5 mandatów w okręgu

 

A – 3 mandaty – 40% głosów – 60% mandatów – 53% głosów liczonych;

B – 1 mandat – 20% głosów – 20% mandatów – 27% głosów liczonych;

C – 1 mandat – 10% głosów – 20% mandatów – 13% głosów liczonych;

D – 0 mandatów – 5% głosów – 0% mandatów – 7% głosów liczonych;

 

9 mandatów w okręgu

 

A – 5 mandatów – 40% głosów – 56% mandatów – 53% głosów liczonych;

B – 3 mandaty – 20% głosów – 33% mandatów – 27% głosów liczonych;

C – 1 mandat – 10% głosów – 11% mandatów – 13% głosów liczonych;

D – 0 mandatów – 5% głosów – 0% mandatów – 7% głosów liczonych;

 

Potwierdzają się słyszane o d’Hondcie opinie, ale nie wszystkie. Istotnie im więcej mandatów przydzielamy w okręgu, tym bardziej ich procentowy rozkład odpowiada rozkładowi głosów rzeczywiście oddanych i liczonych (uwzględnionych). Im mniejszy okręg, tym większe zniekształcenia wyników liczonych w mandatach.

 

Silny rzeczywiście dostaje więcej, ale niekoniecznie jest najbardziej premiowany. Zwraca pod tym względem uwagę wynik B w okręgu pięcio- i dziewięciomandatowym.

 

Fikcją jest natomiast twierdzenie o tym, że PiS dostał w 2015 roku premię 11% „zmarnowanych głosów” od Razem i Zjednoczonej Lewicy, które nie przekroczyły progów. Rozkład mandatów pomiędzy A, B, C i D przy proporcjonalnie niższych wynikach, więc np. odpowiednio 20, 10, 5 i 2,5% głosów – dwa razy więcej „głosów zmarnowanych”, te same proporcje wyników między partiami – daje identyczny podział wyników, a nie dodatkową premię dla zwycięzcy.

 

Inne przykłady rozkładów pokazują, że premia zwycięzcy przypada niekoniecznie najsilniejszemu – generalnie więcej dostają ci z góry listy, a mniej ci z dołu, największe zaś korzyści wygrani czerpią nie z głosów zmarnowanych, ale z tych, które trafiają pod próg efektywny, a nie ten ustawowo wyznaczony i powodujący „marnowanie głosów”. Ów efektywny próg przy małych okręgach potrafi się ustawić znacznie powyżej ustawowych 5%.

 

15 mandatów
A (40%) 7 47%
B (20,5%) 4 27%
C (19,5%) 3 20%
D (10%) 1 7%
5 mandatów
A (40%) 3 60%
B (20,5%) 1 20%
C (19,5%) 1 20%
D (10%) 0 0

 

 

D’Hondt w sondażu IBRiS

 

Cóż, dane tego sondażu przede wszystkim nie są bardzo wiarygodne. Należy uznać, że próba pokazuje dobry obraz w skali kraju. Rozkład głosów w województwie musi jednak budzić wątpliwości, ponieważ średnia „próba” na województwo to już zaledwie kilkadziesiąt osób. Do tego wszystkiego trzeba mieć jeszcze świadomość, że np. południe i północ Małopolski to w rzeczywistości kompletnie różne światy.

 

Przeprowadzone tu obliczenia nie są dokładne jeszcze z innego powodu. Dane o wynikach sondażowych partii policzyłem jak oddane głosy. W każdym z województw jest jednak po kilka okręgów o różnej ilości mandatów. Precyzyjny szacunek powinien zawierać wagę uwzględniającą, ile jest np. okręgów pięcio-, ile siedmio-, a ile dziewięciomandatowych. Kodeks wyborczy ustala ilość mandatów na od 5 do 15, typowo spotykane okręgi mają mandatów od 5 do 9. I te skrajne wartości zostały tu policzone, bez prób oszacowania, które z nich „więcej ważą”. Ta „nonszalancja” oczywiście pozwalała oszczędzić pracy – wydaje się jednak w pełni usprawiedliwiona niepewnością danych IBRiS.

 

Dane sondażu wyglądają jednak z drugiej strony przekonująco. Obraz w skali kraju jest taki sam, jak wynika z innych sondaży. Również rozkład na Wschód i Zachód nie zaskakuje, potwierdzając wiele wcześniejszych obserwacji. Wreszcie, nie tyle o bezwzględne liczby chodzi, co o różnice pomiędzy powierzchownie oglądanymi głosami, a rzeczywistym podziałem mandatów – są one bowiem bardzo znaczne i warto to sobie uświadomić.

 

Wbrew obserwacji o mniejszościowych wynikach PiS rządzi samodzielnie w Podlaskiem (mając przy 38% głosów 55% mandatów w okręgach 9-mandatowych i 60% w 5-mandatowych), może rządzić w Mazowieckiem (uzyskując 44% w okręgach 9-mandatowych, ale 60% w 5-mandatowych), podobnie jest w Łódzkiem (33% w 9-mandatowych i 60% w 5-mandatowych), Lubelskiem (44% w 9-mandatowych i 60% w 5-mandatowych), w Świętokrzyskiem samodzielnie (od 56 do 60% mandatów), Małopolskiem i Podkarpackiem. W sumie zatem, licząc przewagę w niektórych okręgach jako pół województwa, dane z sondażu oddają we władanie Zjednoczonej Prawicy 5,5 województwa.

 

„Obywatelska” koalicja PO i N, z procentową przewagą głosów w 4 województwach, większości głosów również nie osiąga nigdzie. Rachunek d’Hondta daje tej koalicji połowę Pomorskiego (przy 35% oddanych głosów, PO i N dostaje 44% w okręgach 9-mandatowych i 60% w 5-mandatowych) i połowę Dolnośląskiego – jedno województwo.

 

PiS ma naturalną skłonność do porozumienia z Kukiz ’15 – jednak to ugrupowanie nie liczy się w rozgrywce i nie zwiększa szans na przewagę. Za to po „naszej stronie”, jeśli założyć, że SLD i PSL oraz cały „plankton” (spośród tych ugrupowań w wyborach przechodzi jedynie Mniejszość Niemiecka i Ruch Autonomii Śląska) mógłby wejść w koalicję z PO i N, to taka potencjalna Wielka Koalicja zdobywa bezwzględną przewagę głosów w znacznej liczbie województw. Wyjątkiem jest Kujawsko-Pomorskie, gdzie zdobywa ona 49%, ale i tak uzyskuje od 60 do 66% mandatów, Podlaskie, gdzie 47% głosów daje od 40 do 44% mandatów i nie zapewnia władzy, Mazowieckie, gdzie w okręgach 5-mandatowych zdobywa 40%, choć w 9-mandatowych uzyskuje 56%, Łódzkie, gdzie przewaga 52% głosów nie daje pewności, bo w okręgach 5-mandatowych daje to 40% miejsc, Lubelskie, gdzie 48% głosów daje znów 40% mandatów w okręgach 5-mandatowych, Świętokrzyskie, gdzie przy 46% i nominalnej przewadze nad 42% PiS, szans na większość mandatów nie ma, Małopolskie, gdzie tej szansy nie daje 45% uzyskanych głosów z przewagą nad 38% PiS i Podkarpackie, gdzie szans żadnych nie widać wcale.

 

Zakładając maksymalistyczny wariant sformowania Wielkiej Koalicji po wyborach w każdym województwie, pewną przewagę uzyskuje ona, licząc „połówki”, w 7,5 z nich (Zachodniopomorskie, Pomorskie, Kujawsko-Pomorskie, „pół Mazowieckiego”, „pół Łódzkiego”, „pół Lubelskiego”, Dolnośląskie, Opolskie, Śląskie). Bez szans jesteśmy w 4 (Podlaskie, Świętokrzyskie, Małopolskie, Podkarpackie). 7,5 województwa dla nas, 5,5 dla PiS – nie jest źle.

 

To są jednakże bardzo mocne założenia. O partykularyzm można podejrzewać nie tylko potencjalnych koalicjantów, ale również tych obecnych. I nie tylko przypadek skandalu z Kazimierzem Ujazdowskim narzuconym przez PO Nowoczesnej we Wrocławiu i przez Nowoczesną wciąż nieuznawanym jako wspólny kandydat o tym świadczy. Przede wszystkim świadczy o tym kompletnie nieuznawany przez partie rachunek d’Hondta. Czym innym bowiem jest dodawanie w koalicjach po wyborach mandatów uzyskanych przez każdą z partii osobno, a czym innym byłby wspólny start.

 

W Podlaskiem dla przykładu suma głosów opozycji wynosi wg sondażu 47%, co daje od 40 do 44% mandatów. Wspólny start odwróciłby sytuację – opozycja uzyskałaby od 56% mandatów w okręgach 9-mandatowych do 60% w 5-mandatowych. Na Mazowszu wspólny start znosi ryzyko w okręgach 5-mandatowych i zapewnia gwarancję zwycięstwa przy danych z sondażu. W Lubuskiem, które wygląda na wygrane przez wielką koalicje wszystkich, przewaga wspólnej listy rośnie do miażdżących 77 do 80% w zależności od okręgu w stosunku do 67 do 80% zsumowanych po wyborach mandatów. Podobnie wzrasta przewaga w Wielkopolsce. Pełną przewagę prawybory przynoszą w Lubelskiem, gdzie bez wspólnej listy suma mandatów opozycji w okręgach 5-mandatowych wynosi 40% i tylko w 9-mandatowych zapewnia przewagę 55%. Wzrasta przewaga na Dolnym Śląsku, Opolszczyźnie, Śląsku. Świętokrzyskie byłoby do wygrania – wynik wzrasta z 40 do 44% mandatów sumowanych po wyborach do od 56 do 60% uzyskanych przez wspólną listę wielkiej koalicji. Identycznie w Małopolsce i tylko na Podkarpaciu manewr tego rodzaju nie zadziałałby wcale.

 

Wspólna lista „nie działa” w zaledwie 5 województwach, gdzie nie przynosi żadnych zmian. W 10 przynosi wymierne korzyści z „premii d’Hondta”. W sumie zatem wielka koalicja wszystkich zwiększałaby stan posiadania z 1 województwa pod kontrolą koalicji PO i .N do 7,5 województwa w wyniku porozumienia wszystkich partii po wyborach z osobnych list i wreszcie do 13,5 przy liście wspólnej!

 

 

Koalicje, prawybory i świadome zaniechania partii opozycji

 

1 województwo dla „obywatelskiej koalicji” PO i Nowoczesnej. 7,5 województwa, które dałoby się maksymalnie uzbierać, gdyby po wyborach startujące osobno partie utworzyły porozumienia w sejmikach. To połowa – mało jednak prawdopodobna, co widać dzisiaj, kiedy trwają rozmowy przedwyborcze i o porozumienia trudno nawet pomiędzy PO i Nowoczesną. Do wygrania jest natomiast – i partyjni liderzy te dane znają, bo muszą je znać – 13,5 województwa! To jest skala zaniechań, które da się wyczytać z danych. Bo wbrew uspokajającej propagandzie z nich żadną miarą nie wynika, że sukces mamy w zasięgu robiąc to, co robimy.

 

Oczywiście istnieją granice zawierania wyborczych koalicji. Po pierwsze liberał z socjalistą mogą nie być w stanie programowo uzgodnić rzeczy zupełnie podstawowych. Po drugie – i być może ważniejsze – takich uzgodnień może nie zaakceptować wyborca. Nie od wczoraj wiadomo, że poparcie wyborców dla koalicji nie jest sumą poparcia partii, które wejdą w jej skład. To prawda. Rachunek d’Hondta pokazuje jednak – choć to akurat arytmetycznie i socjologicznie skomplikowane – że na tej operacji stracić się nie da. Liczba mandatów uzyskanych przez koalicję startującą ze wspólną listą nie może być niższa od sumy mandatów uzyskanych z list osobnych. Premia d’Hondta tę możliwość wyklucza – jeśli oczywiście rozczarowanie wyborców „nadmiernym kompromisem” koalicyjnym (np. socjalistów z liberałami) nie przekroczy krytycznej wartości. To się jednak nie zdarzy. Przeciwnie – wspólna lista opozycji spotkałaby się z premią nie tylko arytmetyczną, ale socjologiczną.

 

Wspólnej listy oczekują wyborcy chcący wygranej z PiS. Porozumienie uwiarygodni w ich oczach partie opozycji. I da wiarę w to, że głosowanie odwróci zły bieg wydarzeń – skłaniając do udziału w wyborach.

 

Politycy znają przy tym propozycję prawyborów, choć ją konsekwentnie zbywają milczeniem i choć ona jest nieobecna w mediach. Otwarte, międzypartyjne prawybory są bardzo specyficznym sposobem wyłonienia wspólnej listy opozycji. Nie zakłada ona sojuszu programowego. Nie każe nikomu rezygnować z programowej i ideowej tożsamości. Po wyborach wybrani z tej listy politycy rozejdą się każdy do swojego klubu. Prawybory są mini-wyborami. Wspólna lista byłaby pluralistyczną reprezentacją polskiej demokracji przeciw autokratom z PiS. Nie istnieje powód, dla którego socjalista głosujący na lewicę nie miałby wesprzeć listy, na której obok socjalisty jest jeszcze liberał – jeśli tylko akceptuje on parlamentarną demokrację i nie żąda socjalistycznej, monopartyjnej tyranii.

 

Politycy znają przytaczane im w uzasadnieniu doświadczenia prawyborów w innych krajach, zwłaszcza we Włoszech. Znają więc mobilizacyjny, profrekwencyjny efekt. Wiedzą, że prawybory potrafią przynieść nawet 10% wzrostu frekwencji w wyborach właściwych po „naszej stronie”. 10% przesądza sprawę wszędzie w Polsce. Również na Podkarpaciu.

 

Z tego wszystkiego rezygnujemy, uparcie brnąc w gabinetowe targi i robiąc dobrą minę do fatalnej gry. Rezygnujemy z mnóstwa innych rzeczy ważnych. Każemy wyborcom głosować na wskazanych przez partyjnych bossów rzeczywistych lub rzekomych „pewniaków” – zamiast pozwolić im naprawdę wybrać w prawyborach. Upartyjniamy samorządy, zamiast dbać o terytorialną reprezentację.

 

 

Polski dowód

 

Wbrew milczeniu politycznego establishmentu istnieje polskie doświadczenie prawyborów i bynajmniej nie chodzi o niesławnej pamięci wewnętrzne prawybory w PO, czy lepiej działające praktyki tego rodzaju w SLD – tu chodzi o coś zupełnie innego niż wewnątrzpartyjne mechanizmy.

 

Od lat specyficzne prawybory odbywają się – bez ordynacji, lokali i urn wyborczych – w kameralnej atmosferze w dwóch wiejskich świętokrzyskich wioskach, Czachowie i Jakubowicach. Chodzi w nich zwyczajnie o to, żeby obie wioski miały po swoim człowieku w radzie gminy. Zwłaszcza na wsi ludzie lubią wiedzieć, że swój w razie czego pozałatwia w urzędzie, co trzeba. Przed każdymi wyborami w obu wioskach odbywają się więc spotkania. Uczestniczy w nich po jednym przedstawicielu z każdego gospodarstwa we wsi. Spotkanie ustala, którego kandydata poprze wioska w wyborach do rady. Skutek jest taki, że potem do wyborów idzie nie typowe 40% mieszkańców, nie jakieś zachwycające 60%, czy nawet cudowne 90%, ale fizycznie wydawałoby się niemożliwe 100%. Niesprawnych, niezdolnych do poruszania się sąsiedzi niosą do urny, byleby tylko wrzucili do niej głos z ustalonym na zebraniu nazwiskiem.

 

Tak to działa, kiedy ludzie wiedzą, że mogą i kiedy wiedzą po co. Tymczasem robimy w Polsce wszystko, żeby właśnie nie wiedzieli.

 

 

Mamy, co mieć chcemy

 

Powody tego stanu rzeczy są zrozumiałe. Politycy zachowują się tak, jak im każe zdezorganizowana biernością mediów opinia publiczna, uregulowania ordynacji wyborczej, czy w ogóle ustrój polskich partii politycznych. Skutkiem jest gigantyczny kryzys zaufania do partii i niebezpieczna niechęć do partyjnej polityki, na którą – choć ona grozi tyranią i powoduje erupcje antysystemowego populizmu – narzekać nie sposób. Jest zrozumiała.

 

Zrozumiałe są jednak również nawoływania o powstrzymanie krytyki partii dzisiejszej opozycji i argumenty, że to działa na rzecz PiS, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć. Wiele dałoby się o tej cenie powiedzieć. Wiele należałoby powiedzieć o tym, jak bardzo pogrążymy Polskę w konflikcie, kiedy spróbujemy po prostu powrócić do stanu sprzed wyborów z 2015 roku. Ale zaprzeczyć nie sposób – wygrać trzeba, trzeba głosować na tych, których mamy.

 

Niestety jednak widać dzisiaj wyraźnie, choć dla niewielu wystarczająco, że ani żadnego zwycięstwa nad PiS w ten sposób nie osiągniemy, ani też najwyraźniej nie o to chodzi liderom partii opozycji. Tak się wygrać nie da i oni o tym wiedzieć muszą. Pokazuje to pierwszy z brzegu, w niczym przecież od innych nie odbiegający sondaż przedwyborczy.

Dziś 12 maja. Marsz Wolności. Też jestem ciekaw frekwencji i też mam nadzieję, że ona się może przysłużyć wyborom. Ale złudzeń specjalnych nie mam.

 

Paweł Kasprzak

15 thoughts on “D’Hondt i sondaże – przeczytaj i zrozum, a nie zagłosujesz już nigdy…

  • Maj 12, 2018 at 08:44
    Permalink

    Dla zainteresowanych a niechcących użerać się z Excelem jest duża oferta kalkulatorów d’Hondta w sieci, również w języku polskim, choć dużo wygodniejsze są wersje angielskie i niemieckie. Jest nawet super apka na komórki w języku niemieckim. Trzeba wstawić w google „kalkulator d’Hondta” lub podobnie i jest cała lista. Linków nie będę wstawiał, bo automat wpis zablokuje.

    Już tutaj mówiłem, że stosowanie progów wyborczych z metodą d’Honda jest nieporozumieniem wypaczającym wyniki wyborów i samą kalkulację d’Honda. Pan Kasprzak w tym wpisie wskazał na kolejne ograniczenie tej metody. Nie ma ona praktycznie sensu w małych okręgach wyborczych, czy raczej w okręgach z małą ilością mandatów do rozdzielenia. Prowadzi to do kosmicznych zniekształceń wyników wyborczych paranoidalnych zaburzeń zasady proporcjonalności. Metoda d’Hondt ma sens w okręgach od około 10, a najlepiej 12 mandatów wzwyż.

    Dziwię się, że Autor się dziwi postawą bonzów partyjnych w Polsce. W mediokracji ich los i pozycja zależy w pierwszej mierze od koncesji występowania w mediach centralnych, a w znikomej części od jakiś wyborów, czy ilości członków w partii, czy woli wyborców. A już w ogóle od jakiś samorządów. Byty „partyjne” rozmnażają się studiach telewizyjnych przez pączkowanie, a to zjawisko na żywo przechodzi właśnie „partia” .Nowoczesna. Pokazują mnie w telewizji, więc jestem. A jakieś województwa, czy zjednoczone listy jakiś figurantów w terenie nie mają praktycznie znaczenia.

    Reply
  • Maj 12, 2018 at 09:11
    Permalink

    Nieżyjący już Zbigniew Brzeziński powiedział kiedyś w latach 90-tych, że Polska ma najbardziej idiotyczny system wyborczy z możliwych. Miał na myśli ordynację wyborczą do Sejmu, ale można to chyba rozciągnąć na cały system „myśli wyborczej” w Polsce.

    Ciekawe, dlaczego kraje demokratyczne najbardziej rozwinięte i dynamicznie funkcjonujące mają proste ordynacje wyborcze, których funkcjonalność każdy gimnazjalista bez większego trudu zrozumie, natomiast kraje z dawnej strefy homo sovieticus wprowadzają jakieś monstra, których nie sposób zrozumieć nawet ze sztabem setek prawników, socjologów i statystyków a wystawić niezależnego kandydata jest nie sposób bez armii 100.000 bolszewików.

    To właśnie w początkujących demokratycznie krajach systemy wyborcze powinny być jak najprostsze, przyziemne i dla ludzi.

    System wyborczy w demokracji można nazwać drugą po Konstytucji ustawą zasadniczą. Bez funkcjonującego, zrozumiałego i akceptowanego systemu wyborczego nie ma praktycznie demokracji. Ten idiotyczny, postsowiecki system wyborczy jest praźródłem polskich problemów w tym zupełnej alienacji społeczeństwa, państwa i władzy, kryminalnego charakteru „partii politycznych”, kompletnego braku debaty publicznej i wielu innych.

    W Polsce nic się nie zmieni w zakresie polityki i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego bez istotnej zmiany (demokratyzacji) systemu wyborczego. W zasadzie na wszystkich szczeblach, chociaż przede wszystkim na poziomie centralnym i regionalnym. Cała reszta to tematy zastępcze, protezy i prezerwatywy, takie puste trzepanie nóżkami żuczka leżącego na grzbiecie.

    Reply
  • Maj 12, 2018 at 09:31
    Permalink

    Na zakończenie dodam, że ja to już dawno zrozumiałem (10-12 lat temu, to był dłuższy proces) i odtąd farsę wyborczą bojkotuję. W zamian za to staram się skromnymi środkami propagować standardy demokratyczne, wiedzę o podstawach demokracji (Artykuł 25 – Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych, Dokument Spotkania Kopenhaskiego Konferencji w sprawie Ludzkiego Wymiaru KBWE, Kodeks Dobrej Praktyki w Sprawach Wyborczych Komisji Weneckiej, czy też odpowiednie artykuły polskiej Konstytucji), które są w Polsce od samego początku brutalnie łamane i deptane. Bez urzeczywistnienia praw zapisanych w tych dokumentach – punkt po punkcie – demokracja będzie w Polsce ułudą i grą pozorów. Ruchy prawdziwie demokratyczne powinny te właśnie dokumenty eksponować na poczesnych miejscach, uczynić przedmiotem analiz, dyskusji, inicjatyw programowych i edukacyjnych i dążyć do ich wdrożenia. To są podstawy prawne i intelektualne wolnościowych systemów demokratycznych. Ciekawostka: wymienione akty międzynarodowe nie mają do dzisiaj oficjalnych i nieoficjalnych udostępnionych publicznie tłumaczeń na język polski, chociaż tę lukę zamknęły w ostatnich latach wysiłki amatorów.

    Reply
  • Maj 12, 2018 at 15:37
    Permalink

    O ordynacji wyborczej nie decydują obywatele, lecz towarzysze band partyjnych. Metoda d’Honda to partyjniacka ustawka. Czekam na normalne, większościowe wybory przy pełnym upodmiotowieniu wyborców, a mandatariusze powinni być zależni mandatem od wyborców w okręgu.

    Reply
  • Maj 12, 2018 at 16:14
    Permalink

    Jedna uwaga: w infografice jest informacja, że badanie było prowadzone na grupie 1000 osób w każdym województwie. Zatem wiarygodność nieco wzrasta 🙂

    Ale odzywam się, bo chcę udowodnić jak to działa w praktyce.
    Sprawdziłam protokół z ostatnich wyborów do sejmiku mazowieckiego w moim okręgu. 5-mandatowym.
    Startowało 15 komitetów.
    Głosów ważnych oddano 193.270 (uprawnionych do głosowania 458.684… głosów nieważnych było ponad 17 tys.)
    Cztery komitety przekroczyły próg wyborczy 5%. Były to:
    PO – 73.038
    PiS – 58.491
    SLD Lewica Razem – 16.941
    PSL – 10.265
    Łącznie: 158.735 głosów.
    Ciut pod progiem znalazła się Mazowiecka Wspólnota Samorządowa (zabrakło ok.450 głosów), a kolejne 450 głosów za nią Korwiniści. W sumie mieli ok. 19 tys. głosów. Reszta, przeważnie prawicowa na pierwszy rzut oka, w ogóle się nie liczyła.
    Różnica między dwoma pierwszymi komitetami i dwoma kolejnymi była tak znaczna, że po zastosowaniu D’Hondta do sejmiku weszli oczywiście tylko ich reprezentanci. Platformie przypadły 3 mandaty, PiSowi – 2. Łącznie ok. 60 tys. ważnych głosów zostało „zmarnowanych”, w tym z ok. 27 tys. zwycięzcy dostali „premię”.

    Jeszcze ciekawsza jest analiza wyników przekładających się na liczbę mandatów ze wszystkich siedmiu okręgów wyborczych. Otóż we wszystkich próg wyborczy 5% przekroczyła ta sama czwórka. Ale SLD Lewica Razem zdobyła tylko JEDEN mandat. 128.492 osoby oddało ważny głos na tę listę.
    PiS – 19 (519.828 głosów = 33,61%) = ok. 37,25% mandatów
    PSL – 16 (463.395 głosów = 29,96%) = ok. 31,37% mandatów
    PO – 15 (434.851 głosów = 28,12%) = ok. 29,41% mandatów
    SLD – 1 (128.492 głosy = 8,31%) = ok. 1,96% mandatów
    51 mandatów dla reprezentacji 1.546.566 wyborców. Średnio na jeden mandat powinno przypadać więc z grubsza 30.324,8 wyborców. Oczywiście liczą się preferencje, więc tę średnią wyciągnęłam w zasadzie sobie a muzom. No, ale właśnie…
    SLD uzyskało wśród tych wyborców ok. 8,31% poparcia. W zamian uzyskało niecałe 2% mandatów, 1 mandat zamiast 4 co by wynikało z prostej arytmetyki połączonej z poczuciem sprawiedliwości. I nawet zgadza się z grubsza z tą po nic wyciągniętą średnią. Te trzy mandaty poszły do silniejszych, a w zasadzie można by powiedzieć, że wyborcy SLD zagłosowali głównie na PiS.
    Czy w demokracji nie chodzi jednak m.in. o prawa mniejszości? Tymczasem ta metoda dodatkowo osłabia słabych.
    A teraz zerknijmy jeszcze raz na wyniki sondażu. Cierpnie skóra?

    Aha, dodatkowa uwaga związana z moją minianalizą wyników na Mazowszu. PO wygrało tylko w Warszawie czyli w trzech okręgach. W okręgach pozawarszawskich wygrało PSL z PiSem. SLD uzyskało ten jedyny mandat w Warszawie. To jeszcze raz spójrzmy. Komu PSL i SLD podadzą na tacy większość swoich wyborców?

    Reply
    • Maj 12, 2018 at 17:34
      Permalink

      Wyśmienita analiza. Takie konkrety z życia wzięte lubię. Te mówią najwięcej. Widzimy tutaj na żywym przykładzie na czym polega to oszustwo wyborcze również w na poziomie Sejmików Wojewódzkich. Stosuje się metodę D’Honda w małych podokręgach wyborczych, która wywraca wszelkie proporcje i masakruje mniejszościową konkurencję. Ale progi wyborcze stosuje się już w skali kraju (w wyborach do Sejmu) lub skali całego województwa co dodatkowo wyżyna z konkurencji jakikolwiek lokalizm. Mamy tutaj efekt skali. Progi wyborcze masakrują mniejszości i konkurencję postępująco według wielkości okręgu wyborczego, dlatego dobrano sobie zawsze możliwie największy (skala kraju, lub województwa). A algorytm d’Hondta zniekształca proporcje i masakruje mniejszości wraz z zmniejszaniem okręgów wyborczych i liczby mandatów do podziału. Dlatego oszuści dobierają sobie możliwe najmniejsze. A PiS (bez większych protestów głównej opozycji) kombinuje z dalszym ich zmniejszeniem – te planowane 100 okręgów w wyborach do Sejmu.

      Tak gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że przy małej liczbie mandatów w ogóle zatraca się mechanizm proporcjonalności. Przy 3-5 mandatach przy każdej metodzie przeliczeń głosów na mandaty działają już arytmetyki większościowe a różnice w odsiewie mniejszości byłyby dla wszystkich metod minimalne.

      A miałem kiedyś zwyczaj „urealniania” wyników „wyborów” w Polsce, które to wyniki wierniej oddają charakter polskiej „demokracji” i reprezentatywność polskich „partii”. W podanym przez Panią przykładzie wyszły mi takie „urealnione” wyniki (partia, liczba głosów, procent głosów):
      PAW 265.414 58%
      PO 73.038 16%
      PiS 58.491 13%
      WC 34.535 8%
      PMwD 17.001 4%
      SLD LR 16.941 4%
      PSL 10.265 2%

      Nieznane skróty to:
      PAW – Partia Absencji Wybrczej
      WC – Partia wrzuconych do kibla (tutaj w przybliżeniu)
      PMwD – Partia „Pocałujcie mnie w d…” (głosy nieważne)

      Reply
      • Maj 13, 2018 at 14:12
        Permalink

        Partia
        Partia 1
        Partia 2
        Partia 3
        Partia 4
        Partia 5
        Partia 6
        Partia 7

        Głosy
        73038
        58491
        16941
        10265
        7300
        5800
        2000

        Miejsa wg. Sainte-Laguë/Schepers
        2
        2
        1
        0
        0
        0
        0

        Miejsa wg. Hare-Niemeyer
        2
        2
        1
        0
        0
        0
        0

        Miejsa wg. d'Hondt
        3
        2
        0
        0
        0
        0
        0

        Reply
      • Maj 13, 2018 at 14:38
        Permalink

        Podjąłem próbę wklejenia tabelki. Jak widać z kiepskim skutkiem. Tabela miała przedstawić wyniki z okręgu Pani Ewy Borguńskiej według wszystkich popularnych algorytmów przydzielania głosów. Partie 5,6 i 7 dostawiłem wirtualnie i nie mają one żadnego wpływu na resztę wyników. To są partie podprogowe.

        Jak widać, przy 5 mandatach nawet partia 4, która przekroczyła próg 5% jest wskutek naturalnego progu „wyżynana” niezależnie od zastosowanej metody. Dwie pierwsze dają mandaty według rozkładu 2 – 2 – 1. Natomiast metoda d’Hondta „wyżyna” dodatkowo partię numer 3, która otrzymała ponad 10% efektywnych głosów.

        Zwróćmy uwagę, że wszystkie te metody dają wyniki dziwaczne, niesprawiedliwe i nieproporcjonalne. Dwie pierwsze niesprawiedliwie zrównują dwie najmocniejsze partie i uzależniają niewiarygodnie mocno partie mocne od partii najsłabszej trzeciej.

        Z kolei metoda d’Hondta sprawiedliwiej obdarza dwie partie najmocniejsze, ale prowadzi de facto do dwupartyjności i „wyżyna” całą resztę.

        Jakby nie było, przy 5 mandatach do podziału trudno jest mówić o proporcjonalności i reprezentatywności wyników w sensie systemów proporcjonalnych.

        Reply
    • Maj 12, 2018 at 18:28
      Permalink

      Dlaczego Pani uważa, że troska o mniejszość powinna wyrażać się w systemie wyborczym? Przecież w następnych wyborach ta mniejszość może być większością, o ile się postara solidnie.

      Reply
      • Maj 12, 2018 at 19:10
        Permalink

        W zastępstwie wyrażę swoją opinię. System wyborczy nie ma służyć nikomu. Ani mniejszościom, ani partiom politycznym. System wyboczy ma służyć wyłonieniu reprezentacji narodu, a więc ma być dla narodu reprezentatywny. Jeśli jest to system proporcjonalny, to musi być w sposób proporcjonalny reprezentatywny. A to z kolei oznacza, że jest jakaś grupa obywateli, również każda mniejszość wybierze sobie nawet tylko jednego przedstawiciela ze spełnieniem normy przedstawicielskiej, to jej się jeden mandat i głos należy w Sejmie czy innym organie przedstawicielskim, jak psu buda. To jest elementarz tak zwanej demokracji przedstawicielskiej. Tutaj z przyjęciem sytuacji idealistycznej.

        Norma przedstawicielska to jest liczba wyborców w kraju lub w okręgu na jednego posła. W Polsce w wyborach do Sejmu wynosi ona około 66.000 wyborców (30 mln wyborców podzielone przez 460 miejsc w Sejmie).

        W praktyce ideał jest trudny do zrealizowania z powodu tysięcy różnych czynników, ale jakość demokracji się miarą odstępstw od tego ideału. Dla mnie na przykład system, w którym wywala się 16,6% głosów wszystkich wyborców do śmieci, jak w ostatnich wyborach nie jest już w ogóle reprezentatywny i demokratyczny. Rekord był w 1993 roku kiedy wywalono ponad 35% głosów do śmieci. To był dzień „aborcji” dopiero co raczkującej demokracji.

        Reply
      • Maj 12, 2018 at 22:09
        Permalink

        Panie Henryku, a dlaczego Pan uważa, że mniejszość nie powinna być reprezentowana? To pytanie co do idei. A demokratycznie to wyjaśnił już pan Bisnetus.

        Reply
  • Maj 13, 2018 at 16:57
    Permalink

    W jednym z artykułów prasowych przedstawiających wyniki omawianego sondażu przeczytałem błędną informację o użytej w nim próbie. Zwrócono mi uwagę, że próba w rzeczywistości wyniosła po 1000 osób na każde z 15 badanych województw, a nie — jak podaję w tekście powyżej — na cały kraj. W tej sytuacji dane zasługują na szczegółową analizę, którą wykonam już wkrótce, prezentując dokładną symulację podziału mandatów wg modelu d’Hondta przy założeniu, że w każdym z okręgów wyborczych województwa procentowy rozkład głosów jest ten sam. Rezultaty i wnioski będą się różnić od tu prezentowanych w ciekawy sposób — metoda d’Hondta daje w niektórych okolicznościach zaskakujące efekty. Powyższy tekst pozostawiam bez zmian, choć wiem, że wyniki się zmienią, bo ilościowe dane to jedno, a mechanizm — którego na ogół nie rozumiemy — to drugie.

    Reply
    • Maj 13, 2018 at 18:17
      Permalink

      Pewną trudność może stanowić informacja o podziale na okręgi wyborcze w województwach. Na stronach PKW i w sieci nie potrafię znaleźć zbiorczych danych na ten temat. Wiem, że te podziały się zmieniają. Np. wojewoda kujawsko-pomorski wydał w marcu uchwałę o zmianie okręgów do sejmiku. Liczba mandatów zmniejsza się z 33 do 30 i będzie 6 okręgów wyborczych po 5 mandatów.

      Może tam w Warszawie są dojścia do aktualnych informacji. Podział powinien być gotowy bo PKW wyznaczyła termin, który minął na początku kwietnia.

      Reply
  • Maj 16, 2018 at 05:37
    Permalink

    Mając w kieszeni pieniądze państwa, media państwowe, kontrolę nad liczeniem głosów, swoje sądy i tzw. Trybunał Konstytucyjny a w odwodzie policję nie sposób nie wygrać tzw. wyborów.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *