Senat RP – wyborczy eksperyment myślowy

Przyspieszone, czy nieprzyspieszone, wyobraźmy sobie te wybory. Gdyby wybory do Senatu miały się odbyć dzisiaj, opozycja powinna umieć wygrać co najmniej 95 mandatów, oddając PiS najwyżej pięć z nich. Jeśli tego nie zrobi, liderzy opozycyjnych partii zasługują na odejście w niesławie w wieczną niepamięć

Uroki JOW i historyczna wygrana dawnej „Solidarności”

Wybory do Senatu są większościowe. Takie, jakich się kiedyś domagał Kukiz, widząc w tym nadzieję zwycięzca ma szansę zrealizować obietnice wyborcze, ponieważ po prostu ma umożliwiającą to większość. Gdyby wybory odbywały się dzisiaj, to w Sejmie z powodu ordynacji d’Hondta wygrałby PiS z wszelkimi szansami na samodzielną większość. Ale w Senacie musiałaby wygrać opozycja i to zgarniając niemal 100 proc. mandatów, jak w ’89 roku zrobiła to „Solidarność”. Pod jednym warunkiem wszakże – jeden wspólny kandydat na jedno miejsce. Jeśli PiS ma przewagę sięgającą 40 proc., to w Sejmie wygrywa. W wyborach do Senatu jednak przegrywa w każdym z okręgów wyborczych, w których nie osiąga większości przekraczającej 50 proc. głosów. Jest takich okręgów kilka – ale tylko kilka w całym kraju.

Jak to zrobić? Przyzwyczajeni do ukształtowanego tradycją ostatnich lat partyjnego myślenia politycy i komentatorzy mówią bez większych wahań po chwili zastanowienia: okręgi we wschodniej Polsce trzeba by oddać PSL, gdzieniegdzie w zachodniej części, być może w Lubuskiem, niech jednego lub dwóch kandydatów wystawi SLD, resztę niech obsadzi PO, lub – niech będzie – KO. Dlaczego tak? Bo to są potencjalnie najmocniejsi kandydaci w tych okręgach. Skąd to wiadomo? Z sondaży i wyników poprzednich wyborów. Cóż, można i tak. Dawno tego nie spróbowaliśmy, choć mocne poszlaki wskazują, że wynik mógłby być w takim wariancie słaby.  

Komu oddać którą część Polski?

Rzecz bowiem w tym, że określenie „oddać okręgi” tej lub innej partii jest językowym lapsusem, z którego polityczni zawodowcy nawet nie zdają sobie sprawy. Nikt z nich serio nie traktuje już zapisanej w Konstytucji prawdy, że okręgi wyborcze należą po prostu do wyborców i żaden partyjny lider nie może ich tak sobie „oddać” drugiemu w ramach umowy zawartej po partyjnych negocjacjach. Nie wiedzą, jak bardzo „oddawanie biorących miejsc” obraża wyborców i odbiera im poczucie sprawstwa we własnym państwie.



Powinno to być dość oczywiste, jakkolwiek nieoczywiste się stało: najprostszym, najbardziej wiarygodnym i najprecyzyjniejszym sposobem sprawdzenia poparcia jest po prostu głosowanie: wolne, równe, bezpośrednie i tajne. W sytuacji wyborczej wojny z PiS rzeczywisty wolny wybór nie jest możliwy w czasie właściwych wyborów. Taki wybór, jeśli ma się odbyć rzeczywiście, możliwy jest wyłącznie przed oficjalnymi wyborami: w momencie ustalania, który z wystawianych przeciw PiS kandydatów jest rzeczywiście wybierany najchętniej nie przez liderów, ale przez głosujących obywateli. Można to zrobić w międzypartyjnych prawyborach, w których wyborcy głosują, jak to się zwykle odbywa w wyborach, wybierając zwycięzcę spośród zgłoszonych przez partie kandydatów. Ale można to zrobić w drodze obywatelskich paneli, w których głosują reprezentatywne i stosunkowo niewielkie liczebnie próby. Pomyśleć się da o konwencjach wyborczych lub o systemie publicznych wysłuchań kandydatów z procedurą wyłaniania z udziałem obywateli tych, których ostatecznie wystawimy.

Dwóch zgorzkniałych facetów u władzy

Po co ten cały trud, skoro da się podzielić „biorące miejsca” zgodnie z sondażami? Ano, z przeproszeniem wszystkich demokratów, po to, by wyborcom dać wybór, zamiast z nich czynić „mięso armatnie” w wojnie z PiS. Również po to, by zapewnić wystawianym przez demokratów ludziom rzeczywisty mandat społeczny, a nie jedynie rekomendację ich partyjnych szefów. By uczynić ich kandydatury wiarygodnymi. By nikt nie dzielił Polski między partie i nie wyznaczał „stref wpływów” – bo to właśnie tego rodzaju praktyki napędzają zwolenników populistom w rodzaju Kukiza, albo odbierają ludziom wiarę w demokrację i ochotę do udziału w wyborach. Po to, by władzę w Polsce sprawował Naród, jak o tym mówi Art. 4. Konstytucji RP – znów proszę o wybaczenie wielkich słów tych wszystkich, z którymi od 3 lat bronimy Konstytucji. Byśmy uwierzyli, że naprawdę decydujemy w wyborach, byśmy do nich poszli masowo i z przekonaniem. By wygrać Senat w całości, powierzając mu funkcję strażnika nad prawem uchwalanym w Sejmie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Społeczne Komitety Wyborców. Obywatelski głos w eurowyborach

Ten myślowy eksperyment polecam wszystkim jako prostą wprawkę przed czekającym nas dalszym ciągiem tego wyborczego maratonu, który zaczęliśmy w nie najlepszym stylu wyborami samorządowymi, choć przecież mogło być znacznie gorzej. W tych myślowych wprawkach, do których zapraszam, proszę w istocie o rzecz nietrudną i bardzo podstawową. O to, by głos w wyborach oddać wyborcom. Bo póki trwa wojna, w której głosujemy przeciw PiS (a wyborcy PiS głosują przeciw PO), głos należy w rzeczywistości nie do nas, a do dwóch niemłodych już panów, których w dodatku nikt w Polsce nie lubi i którzy ścigają się o pierwszeństwo w rankingach niechęci i braku zaufania.


Buduj z nami patriotyzm obywatelski

Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

3 myśli na temat “Senat RP – wyborczy eksperyment myślowy

  • Styczeń 8, 2019 o 11:31
    Permalink

    Gdyby się udało wygrać w Senacie, to byłby już jakiś krok do przodu. Taki koalicyjny Senat! Marzenie!

    Odpowiedz
  • Styczeń 9, 2019 o 06:13
    Permalink

    Senat jest kiepskim polem do eksperymentów myślowych o czymkolwiek. Z tych oto powodów:
    – To instytucja zbędna, fasadowa, bez znaczenia ustrojowego. Senat o niczym nie decyduje i nie „strzeże” procesu stanowienia prawa. Co najwyżej ten proces komentuje, no i moźe, ale tylko za zgodą sejmu wprowadzać poprawki. W praktyce czasem na lepsze, czasem na gorsze.

    – Wybory do senatu przeprowadzane są jako nieznaczący dodatek jednocześnie i w cieniu wyborów do sejmu. Cała kampania jest podporządkowana wyborom do sejmu, również ustawowe reguły finansowania dotyczą głównie sejmu. W tej sytuacji jest to tylko dalsze część plebiscytu partyjnego i wyniki w zasadzie zawsze odzwierciedlają odbicie wyborów sejmowych. Z osobną procedurą spersonalizowanych wyborów większościowych nie ma to nic wspólnego. Tu nie można wysuwać żadnych sensownych analogii i porównań.

    – Obok tych zasadniczych faktów są jeszcze drobiazgi, takie jak nadmierna wielkość i skrajne różnice w wielkości okręgów wyborczych (nawet do trzykrotności), co nie pozwala porównywać tych wyborów do klasycznych wyborów jednomandatowych w wymiarze europejskim (do USA i Indii możnaby je już porównywać)

    Odpowiedz
    • Styczeń 9, 2019 o 22:58
      Permalink

      To wszystko prawda, ale psychologiczne zwycięstwo też ma znaczenie

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *