Partie są ważne, ale coś kompletnie innego się liczy

wersja pdf — zdecydowanie łatwiej przeczytać

Racjonalność aksjologii

 

Poważne rozmowy są trudne. Wymagają uzgodnienia pojęć. A same pojęcia bywają tak złożone, z tak wielu różnych warstw potrafią się składać, że można rozmawiać godzinami, mając wrażenie porozumienia, by się na koniec zorientować, że porozumienie jest jednak fikcją. Albo na odwrót – okazuje się nader często, że spory bywają pozorne, bo rzeczywistych różnic nie ma.

 

Zapytano nas więc niedawno z Jackiem Parolem, co dzieli jego grupę sympatyków Partii Demokratycznej od Obywateli RP tak, że porozumienie nie jest możliwe. Na tak postawione pytanie odpowiedzieć się nie da. Mamy z Jackiem kompletnie różną wrażliwość, wyznajemy różną aksjologię, na pewno mamy bardzo różne doświadczenia i zupełnie inną perspektywę, z jakiej patrzymy na rzeczy, o których nam rozmawiać kazano. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

Bo poza tym różni nas już bardzo niewiele. Ot, jakieś być może duperele dotyczące szczegółowych pytań o skuteczność takich lub innych rozwiązań problemów edukacji czy pomocy społecznej. W polskiej polityce sprzed ostatniej pisowskiej katastrofy przywykliśmy wszyscy sądzić, że fundamentalne spory aksjologiczne są kompletnie nieistotne, a kto się nimi przejmuje, ten jest oszołom albo populista, bo o rzeczywistości decydują właśnie tego rodzaju detale. Tym zaś, co rozstrzyga o racjach, jest księgowa poprawność projektów ekonomicznych, albo proceduralna zgodność z prawnymi standardami cywilizowanego świata, gdy chodzi o pozostałe kwestie.

No, prawdopodobnie najgłębsza, najbardziej przepastna różnica pomiędzy Jackiem Parolem, a mną jest właśnie taka, że ja jestem oszołom, a Jacek akurat startuje do rozsądnej polityki z nadzieją na udział w mainstreamie. To więc raczej udział Obywateli RP powinien być dla „dorosłej polityki” nieakceptowalny. Ale dla ruchu obywatelskiego, który ogromnym wysiłkiem usiłujemy zdefiniować w praktyce, partie i stosunek do nich jest sprawą dość trudną, bardzo poważną – i nie wszystko da się tu zaakceptować.

Druga z poważnych różnic ma tylko pozornie techniczny charakter. Ktoś mi kiedyś opowiadał o pewnej angielskiej szkole, w której kształcą się tamtejsze elity. Organizuje się w niej zajęcia symulujące parlamentarne debaty. I każdy z mówców ma tam podobno obowiązek się jąkać albo seplenić. Po to, by nauczyć wszystkich, że liczy się to, o czym jest mowa, a nie jak ją wypowiedziano. Nie wiem, czy to anegdota, czy prawda, ale jest w niej myślenie mi bliskie. Przekaz, akcenty, komunikacja, rozpoznawalność twarzy – wszystkie te niewątpliwie ważne rzeczy przyprawiają mnie w związku z tym jednak o mdłości.

Nie – nie zamierzam zawracać Wisły kijem i ignorować psychologię społeczną. Przeciwnie. Własnej „wiecowej sprawności” miałem okazję dowodzić ostatnio znacznie częściej niż bym chciał. Wciąż jednak chodzi o coś poza dowodzeniem sprawności. O coś, czemu ta sprawność ma szansę służyć. A to są trudne rzeczy i kiedy nie jesteśmy na wiecu, może przynajmniej niektórzy z nas powinni szukać rozmów raczej trudnych. Bo te łatwe nie są na ogół ani ciekawe, ani twórcze. O czym wspominam, uprzedzając z góry, że będzie ciężko. Dużo tekstu. Nuda. Bez szans na polityczny i medialny mainstream.

Strony: Początek |1 | 2 | 3 | ... | następna strona→ | Koniec

11 thoughts on “Partie są ważne, ale coś kompletnie innego się liczy

  • 17 listopada, 2016 o 16:46
    Permalink

    “Żadna z wpojonych nam w ciągu ostatniego ćwierćwiecza prawd
    o wolnorynkowej gospodarce nie wydaje mi się w żadnym stopniu dowiedziona, każda w moim przekonaniu wciąż wymaga rzetelnej dyskusji. ”
    Doczytałem do tego miejscu i jak mi Niewidzialny Różowy Jednorożec miły – dalej nie mogę. Teraz odczuwam głęboką potrzebę tzw. wyjścia z siebie i stanięcia obok. W jakim świecie żyję, czy to jest jakiś ponury żart? Z jednej strony co i rusz czytam te wszystkie bluzgi – z jednej strony na PiS i Kaczyńskiego, z drugiej – na zdrajców z KOD-u.
    Jesteście siebie warci, dwie strony tej samej monety. Ostatni gasi światło, Panowie.

    Odpowiedz
  • 17 listopada, 2016 o 22:22
    Permalink

    Pawle, przeczytałam w całości, na ile się dało uważnie. O tyle miałam łatwiej z tą koncentracją uwagi, że mogę się spierać tylko w szczegółach. Moje spostrzeżenia są o tyle podobne, że nie znając tak jak Ty historii swobodnie mogę się do niej nie odnosić, a opierać się wyłącznie na swoich spostrzeżeniach, staraniu się wyciągania z nich logicznych wniosków i intuicji, jak by nie było kobiecej, mimo wszystko.

    Skomentuję oczywiście tylko jeden z poruszonych przez Ciebie wątków, co zapewne będzie przyjęte z westchnieniem ulgi.
    Z naszych pobieżnych z konieczności rozmów przyswajam co nieco i staram się wdrażać, zaszczepiać myśli, kierunki itp., które uważam za możliwe w danym momencie, bo momenty są jak ziarna, tak mi się wydaje. Co któryś może czymś wykiełkować. Mam nawet świadka jednego z takich momentów, którego dobrze znasz 🙂

    Przede wszystkim zatem staram się zaszczepiać przy różnych naszych babskich spotkaniach, zwłaszcza w obecności polityczek, że sytuacja w Polsce bardzo się zmieniła. I nie chodzi o dobrą fatalną zmianę, tylko o to, że sprawy muszą w związku z tym wrócić na swoje miejsce. Czyli, że to politycy są dla nas, a nie odwrotnie. Że to my im płacimy, a nie odwrotnie, co usiłują nam wmówić. Że teraz oczekujemy jasnych deklaracji, czy i które z naszych postulatów będą jednoznacznie popierać i jak będą dążyć do ich wypełnienia i to my ocenimy ich wiarygodność i zdecydujemy co z nimi (politykami) będzie. To my ocenimy jak możemy im w tym pomóc lub jakich metod wymagamy i jakie wesprzemy.
    Mają szansę, jest petycja, może nie najlepsza, ale pod każdym punktem kryją się setki zadań do wykonania. Jest zatem zaczątek.
    A inne pomysły też kiełkują w moim zanadrzu.

    Wspomniałeś szlachetnych drani… Ja mam właśnie to o czym napisałeś. Mimo, że prawami kobiet zainteresowałam się dopiero w kwietniu tego roku i nigdy nie postrzegałam polityków przez ich pryzmat, to jednakowoż, mimo ogólnego szacunku jednak tę rysę wyraźnie widziałam. I właśnie nie z powodu jasno sprecyzowanego dążenia do równości kobiet i mężczyzn w prawach i obowiązkach, bo nawet niespecjalnie mnie wtedy interesowało kto jak głosuje ani nie słuchałam co gadają. Ja zawsze czułam się równa. Mnóstwo pracowałam, a gdy wieczorem wracałam do domu mój mąż oglądał zawody sportowe…, a ja nie miałam ochoty na politykę. Zatem jedynie powodowana właśnie tą nieokreśloną intuicją wiedziałam, że dzieje się dziwnie, chyba źle. Ale i tak wtedy, w 1992 roku, w przeciwieństwie do 1,7 mln osób, które podpisały się pod wnioskiem o referendum, nie specjalnie mnie to obeszło i właściwie przeszło mimo.
    Czy się tego wstydzę? Nie. Dlaczego? Bo tak, jestem “produktem” czasów i otoczenia w jakim się wychowałam, tak, ja sama oprócz osobistych nerwów na widziane niegodziwości systemowe i polityczne nie reagowałam bardziej niż wspólne poutyskiwanie ze znajomymi czy rodziną. Ciepła woda i takie tam “zadbaj o siebie sam”…
    Od jakichś 10 lat jest już inaczej. Dorosłam czy co… Mam zawodową historię ciągłego mierzenia się z rządami PO-PSL. Zatem akurat we mnie standardowe zarzuty “co robiłaś przez ostanie 8 lat” budzą śmiech, bo ja robiłam, w niszy branżowej – ale robiłam co mogłam. Jednak prawa kobiet ruszyły mnie po raz pierwszy dopiero w zeszłym roku. Raz – gdy po raz kolejny sąd wydał haniebny wyrok w zawieszeniu dla sprawców zbiorowego gwałtu, drugi – gdy Trybunał Konstytucyjny klepnął “klauzulę sumienia”, którą od razu skojarzyłam z moim oburzeniem na przyjęcie medalu watykańskiego przez prof. Rzeplińskiego. Tak, bronię Trybunału, bo to jest istota i fundament państwa prawnego. Ale teraz już będę szukała wszelkich metod prawnych i obywatelskiego sprzeciwu, żeby tę “klauzulę”, mimo wyroku TK zmieść z praktyki państwowego systemu opieki zdrowotnej. Będę szukać wszelkich metod żeby eliminować strukturalną przemoc wymierzoną przeciwko kobietom przez ten rząd, jego media i organizacje satelitarne w nasileniu niespotykanym dotychczas. Choć zawsze podkreślam, że kobiety zostały sprzedane już w 1989 roku, a wszelkie podrygi polityczne, że ktoś ma nasze prawa jednak na względzie były tylko ruchami pozorowanymi.

    Jako pointę do opisu samej siebie, do opisanych przez Ciebie naszych mitów, uwikłań, społecznych i ludzkich zachowań, dodam tu link (mam nadzieję, że to zadziała) do Jacka Kaczmarskiego rozważań o niepodległości, z 1993 roku bodajże.
    https://www.youtube.com/watch?v=zce8epkSy94

    Odpowiedz
  • 18 listopada, 2016 o 16:21
    Permalink

    W zjawisku dystansowania się od partii politycznych zauważmy jedną ciekawą rzecz – zjawisko to nie dotyczy jednej partii – partii rządzącej. Wśród sympatyków PiS – rzecz oczywista. Ale wśród przeciwników? Wyobraźmy sobie, że na marszu czy pikiecie w obronie TK wystąpi poseł Ujazdowski. Oczywiście, że organizator się tym pochwali i podkreśli przynależność partyjną mówcy!

    Pytanie brzmi – czy sami wytworzyliśmy tę psychozę (i pozwoliliśmy na ten wyjątek), czy też daliśmy sobie ją wmówić zręcznej propagandzie dobrozmianowców?

    Odpowiedz
    • 18 listopada, 2016 o 20:10
      Permalink

      Ta psychoza ma w Polsce co najmniej stuletnią tradycję. W 8 pierszych latach niepodległej II RP mieliśmy 16 rządów do Zamachu Majowego, który przecież — delikatnie mówiąc — nie był niczym nieuzasadniony. Dzisiejsza niechęć do partii — a ona jest globalna, a nie tylko polska — jest podobnie niepozbawiona związku z rzeczywistością. Ruch wkurzonnych, Occupy Wall Street, Brexit, Trump itd.

      Nie mieliśmy w Polsce czasu zbudować ani tradycji parlamentaryzmu, ani silnego poczucia wartości obywatelskich praw. Mamy za sobą przeszłość w ruchu emancypacyjnym — ja np. mam i mnie to ukształtowało — ale zarówno dzisiaj wmawia się nam, jak i wtedy spora część z nas mniej lub bardziej świadomie ten mit budowała, że to był ruch niepodległościowy. I wszystkie te sienkiewiczowskie memy zapuściły w nas korzenie tak głębokie, że nie umiemy się ich pozbyć.

      Zjawiska tego rodzaju mają tendencję długiego trwania. Dotyczą w Polsce również młodego pokolenia, które już Sienkiewicza nie czyta, bo nie czyta wcale. Te rzeczy przechowuje choćby język, bo chociaż nie czytamy, jednak przecież mówimy. Ta tradycja jest specyficznie polska, ale trafia na wyjątkowo dobry czas uniwersalnie.

      Mamy kulturę Facebooka i nowych mediów, które skutecznie zachwiały kilkoma przekonaniami towarzyszącymi stale ludziom wychowanym w mainstremie poprzedniej epoki. Mamy działania dobrze się tym posługującego Putina (polecam analizy Pomerantseva w tek kwestii — są moim zdaniem przerażająco trafne), i oczywiście PiS posługuje się tym samym arsenałem, podobnie jak Putin stosując taktykę spalonej ziemi (intelektualnie i kulturowo), byle tylko splugawić i zniszczyć wszystko wkoło.

      Odpowiedz
  • 18 listopada, 2016 o 19:24
    Permalink

    dawno nie czytałem tak długiego tekstu z którym bym się tak zgadzał. Nie pojmuję ,jak ktoś takim analitycznym rozumem, mógł doprowadzić do tego, co mamy, głosując na coś takiego jak RAZEM znając , jak działa system d’Honta i kogo promuje???? Trochę wyjaśnia to akceptacja czy pochwała populizmu którego jestem wrogiem z zwłaszcza jego intelektualnych pochwalców. Obojetnie czy populizm jest prawicowy, lewicowy, czy liberalny kazdy w spiralnym wyścigu prowadzi do nieszczęścia bo zabija chłodne myślenie o konsekwencjach.Ośmiela kłamców którzy mogą powoływać się na intelektualistów(” patrzcie nawet oni mówią dzisiaj to co my już dawno mówiliśmy”) oczywiście wybiórczo a “intelektualiści ” radośnie im przyklaskują bo stają się popularni i cytowani i każdy myśli że, jak już uda sie dostać do mainstreemu czy władzy to się tych drugich usunie…..W tym procesie defamuje się ludzi myślących, jako wrogów ludu i popleczników złodziei, zgniłych elit,etc.. których należy się pozbyć jak najszybciej i najskuteczniej. Promowana jest ułuda o prostych rozwiązaniach i sztuczkach…….Odniosę się do jednego tematu który jest powszechnie niezrozumiany i zakłamany i przez to mocno mnie uwiera. Zielona wyspa polegałana tym że byliśmy jedynym krajem w UE (w 2009) z dodatnim PKB i to na poziomie prawie +2% (zamiast prognozowanego spadku -5%!) . Niemcy w tym roku miały spadek PKB ponad 5% a kraje bałtyckie po kilkanascie %.To nie były żadne teoretycze procenty. Poniewaz polityczną decyzją w gospodarkę wpompowano prawie 100mld pożyczonych złotych które umożliwiły m/i wykorzystanie unijnych pieniędzy w tkzw beton dając ludziom pracę a krajowej gospodarce renomę jedyna w swoim rodzaju, redukując prognozowane załamanie złotego , i całej gospodarki. Przysłowiowy beton, ma to do siebie ze sam się nie wyprodukuje , nie przywiezie, nie wyleje…. a zanim się go wyleje; potrzeba przygotować podbudowę a przedtem to jeszcze zaprojektować i zaplanowac .Te wszystkie procesy wymagają mnóstwo ludzkiej pracy. Jak to wszystko się uda mamy bezpieczną drogę za którą państwo może pobierać dodatkowe opłaty….Tak wiec była to ze wszech miar najlepsza inwestycja i tu, proponuje to zestawić z “inwestycją” w 500+. Ponadto, na pkb ma wprawdzie wpływ konsumcja, np takie 500+,problem w tym ze 500+ wydane, będzie częściowo wytransferowane poprzez import a składniki betonu mamy własne! Więc per saldo lepiej więc inwestować w przysłowiowy beton.

    Odpowiedz
    • 18 listopada, 2016 o 20:42
      Permalink

      Nie jestem pewien, czy lepiej w beton. Zresztą jest rzeczą osobną, że inwestycje w beton — zaplanowane zresztą niezależnie od kryzyu i walki z nim — przeprowadzono nie pytając mnie o zdanie, czy przypadkiem bym nie wolał zainwestować w szkolnictwo, czy cokolwiek. Tak, wiem oczywiście, że te fundusze europejskie dotyczyły właśnie infrastruktury, że fundusze na szkolnictwo są gdzie indziej, że np. wspieranie “innowacyjnej gospodarki” jest w dużej mierze oksymoronem, a w dodatku jest trudne, jeśli się chce ochronić wolny rynek przed nieuzasadnioną pomocą publiczną dla wybranych.

      Ależ oczywiście, że wlewanie szmalu w beton nie jest bezproduktywne. Masz rację, zwracając uwagę na niewzięty przeze mnie rachunek dotyczący zagranicznych transferów, chociaż nie jestem pewien, jakie by dał wyniki, bo chyba jednak większość maszyn, które widziałem na budowanych drogach, produkowano za granicą, podobnie jak paliwo do nich itd.

      Oczekuję właśnie chłodnej analizy — właśnie wolnej od uprzedzeń. Keynes działał w latach New Deal i działał dzisiaj. Dzisiejszy problem z tego rodzaju politykami jest taki, że one zadłużają budżet — w końcu skądś trzeba wziąć tę kasę, która ma być wpompowana dla ożywienia koniunktury. Dług budżetu — mają go wszyscy — ma się dobrze, jeśli wzrostowa tendencja w gospodarce sprawia wrażenie dobrze ulokowanej pożyczki i z tym był problem, kiedy rozwiązania z tego arsenału proponowano jako remedium na kryzys. W Polsce szczęśliwie nie mieliśmy tego problemu, bo kasa szła z nieba, czyli od Niemców, Anglików i Francuzów. Mitem jest jednak przekonanie, że pompowanie kasy rodzi kryzys — bo potrafi go zwalczać.

      Mitem, a nie wynikiem chłodnej analizy jest przekonanie, że “rozdawnictwo” rodzi patologię. Mitem są przekonania o prostym automacie — śruba podatkowa zakręca kurek rynkowej aktywności.

      Mitem zaś najsilniej chyba zakwestionowanym jest teoria o skapywaniu bogactwa kapitalistów. Owszem skapywało — ale właśnie ludzie powiedzieli dość, a PiS zażądał w tej sprawie odwetu i mamy do czynienia z czymś w rodzaju klasowej rewolty połączonej z jeszcze chyba silniejszym ruchem kulturowego resentymentu, dla którego dobrą analogią jest chyba Wandea.

      Populizm Razem natomiast. Nie jestem fanem tej partii. Głosowałem na nią dlatego, że w trakcie kilku miesięcy zupełnie szalonej aktywności perswazyjnej odwiodłem od głosowania na PiS dużą grupę ludzi i większość z nich zagłosowała na PO — czego ja sam już nie byłem i raczej nie będę w stanie zrobić. Głosowałem wiedząc również, że nie wejdą i że zagłosuję w rezultacie raczej na PiS — a wspomniany “werbunek” traktowałem jako alibi. Głosowałem w nadziei, że dostaną kasę z budżetu.

      Progresywny i wysoki podatek, który oni proponowali i nadal proponują. Czy to jest pomysł dobry, czy zły — na pewno nie wydaje mi się tak jawne księżycowy, jak o tym zgodnie orzekają publicyści, nie podejmując argumentów, a tylko wzruszając na nie ramionami, ewentualnie bezrefleksyjnie przytaczając którąś z wspomnianych prawd. Wiem, że to jest rzeczywiste pytanie — czy bogaci zaakceptują obciążenia na rzecz biednych, bo inaczej to się odbyć nie może. I oni jedni je stawiają. A fakt, że to uchodzi za utopię nie unieważnia wagi tego podstawowego pytania.

      Patrzę na nie zresztą nie z lewackiej perspektywy — choć taką mam — a z konstytucyjnej. Mamy istotnie do czynienia z rewoltą. I albo ją zmiażdżymy, albo damy zrewoltowanym prawa, uznając ich obywatelstwo. Niekoniecznie komplet tych, których oni się domagają.

      Odpowiedz
    • 18 listopada, 2016 o 20:49
      Permalink

      Razem jest partią, w której działają ludzie wystawiający pod pręgież spółki, instytucje państwa i polityki, w których zatrudniano ludzi na umowy cywilne po np. 5 zł za godzinę. Tym ludziom skapywało więc właśnie tyle z bogactwa kapitalistów i nikt ich w Polsce nie bronił. A to jest niewolnictwo, a nie praca w dzisiejszym świecie i z poziomem naszego gospodarczego rozwoju to nie ma żadnego związku. Te zjawiska nie znikną w wyniku rynkowej konkurencji — doświadczenie pokazuje, że raczej się nasilają. W tych sferach — jest ich trochę — regulacja i redystrubucja dochodu wydaje się niezbędna. Chyba, że uznamy, że problem pracujących za 5 zł nie jest wart uwagi i świadomie postanowimy go zignorować, bo dojdziemy do wniosku, że każda próba ingerencji rozwali nam państwo, harmonijny wzrost, czy coś z tej kategorii wartości. Tak czy owak to jest lub raczej powinien być świadomie podjęty wybór między wartościami. A nie jest. Tę rzeczywistość zagadaliśmy.

      Odpowiedz
  • 18 listopada, 2016 o 22:16
    Permalink

    Dlaczego rząd musi majstrować przy gospodarce?
    Żeby “stymulować wzrost”?
    A może “walczyć z bezrobociem”?
    Są też “nierówności społeczne”…
    Efekty tych działań dobrze znamy – wyższe podatki, nietrafione inwestycje, dotowanie nierentowych przedsiębiorstw, etc. etc.
    Ile jeszcze będziemy musieli przeżyć takich eksperymentów, żeby wreszcie ktoś to zatrzymał?
    Najlepiej walczyć z takimi problemami, których nie można do końca rozwiązać, to doskonale nabija słupki poparcia – “bo rząd coś robi!”. Nie będę płynął z prądem i powiem krótko: życzę sobie, żeby rząd robił tylko to, co do niego należy, ponieważ to ja sam wiem najlepiej, czego mi trzeba.

    Odpowiedz
  • 21 listopada, 2016 o 04:12
    Permalink

    Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął od krytyki. Tekst faktycznie koszmarnie długi. Przeczytałem, uff. Nie to jest oczywiście jego podstawową wadą.

    Przepraszam, że to napiszę, recenzentem wszak nie jestem. Ten tekst to zwyczajny groch z kapustą. W tym sklepie jest wszystko – mydło i powidło. Nie wiadomo za co chwycić. Więc chwycę, jak popadnie.

    W sprawie zasadniczej – czy nowa partia jest potrzebna. Przypomina mi się powiedzenie z brodą. Dzieci się pobrudziły. Myjemy, czy robimy nowe? Jedni zrobią nowe – i będą mieli kolejne dzieci do mycia. Inni umyją raz, drugi, trzeci i będą czekać, aż dzieci zaczną się same myć. Jedne zaczną i będą czyste od czasu do czasu, inne nigdy nie zaczną i będą zawsze brudne. Dobrzy rodzice – nauczą swoje dzieci, że warto się myć i nauczą te dzieci samodzielnego mycia. I dzieci będą czyste. Nie trzeba ich już będzie myć, ani robić nowych.

    I chyba o tym ten tekst powinien być. I pewnie by wystarczyło.

    Ale jest w nim znacznie więcej, choć lepiej by było, gdyby to znacznie więcej znalazło się po prostu w innych tekstach.
    Tyle narzekania, na razie.

    Piszesz Pawle: “To, czego dzisiaj w Polsce trzeba i czego od lat nam bardzo w Polsce brakuje, o ile kiedykolwiek to mieliśmy – to obywatelskie poczucie własności nad polityką i poczucie sprawstwa.”. Tak, to teza niezwykle trafna. Nie mieliśmy do tej pory pojęcia, że te dzieci są nasze i że od nas tylko zależy, czy nauczymy je czystości. A one są nasze. I powinniśmy je tk traktować.

    Dalej: “Realna zmiana PiS jest natomiast tym, co da się na tej partii wymusić dzisiaj, kiedy ona rządzi – a nie wtedy, kiedy ją znów zagonimy do narożnika.” – obawiam się, że takich zmian, jakie chcemy nie da się już na PiS wymusić. To dziecko chyba już się samo nie umyje. Jest trochę niepełnosprawne. Musimy je umyć. Nie wiem na razie jak i czym. Ale na pewno powinniśmy dołożyć wszelkich starań, żeby już dłużej nas nie brudziło.

    I dalej: “Jestem przekonany, że tylko te wolności i te instytucje demokracji są trwałe i działają dobrze, które kiedyś trzeba było wyrwać z gardła państwu.” W pełni zgadzam się z tym zdaniem do frazy “z gardła”. Bo co znaczy z gardła “państwa”? Tak naprawdę rozumiem, że z rąk tych, którzy władzę faktyczną w państwie sprawują. Bo państwo to abstrakcja, nie ma gardła. Ludzie mają władzę w rękach, bo im ją dajemy. Im mniej damy, tym mniej trzeba będzie wyrywać. Ale to właśnie w sklepie “czy nowa partia?” towar, który nie powinien się tu znajdować. A teraz władzę ma Kaczyński Jarosław, syn Rajmunda, PESEL mi nieznany. I to jemu właśnie trzeba nasze wolności i instytucje demokracji z rąk wyrwać. Między innymi graniem na rozłam wśród jego bezpośrednich współpracowników. O tym piszesz i to mi się bardzo podoba.

    I tak mógłbym długo i może nawet miałoby to jakiś sens, gdyby ten tekst był podzielony jakoś na różne teksty.

    Odniosę się jeszcze do 500+. Jak słusznie zauważasz gdzieś, niestety lekko między wierszami tylko, to jest program, który ma zwiększać dzietność (nienawidzę tego sformułowanie nota bene). I tej roli w oczywisty sposób spełniać nie może. Właśnie dlatego, że jak słusznie piszesz, nie da się tego sprawdzić. Więc jest nieweryfikowalny, więc błędny z założenia. I w zasadzie tyle wystarczy, aby go zgruchotać śmiertelnie. Dla budżetu zabójczy, bo stały. O tym wie każdy, kto w jakikolwiek sposób próbuje skutecznie lub nie, budować budżety domowe. Wszystkie załamują się przez koszty stałe. To oczywista oczywistość.

    I chyba ostatnia już uwaga to tez Twoich. “Realna debata socjalna to w każdym razie nie socjalne korekty w liberalnych programach, obliczone na neutralizację populistycznych roszczeń – to raczej pytanie o zgodę na obciążenia bogatszych nakładane po to, by wspomóc uboższych”. Jako (chyba) liberał po przejściach widzę to nieco inaczej. Programy socjalne są potrzebne po to, żebyśmy mogli żyć bezpiecznie. To kosztuje i trzeba za bezpieczeństwo społeczne płacić. Taniej w postaci programów pomocowych niż za prywatną ochronę.

    Model matematyczny, jak to model. Raz działa, raz nie. Proste przykładanie modelu matematycznego w sposób, który zaprezentowałeś, jest czystą demagogia, i mam nadzieję, że wiesz o tym.

    Przepraszam za te luźne uwagi. Z większością tez, które zaprezentowałeś, zgadzam się. Są i takie, z którymi zgodzić się nie mogę. Ale wybacz raz jeszcze – za duży tu misz-masz.

    Odpowiedz
    • 22 listopada, 2016 o 01:16
      Permalink

      Panie Wojciechu,

      Pana Pawła znam głównie z tekstów o matematyce i trochę się natrudziłam zanim go odnalazłam w nieznanym mi wcześniej wcieleniu “rewolucjonisty”. Wspominam o tym, by przestrzec Pana przed opiniami o matematyce, która “raz działa, raz nie”. To jest oczywiście prawda, że suma kątów trójkąta potrafi wynieść 270 stopni, ale wtedy zawsze — zwracam uwagę na wielki kwantyfikator — da się powiedzieć, kiedy i dlaczego tak się dzieje. Nie raz i nie dwa widziałam p. Pawła w obronie racjonalizmu w sytuacjach tego rodzaju — powodowana tymi doświadczeniami pozwalam sobie Pana przestrzec przed atakiem, który raczej — wiem z doświadczenia — nie może się skończyć dobrze.

      Pisząc, że “programy społeczne są potrzebne po to, żebyśmy mogli żyć bezpiecznie” ujawnia Pan aksjologiczną różnicę z p. Pawłem i — co tu kryć — jeśli o wartości chodzi, nie tylko o logikę wywodu, staję zdecydowanie po jego stronie. Jakkolwiek obca wydaje mi się ujawniona przez Pana perspektywa, w której koszty programów socjalnych ponosi się zamiast wydawać pieniądze na wynagrodzenie ochroniarzy z bronią — zechce Pan zauważyć, że właśnie o tym jest ta część tekstu. Innymi słowy — tego Pan najwyraźniej nie zauważył — w tekście, do którego się Pan odnosi, jest napisane bardzo wyraźnie, że nawet jeśli nie sympatyzować z celami projektów społecznych, ich sens polega choćby na tym na tym, że zabezpieczają przed gwałtownymi reakcjami pozostawionych samym sobie grup społecznych.

      Śmiertelne gruchotanie nie następuje od “oczywistych oczywistości” — prawdopodobnie nie zauważył Pan, że kilka z nich zostało może nie tyle zgruchotanych śmiertelnie , co po prostu zakwestionowanych dość chyba jednak poważnie. Koszty stałe, które Pańskim zdaniem muszą koniecznie załamać każdy budżet domowy, charakteryzują wszystkie znane budżety, łącznie z tymi, które funkcjonują nieźle, i to samo dotyczy również budżetów państw, bo wszystkie one jednak jakieś kwoty wydają.

      Itd. Jaki groch z kapustą? Wygląda, jakbyśmy czytali różne teksty. Tu już komentuje ktoś zauważający przenikliwie, że podstawową normą praworządności jest, że “każdy płaci za siebie”. Cóż, przyznajmy, że to jest pogląd dobrze uzasadniony i nawet podpisany wielkimi nazwiskami — nie tylko herbu Korwin, bo przecież Hobbes jest znany w nieco szerszych kręgach głównie z powodu analogii do agencji ochrony właśnie.

      Odpowiedz
  • 21 listopada, 2016 o 12:02
    Permalink

    “Programy socjalne są potrzebne po to, żebyśmy mogli żyć bezpiecznie. To kosztuje i trzeba za bezpieczeństwo społeczne płacić. Taniej w postaci programów pomocowych niż za prywatną ochronę. ”

    To niech płaci ten, kto chce. Mnie nikt nie pytał, czy wyrażam zgodę na wzięcie udziału w tej socjalistycznej hucpie, a przecież nie chcę. Proszę się odzajączkować od mojego portfela, ponieważ i tak wiele w nim nie ma, a rząd, niezależnie z jakiej “opcji”, i tak będzie chciał wyrwać mi więcej i więcej…
    Może zacznijmy od wprowadzenia podstawowych norm praworządności – każdy płaci za siebie, a jeśli chce, to może też dołożyć innym. Skończmy z uciskiem fiskalnym i okradaniem ludzi.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *