Żywe tarcze, martwi sojusznicy. Kilka osobnych problemów wokół jednego protestu

Od miesiąca strajkuje w Sejmie garstka ludzi, którzy w charakterze „żywych tarcz” przyprowadzili tam swoje niepełnosprawne dzieci. Żywe tarcze to złośliwe określenie polityków PiS, którego intencją było zdyskredytować protest, przypisując protestującym niecny cynizm. To jednak naprawdę są żywe tarcze – ktokolwiek protestowałby w Sejmie bez nich, dawno byłby stamtąd usunięty przemocą, o czym wiem o tyle dobrze, że usuwano mnie stamtąd wielokrotnie
 
Jest protest, więc rozbrzmiewają bojowe surmy. Wśród polityków nie było ich słychać dotąd niemal wcale – teraz odezwały się za sprawą najpierw bezczelności Kuchcińskiego, a potem zapowiedzi przyjazdu Wałęsy. KOD zdecydował się wreszcie odezwać. Czy wcześniejsze milczenie polityków to obraz zwykłej bylejakości, do której opozycja przyzwyczaja nas coraz bardziej, czy może efekt kłopotu innego rodzaju, który protest RON ze sobą niesie?

Sytuacja pod Sejmem – nie pierwsza taka zresztą – jest też okazją do poważnych pytań o przyszłość ruchu protestu. O to, co w nim jest realizmem, a co utopią, co w takim razie może być rzeczywistym celem jego działania, a co jest tylko folklorystycznym tłem dla kampanii zawodowych polityków. Jeśli naprawdę wziąć pod uwagę wszystkie aspekty tego jednego protestu, a nie koncentrować się na hasłach i na tym, co widać z wierzchu, sprawa pokazuje sporą część skomplikowania ogólniejszej sytuacji, w jakiej dzisiaj tkwimy.

Samotność niezłomnych i „lans” kunktatorów

Strajkujący w Sejmie i wspierający ich przed Sejmem aktywiści Obywateli Solidarnie w Akcji, Warszawskiego Strajku Kobiet i Odnowy mają rosnące od miesiąca poczucie osamotnienia. Bardzo zrozumiałe. Widzieliśmy kulminację tej frustracji, kiedy 12 maja PO, Nowoczesna i KOD organizowały w Warszawie Marsz Wolności. Do trwającego równocześnie dramatycznego protestu marsz nie odnosił się wcale – de facto odmówiono zmiany lub modyfikacji planów tak, by udzielić wsparcia strajkującym samotnie i poddawanym coraz to nowym represyjnym złośliwościom władzy.

Próbowano w tej sprawie porozumienia i to się niezupełnie udało – w jakiejś części z powodu obiektywnych przeszkód, ale to zdecydowanie nie one przesądziły. Przede wszystkim brakowało politycznej woli by z tego strajku, a nie z haseł partii, uczynić temat wielkiego marszu opozycji. Efekt był w każdym razie taki, że 12 maja byliśmy świadkami w jakiejś mierze konkurencyjnych demonstracji: poparcia dla strajkujących w Sejmie oraz poparcia dla partii przygotowujących się do wyborów. Skalę tych poparć dało się nawet zmierzyć i zestawienie nie wypadło dobrze. Pod Sejmem było coś koło tysiąca ludzi – z pewnością mniej niż dwa tysiące. Na marszu i kończącym go koncercie było wiele tysięcy. Ogromna większość demonstrujących pod Sejmem poszła potem na Marsz Wolności. W odwrotną stronę nie chodzono niemal wcale. Takie są policzalne fakty, a jak się rozkładają mniej wymierne społeczne sympatie – powiedzieć nadal trudno. Czegoś się o tym dowiemy już dzisiaj.

Na dzisiaj z wizytą w Sejmie lub pod Sejmem zapowiedział się bowiem Lech Wałęsa i kiedy piszę te słowa, właśnie rozmawia z protestującymi. Z tego powodu różne środowiska – w tym zwłaszcza Komitet Obrony Demokracji – tym razem wreszcie wzywają pod Sejm. Konflikt organizacji oczywiście rośnie również z tej okazji. I choć apele o dzisiejszą obecność przed Sejmem od rana wypełniają to, czego oczekiwano na 12 maja, to jednak ze zrozumiałych powodów apel Zarządu Głównego KOD budzi niesmak pozostałych działaczy. Nie wspomina ów apel o trwającej tam od miesiąca samotnej akcji, nie wymienia jej organizatorów, ignoruje niewysłuchane wcześniej wezwania.

Pretensje o „lans” wykorzystujący cudzy, dotąd ignorowany protest, są więc nie tylko zrozumiałe, ale i zwyczajnie, ludzką miarą, słuszne. Dobrze znam tę gorycz. Zarówno z Krakowskiego Przedmieścia, jak z samego Sejmu, gdzie od dwóch lat daremnie wyczekiwaliśmy wsparcia w akcji wymierzonej przeciw temu samemu zakazowi Kuchcińskiego, widząc w odpowiedzi wyłącznie faryzejskie wykręty i próby przeczekania aż się zmęczymy albo staniemy się nie budzącym niczyich emocji folklorem ekstremistycznych uliczników. Niemniej nie cierpię pojęcia „lans”. Każdy protest zabiega o uwagę publicznej opinii, każdy pcha się przed kamery i powinien to robić. Nie „lans” jest złem. Niesmak bierze się stąd, że skorzystać z niego mają nie ci, którzy być może powinni.

Dla zaangażowanych w protest w Sejmie to przecież powinno być bez różnicy – ważne, że z dawna oczekiwane wsparcie być może wreszcie nastąpi i o tym przede wszystkim należy się dzisiaj martwić. Dla ruchu protestu sprawa pozostaje jednak ważna, bo na tym strajku rzecz się nie kończy i trzeba będzie jeszcze nie raz wiedzieć, kto gra fair, a kto niezupełnie, kto naprawdę usiłuje pchać do przodu polskie sprawy, a kto tylko pływa na falach, które inni pracowicie rozbujali. Tak czy owak – dzisiejszy dzień przed Sejmem będzie, podobnie jak 12 maja i wszystkie inne „demonstracyjne okazje”, fragmentem konkurencji o przywództwo w ruchu, a jest rzeczą ważną – a nie nieważną – kto to przywództwo obejmie, o ile ktokolwiek zdoła to zrobić, bo również to nie jest żadną miarą pewne.

No, przed Sejmem w dniu wizyty Lecha Wałęsy zebrał się tłum kilkudziesięciu osób, więc kwestia przywództwa jest ekscytująca stosownie do tej miary.

Radykalizm „rewolucjonistów”

W słusznym i bardzo zrozumiałym rozgoryczeniu samotnych „radykałów” brzmią przy tym nuty fałszywe. Poczucie osamotnienia jest w ogóle bardzo złym doradcą.

Ktoś, kto ma za sobą praktykę „rewolucjonisty” i zdążył ją kiedykolwiek przemyśleć na chłodno, powinien dobrze znać to wielokrotnie opisywane zjawisko, w którym kurcząca się społeczna baza protestu powoduje postępujący radykalizm topniejącej garstki aktywistów i ich coraz wyraźniej artykułowane zbrzydzenie kunktatorstwem biernego otoczenia. W paradoksalny i również dobrze znany „rewolucjonistom” sposób, proces ten nasila się tym bardziej, im bardziej uzasadnione jest poczucie „słuszności sprawy”. W im bardziej zatem moralnie oczywistej sprawie działamy, tym szybciej nasza rewolucja tonie w obojętności z jednej, a w nerwicowej frustracji z drugiej strony.

Strony: Początek |1 | 2 | 3 | ... | następna strona→ | Koniec

3 thoughts on “Żywe tarcze, martwi sojusznicy. Kilka osobnych problemów wokół jednego protestu

  • 21 maja, 2018 o 19:08
    Permalink

    Podziwiam Pana i Obywateli RP .
    Obywatele – Rozniecacie wiarę która pomaga nam czekać na moment szczególnej mobilizacji, ktora nastąpi przed wyborami.
    Powinniście powalczyć o szersze zaplecze, po prostu o środki finansowe, tak byście z przekazem dotarli dalej niz do antypisowskiej “elity”. Dla czesci osob jestescie politycznymi awanturnikami, choć to Wam a nie zawodowym politykom zawdzięczamy koniec karykaturalnych miesięcznic i zagraniczne echo faszystowskich marszy.
    Myśle ze Wasza plecakowa estetyka buduje Wam medialny wizerunek oszołomów. Moze to krzywdząca opinia, ale media nie traktują Was poważnie. A zasługujecie na to jak mało kto.

    Jestem przedstawicielem właśnie zarobionych mieszkańców stolicy. Opuszczam wiele demonstracji, bo mam zawodowo i rodzinnie mnóstwo zajęć, a widzę ze zasięg demonstracji jest słaby.

    Ale wierze w Was, bo działacie nieszablonowo, konfrontacyjnie, wyprzedzająco i skutecznie. Choć często chaotycznie i bez odpowiedniego rozgłosu.

    Nawiazując do Myśli że działacie w imię utopii jaką jest marsz miliona, to nie jestescie “produktem społeczno politycznym” masowym a zdecydowanie elitarnym. Tą elitą jest świadoma i odpowiedzialna częsc społeczeństwa. Oby ta grupa była jak najwieksza. Reszta – większość to ci którzy bezrefleksyjnie eksploatują otoczenie.
    Naszym celem jest aby te proporcje uległy zdrowemu odwróceniu, i aby w naszym życiu było więcej empatii. Aby nie dopuścic do utrwalenia sie stanu jaki dzis mamy.
    Erozja ruchów obywatelskich polega na tym ze nie ma autorytetow którzy przekonają tych zagubionych i sceptycznych. Bo tych przekonanych przekonywać nie trzeba.
    Troche chaotycznie, ale na koniec – w tych społecznościach gdzie światopogląd juz poróżnił aż do nienawiści, można zacząć budować od nowa od prostych przedsięwzięć bytowych, wspólna droga, odmalowanie szkoły, wspólna pomoc dla najbardziej potrzebujacych, start dla dzieci pokrzywdzonych przez los itp byle dalej od polityki.

    Za wszystko dotąd bardzo dziękuję.

    Odpowiedz
  • 22 maja, 2018 o 10:44
    Permalink

    Trochę nie mam czasu, bo jestem na “wyjeździe”, ale Pan Kasprzak poruszył bardzo ciekawy temat. Wszyscy społecznicy, nawet politycy, intelektualiści powinni solidnie przeanalizować temat “dlaczego Polakom się nie chce”. Dopiero jak się to wie, można się zastanawiać co zrobić, aby ludzi uaktywniać, włączać, angażować, czyli prowadzić coś co się fachowo nazywa “wewnętrzny marketing”.

    Polakom się wyraźnie nie chce włączać w sprawy publiczne (czy raczej politykę), chociaż pod względem wiedzy, wykształcenia, energii, przedsiębiorczości nie ustępują raczej społeczeństwom zachodnim. Również zainteresowania polityczne mają mocne. Mam wrażenie, że przeciętny Polak oraz media 10 razy więcej dyskutują i spierają się na co dzień o politykę niż przeciętny Brytyjczyk lub Niemiec, oraz ich media. Tyle, że w Polsce jest to “politykowanie”, a więc czyste gadulstwo bez mocy sprawczej. Próżne gadanie bez przełożenia na rzeczywistość. Bez konsekwencji, odpowiedzialności, decyzyjności. Komentowanie, co robią tam “oni” w tych swoich “wojenkach na górze”.

    “Dlaczego tak jest?” – to jest pytanie.

    Odpowiedz
  • 22 maja, 2018 o 14:08
    Permalink

    Krótka uwaga:

    > Do trwającego równocześnie dramatycznego protestu marsz
    > nie odnosił się wcale – de facto odmówiono zmiany lub modyfikacji
    > planów tak, by udzielić wsparcia strajkującym samotnie
    > i poddawanym coraz to nowym represyjnym złośliwościom władzy.

    Osobiście uważam, że odnosił się za mało i jest niedosyt, jednakże tak mocne stwierdzenie nie jest prawdą. Był odczytany apel niepełnosprawnych, było wystąpienie pani Wandy, pojawiały się liczne transparenty, hasła i elementy graficzne. Prawdopodobnie rzeczywiście niewielu ludzi po zakończonym marszu wróciło pod Sejm, ale były wyjątki, choćby pani Henryka.

    Nie podejmuję się oceniać faktu, że opozycja jest dość słabo zaangażowana w protest, ale nie wykluczam, że jest tak dlatego, żeby nie ułatwiać narracji o jego politycznym charakterze.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *