Wyrok w sprawie ataku na ukraińską procesję w Przemyślu. Sąd nie powiedział neofaszystom „stop”

W środę w Sądzie Rejonowym w Przemyślu zapadł wyrok w sprawie ataku na ukraińską procesję w czerwcu 2016 r. Dwadzieścia osób zostało skazanych na kary od 6 do 14 miesięcy prac społecznych w wymiarze 30—40 godzin miesięcznie

26 czerwca 2016 roku sympatycy Młodzieży Wszechpolskiej zaatakowali w Przemyślu uczestników ukraińskiej procesji, wyzywając ich od „banderowców” i zarzucając faszyzm (sic!). Dwóch uczestników skopali, a jednemu podarli koszulę — bo miała być wyszywana „banderowskimi” czerwonym i czarnym kolorami.

Dwudziestu chłopców, przeważnie młodych, w zależności od liczby zarzutów i wcześniejszej karalności, zostało skazanych na kary od 6 do 14 miesięcy prac społecznych w wymiarze 30—40 godzin miesięcznie. Tylko jedna osoba przyznała się do winy. Sędzia odstąpiła od wymierzenia im kary finansowej. Zostali też zwolnieni z zapłacenia ponad 11 tys. zł za adwokata z urzędu, koszty te pokryje skarb państwa.

W związku z wyrokiem mam mieszane uczucia.

Po pierwsze, niektórzy uczestnicy agresywnego ataku fizycznego (wyglądało to fatalnie, a policja w ogóle nie była przygotowana na rozdzielenie procesji od „spontanicznego” zgromadzenia narodowców) otrzymali wyrok równorzędny osobom, które hejtują mnie w Internecie. Sześć miesięcy prac społecznych. To typowy wyrok za agresywne komentarze w sieci z powodu pochodzenia narodowego. W Przemyślu, jeszcze raz podkreślę, miał miejsce atak fizyczny.


Po drugie, sędzia Edyta Kołacz nie przyznała racji obrońcom narodowców, którzy sugerowali, że procesja religijna była demonstracją polityczną. Co oczywiście cieszy, bo w Polsce demonstracja ukraińskości coraz częściej jest utożsamiana z „banderyzmem”, a każdy „banderyzm” to „faszyzm”, i tak dalej. W Przemyślu ten problem jest jeszcze bardziej istotny, niż gdzie indziej: tu czarny PR ubiegłorocznej kampanii wyborczej skupiał się wokół tego, który z kandydatów jest „Ukraińcem”. Obecny prezydent Przemyśla, zwycięzca tej kampanii z ramienia ruchu Kukiz’15, aktywnie „oczyszczał się” z takich zarzutów, a sprzyjające mu konta w sieciach społecznościowych sugerowały pochodzenie ukraińskie kontrkandydatom. Domniemane pochodzenie narodowe stało się największym zarzutem etycznym.

Po trzecie, ani prokurator, ani sąd nie wziął pod uwagę tego, że atak był przeprowadzony przez nieprzypadkowe osoby. Był on poprzedzony agresywną kampanią przeciwko Ukraińcom w mediach społecznościowych. Jak i w przypadku wyroków w sprawie „moich” hejterów, wyroki słyszą ci, którzy poszli o słowo czy czyn dalej, a nie ci, którzy rzeczywiście zainicjowali agresję. To jest pretensja nie tyle do sądu, ile do całego społeczeństwa. Międlary, Bosaki, Andruszkiewicze brylują w mediach i w debacie publicznej, wtedy gdy znacznie mniej znani ich czytelnicy sieją w Polsce fizyczną i werbalną agresję. Póki co ani sąd, ani społeczna debata nie bardzo umie łączyć te zjawiska.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak przeciwdziałać ruchom neofaszystowskim. Łotewskie doświadczenie dla Polski

I ostatnie, najbardziej przykre dla mnie jako osoby, która protestuje w obronie sądów. Sędzia przychyliła się do argumentu narodowców, że koszulka uczestnika ukraińskiej procesji w kolorze czerwono-czarnym miała sprowokować Wszechpolaków. Sędzia wobec tego nawiązała do ostatniego marszu ku czci Stepana Bandery w Kijowie: — Pooglądajmy, jak wyglądał w styczniu 2019 roku marsz zorganizowany w Kijowie i może wtedy znajdziemy odpowiedź na pytania, które pojawiały się w toku przewodu sądowego — czy były zbyt daleko idące? W ocenie sądu jednak nie — argumentowała.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *