Sąd nad sędziami, czy sąd nad mediami

Sędzia Agnieszka Derejczyk na 11 stycznia 2019 r. zapowiedziała ogłoszenie wyroku w sprawie – krakowscy sędziowie kontra Gazeta Polska. Dała sobie dwa tygodnie na to, by przeanalizować najtrudniejszą zapewne sprawę, jaką przyszło jej sądzić

Nie mam wątpliwości, ambitnie. Jest to bowiem najbardziej skomplikowany proces, jaki kiedykolwiek relacjonowałem. Siadając do klawiatury wiedziałem, że nie wystarczy mi wiedzy i umiejętności, by być usatysfakcjonowanym tym, co napiszę. Jednocześnie dziennikarski obowiązek pchał mnie do tej straceńczej misji.

Jeśli przetrwa demokratyczne państwo polskie, przetrwają wolne media, to wyrok z 11 stycznia będą analizowali studenci wydziałów prawa, kandydaci na dziennikarzy, filozofowie i adepci historii, ucząc się o czasach atrofii demokracji w państwie Kaczyńskiego.

Nie wiem, czy z doniosłości wydarzenia zdawali sobie sprawę ci, którzy 28 grudnia zawitali do Sądu Okręgowego w Warszawie. Jeśli nie, to poszli za głosem obywatelskiego instynktu i ten ich nie zawiódł. Takiego tłumu budynek przy alei Solidarności pewnie nie widział. Harmidru o takim natężeniu nie słyszał na pewno. Przestrzeń na pierwszym piętrze, pod salą 221, bardziej przypominała ateński Pnyks niż korytarz budynku, w którym trzecia z władz ma w majestacie decydować co wolno, co nie, co jest prawdą, a co fałszem, co prawem, a co bezprawiem.

Z jednej strony członkowie klubów Gazety Polskiej stali z różańcami w ręku i obelgami na ustach. W grupie drugiej dominowali Obywatele RP oraz warszawski KOD. Jedna strona, zgodnie z zasadami t-shirt’owych wojen, prowokowała wydrukowanym na piersiach hasłem „#Reforma sądów”. Druga na koszulkach umieściła, na trwałe już zapisany w historii polskiej typografii, napis „Konstytucja”. Trafił się też antysemita z hasłem „Nie jestem Żydem, Polin to oszustwo” i prowokatorka z wydrukowaną deklaracją „Macica moją własnością”. W pojedynku na znaczki liczbą wygrywały charakterystyczne biało-czarno-czerwone okrągłe przypinki obywateli RP. Po drugiej stronie były orły w koronie, Matki Boskie, znaczki biało czerwone, a dwie głowy nakryły maciejówki. Był też pan ubrany tak, jakby przyszedł wprost z sesji zdjęciowej do okładki płyty Beatlesów Sgt. Peppers’s Lonely Hearts Club Band. O dziwo z poglądami po narodowej stronie.

Na zatłoczonym korytarzu pogarda mieszała się z pobłażliwością, wściekłość z rozbawieniem. Dyskusje to osiągały najwyższy diapazon emocji, to zmieniały się w żartobliwe docinki. A mnie, jak zawsze w takich chwilach, ogarniała bezradna wściekłość na Kaczyńskiego, który dla własnych rojeń, chorych ambicji i z nienawiści do świata rozdmuchał do pożaru ten, tlący się tylko, polsko-polski spór o wszystko. Większość gości została pod drzwiami, bo na salę wpuszczano tylko za przepustkami, a tych wydano mniej niż było miejsc siedzących.

Pierwsza, 15 minutowa, przerwa na początku procesu podgrzała emocje wychodzących i czekających. W pojedynku na skandowane hasła palmę pierwszeństwa w chamstwie bezsprzecznie dzierżyli obrońcy „dobrej zmiany”. „Kodziarstwo-gówniarstwo”, „Konstytucja-prostytucja”, „Ubecy”, „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę” zagłuszyło okrzyk „Konstytucja”, który wznosili Obywatele RP. Wspólnym – ku zaskoczeniu klubowiczów GP – okazało się „Precz z komuną”, które najpierw wywołali fani Sakiewicza, ale szybko podchwyciła druga strona.

Stanęli przeciw sobie

38 skarżących krakowskich sędziów reprezentowała na sali dwójka ze stowarzyszenia Themis – Dariusz Mazur i Edyta Barańska. Pełnomocnikami byli Sylwia Gregorczyk-Abram i Michał Wawrykiewicz. Młodzi, ale już znani, wybitni przedstawiciele warszawskiej palestry. Współzałożyciele – obok Pauliny Kieszkowskiej-Knapik i Marii Ejchart-Dubois – „Inicjatywy #Wolne sądy” i „KOS-u” (Komitetu Obrony Sądów), instytucji, które bronią niezależności i honoru, atakowanego przez PiS, sądownictwa.

Po stronie pozwanych naczelny Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz. Jedna z potężnych, w każdym tego słowa znaczeniu, ikon mediów narodowych. Kiedyś nazwały one siebie mediami niepokornymi, a dziś dosadnie czując niestosowność określenia, nazwę tę wygasiły.

Sakiewicz, jak sam w wystąpieniu podkreślił, jest bohaterem kilkuset sądowych spraw. Pamięta zapewne te, w których zmagał się z atakującymi go lewakami i liberałami oraz przedstawicielami opresyjnego – jak uważa – rządu PO. Przeciwnicy kojarzą go z licznych rozpraw, które dotyczyły oszczerczych artykułów, jakie zamieszczał hurtowo w pismach, którymi kieruje. Czy z procesu, który ciągnął się latami i dotyczyły przejęcia Gazety Polskiej od Piotra Wierzbickiego. Swego mentora Sakiewicz zdradził i pozbawił wydawnictwa.

Od lat krytyk sądownictwa III RP, apostoł tezy o komunistycznych złogach w sędziowskim środowisku. Teoretycznie zwolennik opcji „zamachu smoleńskiego”, w praktyce jednak zbyt inteligentny, by traktować tę tezę jako coś więcej niż kartę w politycznych rozgrywkach.

Co ciekawe w wypowiedzi tuż po procesie przyznał, że trudno obecnie znaleźć sędziów o komunistycznej proweniencji, ale to nie zmienia jego oceny, gdyż ci młodsi, dziś sądzący, przesiąkli zgnilizną obcując ze starymi. Po wyjściu z sali tłumaczył też, że zmasowane żądanie sprostowań to sposób na zatkanie mediom ust. Zapytałem go, co sądzi o podobnej taktyce prawników broniących SKOK-ów, ale zbył moje pytanie milczeniem.

Sakiewicza wspierali – wieloletni adwokat GP mec. Sławomir Sawicki i siedzący skromnie na końcu ławy młody mecenas Hubert Kubik, którego mowa obrończa zrobiła na wszystkich, niezależnie od poglądów, duże wrażenie.

Trzeba bowiem przyznać, że sprawnie i inteligentnie – czasem tylko dając się ponosić oratorskim uniesieniom – sprowadzał fundamentalny, co do pryncypiów, spór na grunt czysto formalnych procedur, gdzie jawi się jedyna szansa na wybronienie naczelnego GP. Niejasna bowiem jest strategia krakowskich sędziów, którzy nie przygotowali jednego pozwu, jednego sprostowania i prostego czytelnego uzasadnienia sprzeciwu, wobec bzdur, jakie premier wygadywał, a Gazeta Polska opublikowała.

Mecenas Kubik kwestie zatrącające o politykę opatrywał przymiotnikiem „rzekomy”, Zwracał natomiast uwagę na „oczywistą” wadliwość pozwu. Miało w nim m.in. brakować adresów zamieszkania 38 powodów (jak wyegzekwować ewentualne koszty procesowe). Jego zdaniem sędziowie nie dopatrzyli nawet tego, by wskazać załączniki w treści samego pozwu.

Media stawiły się licznie. Przyjechały telewizje z obu stron. Pilnie notował Mariusz Jałoszewski, wieloletni dziennikarz sądowy Gazety Wyborczej, dziś w portalu OKO.press. GW reprezentował Michał Wilgocki. Dla mediów niepokornych relację „life” robiła, niezachwiana w wierze wyznawczyni zamachu smoleńskiego Ewa Stankiewicz. Inni wysłali młodzież, zapewne spodziewając się, że na jednej rozprawie się nie skończy. Znakiem czasu była obecność freelancerów i internetowych media-workerów, co najlepiej pokazuje, w jak dramatycznym okresie transformacji czwartej władzy (czas fragmentacji sposobów przekazu) jesteśmy.

Rozczarowaniem była dla mnie absencja Ewy Siedleckiej z tygodnika Polityka. Najbardziej godnej dziś zaufania głosicielki – mówiąc za Stephenem Colemanem – prawnej „wiedzy publicznej”.

Pokazując duże zainteresowanie mediów, chcę przygotować grunt pod próbę wyjaśnienia, dlaczego to ten proces jest aż tak fundamentalnym. Nim jednak przejdę do meritum, z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że jakby mało było zawiłości i subtelnych dygresji, to ktoś – najpewniej z administracji – popełnił błąd i opisał akta jako sprawę o obronę dóbr osobistych, a nie o sprostowanie. I takie zawiadomienia poszły do stron.

I choć postawię dolary przeciw orzechom, że prawnicy Sakiewicza wyjaśnili mu pomyłkę na długo przed dniem rozprawy, to jego zbójeckim prawem, z którego skwapliwie skorzystał, było wytknąć sądowi uchybienie i udawać zdezorientowanego, który przyszedł do sądu ze strategią obronną w jednej kwalifikacji czynu, a bronić się musiał w innej.

Z rzeczy poza meritum sporu, ale nadających się na podpałkę emocji, była jeszcze kwestia – mocno wybijana przez Sakiewicza – zwolnienia sędziów z opłat za wniesienie pozwu. Oburzenie naczelnego Gazety Polskiej odnotowały wszystkie media, choć jeszcze podczas rozprawy sędzia Edyta Barańska prostowała tę informację, zapewniając, że opłata została wniesiona. Trudno o lepszy przykład metod stosowanych przez stronę „niepokorną”.

A teraz ad rem

Sędziowie sądu okręgowego w Krakowie wytoczyli redaktorowi naczelnemu Gazety Polskiej proces o odmowę publikacji sprostowania do wywiadu, jakiego Mateusz Morawiecki udzielił 13 czerwca Tomaszowi Sakiewiczowi i Katarzynie Gójskiej-Hejke (tu ukłon w stronę kronik towarzyskich – to obecna żona kontrowersyjnego propagandysty PiS, Michała Rahonia).

Premier mówił tam o sędziach tak: „W mojej opinii szczególnie znamiennym jest przykład sądu z Krakowa. Będę zachęcał pana przewodniczącego Timmermansa (Morawiecki miał spotykanie z wiceszefem Komisji Europejskiej dzień później), aby przyjrzał się temu przykładowi bardzo uważnie. Wszystko wskazuje bowiem na to, że działała tam zorganizowana grupa przestępcza”.

Blisko 70 oburzonych tymi słowami sędziów przysłało do Gazety Polskiej sprostowania informując, że nie należą do grupy przestępczej. Sakiewicz odmówił publikacji. Twierdził, że kierował się dobrem pisma, które nie ma miejsca, by tyle sprostowań na ten sam temat drukować, a uzgodnionej przez wszystkich jednej wersji, nie otrzymał. Po odmowie 38 z tych 70 osób wytoczyło Gazecie Polskiej proces. Nie chcą, by pismo publikowało przeprosiny w innych mediach, nie oczekują zadośćuczynienia przez np. wpłaty na zbożny cel, żądają jedynie sprostowania. Tylko tyle i aż tyle.

Gdzie więc wyjątkowość sprawy? Nazwanie sędziów jakiegokolwiek sądu „grupą przestępczą” to oskarżenie najcięższe z możliwych. Skoro jednak mówi to premier, a publikuje, niszowy co prawda, ale działający oficjalnie tygodnik, to widać ma dowody. Sprawa więc wydaje się prosta. Sąd musi dowody poznać, ocenić i wydać wyrok. Tak by się mogło wydawać, ale tu spór nie idzie o to. Bowiem nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że krakowscy sędziowie w liczbie kilkudziesięciu tworzą zorganizowaną grupę przestępczą. Czyli działają sprzecznie z prawem, ale wspólnie, w celu osiągnięcia zysku lub innej korzyści (tę definicję wyprowadza się z art. 258 kk oraz z orzecznictwa SN). Ten spór ma zasięg nieporównywalnie szerszy niż duma sędziów i powaga lokalnego sądu.

Po pierwsze to spór o granice i definicje wolności słowa. Ile i co wolno powiedzieć obywatelowi. I już to nie jest proste. Choćby dlatego, że nieustannie ściera się w Polsce ograniczające podejście europejskie z tym bliższym amerykańskiemu, które zakłada – zgodnie z pierwszą poprawką – niemal pełną wolność powiedzenia w mediach, co ślina na język przyniesie. Amerykanie widzą w tej wolności dziennikarskiej fundament demokracji. A jeśli tak, to jest to więc też spór o wolność czwartej władzy. A jak pisał w jednym z listów Thomas Jefferson: „Gdybym musiał wybierać rząd bez gazet, czy gazety bez rządu od razu wybrał bym to drugie”.

I tu temat wylewa się z sali sądowej na polityczno-medialną arenę. Postawmy sobie bowiem pytanie, co jest prawem, a co obowiązkiem premiera kraju. Wolno mu – jak każdemu – mówić to co myśli. Ale do jego obowiązków należy też trzymanie standardów, budowanie i umacnianie dobrego imienia najważniejszych dla państwa instytucji. Co ma przeważyć przysługujące prawo, czy obowiązek. Może więc powinna to być sprawa sędziowie kontra premier? No tak, ale Gazeta Polska nie może zdjąć z siebie odpowiedzialności pod pretekstem tego, że kłamie premier, a oni go tylko cytują. Dlaczego? Bo wtedy sama ograniczałoby dziennikarski obowiązek rzetelności i stawiało Morawieckiego ponad innymi obywatelami.

Tu sprawę gmatwa jeszcze taki fakt, że pytania – co jest częstą przypadłością dziennikarzy spod znaku Gazety Polskiej – stawiane są z tezą, podprowadzają pod oczekiwaną przez dziennikarzy odpowiedź. Na łamach GP nie widać tej finezji wywodu, jaką można było usłyszeć w piątek w sądzie w wykonaniu redaktora Sakiewicza. W swym piśmie wali on propagandą jak cepem w każdego, kogo uważa za swojego wroga, o logikę się nawet nie ocierając. Nie mówiąc już o standardach fachu, którego praw do wolności wypowiedzi tak starał się w sądzie bronić. A jeśli tak, to mamy nie dziennikarstwo a propagandę i politykę.

I w tę stronę szło oskarżenie pełnomocników sędziów. Mecenasi Grzegorczyk-Abram i Wawrykiewicz udowadniają każdego dnia, że myślą w kategoriach dobra państwa i chcieli by tak też sąd widział atak Morawieckiego i Gazety Polskiej na krakowskich sędziów. Natomiast obrońcy – o czym już pisałem – starali się wyszukać błędy formalne pozwu, pokazać jego bezzasadność, czy to z racji nieokreśloności autorów (nigdzie bowiem expressis verbis nie jest napisane, o jakich sędziach Morawiecki mówi), czy jego nielogiczności.

Sakiewicz pytając premiera mówi o krakowskim sądzie, który zbuntował się przeciw nowo powołanej przez ministra Ziobro prezes Dagmarze Pawełczyk-Woickiej. Czyli jasno wskazuje na sąd okręgowy. Morawiecki z kolei odpowiadając podaje przykład przestępców z krakowskiego sądu i według prawników obrony ma na myśli sąd apelacyjny, gdzie m.in. prezes Krzysztof S. ma postawione zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. Jego proces trwa. A więc skoro trudno ustalić, któremu z panów o kogo chodzi, to sędziowie – zdaniem obrońców – nie mają prawnego upoważnienia, by sprostowanie wnosić. Nic bowiem nie wskazuje, że to o nich mowa.

Swej decyzji o niepublikowaniu bronił też redaktor Sakiewicz wyciągając argumenty z zakresu wolności słowa, jako fundamentu demokracji. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zaczął od prowokacji. Stwierdził, że chętnie pójdzie na ugodę i opublikuje sprostowanie, jeśli sędziowie przyznają że są grupa przestępczą. Obraził też sędziów proszących o sprostowanie. Ich pisma nazwał bełkotem, głupotami i wypocinami. Można powiedzieć to dobrze, bo po raz kolejny udowodnił, że „diabeł w ornat się ubrał i na msze dzwoni”.

Ale dla pani sędzi, brak kultury osobistej nie jest żadną wskazówka do wydania wyroku. Natomiast wielość wątków pokazuje, przed jakże trudnym zadaniem ona staje.

Czekam z ciekawością na uzasadnienie wyroku, które – choć w Polsce nie ma prawa precedensowego – może w przyszłości, jeśli utrzyma się w kolejnych instancjach, wytyczać kierunki sędziowskich wykładni w sprawach wolności słowa. A na pewno zostanie opatrzone setkami mniej i bardziej kompetentnych komentarzy i wywoła ważną dyskusję specjalistów.

Samotność sędziego

Jakby tego było mało, w pewnym sensie sędzia będzie rozstrzygać we „własnej”, bo sędziowskiej, sprawie. Czyli działać wbrew zasadzie „nemo iudex in causa sua”. Oczywiście między sądzącą, a sędziami w Krakowie nie ma powinowactwa, pokrewieństwa, czy innych prawnych powiązań i formalnie wszystko jest ok, ale na tym przykładzie widać sensowność powrotu funkcji ławników. Ich obecność osłabiałaby możliwość zarzutu korporacyjnej solidarności.

Dorzuć swoją cegiełkę do walki o demokrację i państwo prawa!

Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

A trudno wznieść się na wyżyny obiektywizmu wiedząc na sto procent, że każdy wyrok nie po myśli Gazety Polskiej zostanie zakwalifikowany do portfolio przykładów działania sędziowskiej kasty.

Mamy tu ewidentny dowód do czego prowadzi podważanie autorytetu sądu, niszczenie z mozołem budowanego przekonania o sędziowskim obiektywizmie. Wydaje się więc, że po pierwsze, sędzia Agnieszka Derejczyk będzie musiała do 11 stycznia rozstrzygnąć, czy tylko kwestie formalne powinny decydować o wyroku i tu musi wziąć pod uwagę błędy popełnione przez sędziów. Czy może trzeba popatrzeć na filozoficzny aspekt wolności słowa, dającą sobie prawo do rozważenia, czy i gdzie kończy się prawo do głoszenia i publikowana najbardziej kontrowersyjnej tezy, nawet jeśli a priori przyjmie się założenie, że publikujący jest otwarty na polemikę (Sakiewicz sprytnie to zasygnalizował w swej sądowej mowie).

A może trzeba popatrzeć na całość również pod kątem polityki i osądzić brak odpowiedzialności naczelnego i przede wszystkim premiera, którzy wygadywali oczywiste bzdury i wtedy mniej ważne jest, czy obaj panowie mówili o tych samych sędziach, czy o różnych. Bo generalizując oskarżenie podważali nie tylko autorytet władzy sądowej, ale wręcz fundamenty bezpieczeństwa i funkcjonowania państwa, za które jako obywatele, ale też jako premier i ważny przedstawiciel tzw. czwartej władzy, są odpowiedzialni.

Wojciech Fusek

fot. Iwona Wyszogrodzka, Wojciech Fusek

3 myśli na temat “Sąd nad sędziami, czy sąd nad mediami

  • Grudzień 30, 2018 o 20:16
    Permalink

    U obrońców p. Sakiewicza kazuistyka level hard. Nie zazdroszczę im klienta, który na sali powtarza zachowanie, za które został pozwany 😀

    Panie Wojciechu Fusku, w tym artykule ciężko czyta się niektóre akapity, są niedokładnie zredagowane. Zdaję sobie sprawę, że niełatwo jest pisać artykuły o rozprawach sądowych, ale potrafi Pan tworzyć artykuły lepszą polszczyzną.
    Akapit o koszulkowcach i prowokatorach przepyszny.

    Zastanawia mnie , czemu pani , która miała napisane na przedzie “Gazeta Polska klub Ciechanów”, zaś na zadniej stronie wdzianka “Warto być Polakiem”, miała kapelusz z tak znacznym rondem oraz ciemne okulary.
    Rodeo? Halogeny telewizji wszechpolskiej? Próba zaskarbienia łask pozwanego redaktora?

    Odpowiedz
  • Grudzień 31, 2018 o 14:02
    Permalink

    Po tym, co pan Fusek napisał, bardzo jestem ciekawa, jak to się rozstrzygnie. Nie ma łatwego zadania tam pani sędzia.

    Odpowiedz
  • Styczeń 2, 2019 o 12:46
    Permalink

    Nie ma łatwego zadania ta pani sędzia.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *