Panie Jaki, jak się nazywał ten Murzyn?

Ruszyli w drogę jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem kampanii wyborczej. Krok w krok za Zbigniewem Ziobrą i Stanisławem Piotrowiczem. Niczym myśliwi na ambonie maskowali się na widowni i czekali na odpowiedni moment, by zadać pytanie. Tak rodziła się Lotna Brygada Demokracji
 
Adam Wiśniewski, Piotr Łopaciuk, wytrwali tropiciele trującej propagandy. Gdy im zabierali mikrofon, podnosili wypisane na kartonach hasła. Byli gotowi, gdy Patryk Jaki zaczął kampanię. Któryś z nich zagadnął Arka Szczurka z Obywateli RP: – Chodź z nami, bo cię jeszcze nie znają. Arek pamięta ten pierwszy raz, gdy poszedł wesprzeć kolegów.

Patryk Jaki podnosi ciśnienie

Arek Szczurek: – Pojechaliśmy do Włoch. Sala w ośrodku kultury. Spotkanie, jak wiele innych. Patryk Jaki wchodzi i opowiada dyrdymały. Tak z godzinę. W tym samym miejscu żart, ten sam gest, ta sama mina. Mówił, jak to będzie Warszawę rozwijał, co zbuduje, zmieni. Pomysły były takie, jak ten z budową mieszkań socjalnych i sprzedażą komunalnych za 10 proc wartości! Za każde sprzedane mają powstać dwa socjalne. Ekonomiczny cud. Dużo też było o aferze reprywatyzacyjnej, o ukradzionych 35 mld zł. Tu padało obrazowe, „to dwa roczne budżety Warszawy”. Sala nabierała powietrza, przyduszona sumą.

A wtedy Patryk Jaki podnosił ciśnienie historią o Murzynie w szortach, który odwiedził Hannę Gronkiewicz-Waltz. Taki, co mieszka na tropikalnych wyspach. Jaki mówił, że „miał on papiery na kamienice, na teren pod Placem Defilad. I ona mu oddała, co chciał”.

Arek zaatakował po raz pierwszy: – Kiedy to było, jak się nazywał ten Murzyn? – zapytał. Zaskoczył Jakiego, widać było, że minister się spiął. – Pytania będą na końcu – rzucił, by odbić piłeczkę. – Nie poddałem się – opowiada Arek. – Za 15 minut pytałem znów. On odpuścił prywatyzację i zaczął gadać o czymś innym, a ja: – No, jak się nazywał Murzyn? Widziałem, że fraza o Murzynie zaczęła go denerwować, ludzie obok uciszali mnie. – Panie, daj pan spokój z Murzynem, zapytasz pan na końcu. A ja im, że na końcu to Patryk wyjdzie bez odpowiedzi.
 

Trzaskowski ma wiedzę europejskiego biurokraty, czyli takiego śpiącego misia. W sam raz na Brukselę, a nie na Warszawę, czyli miasto z charakterem – Patryk Jaki w rozmowie z Rafałem Wosiem, Tygodnik Powszechny

 
Gdy my się kłóciliśmy, on kolejną bajkę opowiadał. – Że wie, co zrobić w Warszawie, że to proste. Pogonić złodziei, rozbudować linie metra i kolei, i że dziś nie robi się nic. I wtedy odpuściłem, ale tylko „Murzyna”. Wstałem i mówię: – Co pan opowiada, obok mnie jest remontowana linia obwodowa na Woli i zaraz kończą prace. To on znowu do mnie, że teraz nie czas na pytania, że odpowie, jak skończy. Ale skończyć nie zamierzał, przeszedł do tematów historycznych. Że trzeba upamiętniać żołnierzy wyklętych, i że dumą jest muzeum na Rakowieckiej.

Obok mnie siedział starszy pan. Jak to usłyszał, to się poderwał i pyta, czy będzie sala Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł”? Jaki zaczął go uciszać. – Nie uciszę się, bo mam ograniczoną tolerancję na kłamstwo. Nie nabieram się na te opowieści o likwidowanym złodziejstwie – odpowiedział mężczyzna.

Zrobiło się nerwowo. Moje pytania o Murzyna okazały się być delikatne. Szybko skończono spotkanie i kandydata otoczył wianuszek zwolenników. Adam Wiśniewski wszystko nagrywał. Więc się przebiłem przez kordon i jeszcze raz pytam: – Jak się nazywał Murzyn? Jaki na to, że to nie Murzyn tylko mecenas N., który nic nie powie, bo siedzi. – To jak to jest – pytam? – Cały czas miał być Murzyn, a teraz jest mecenas N?! Nawet nie poczekał do końca pytania, tylko d… w troki i uciekł.

Spodobało mi się to. Proste pytania i facet się denerwuje. Jest efekt. Pojechałem więc na drugie spotkanie, do Ursusa.
 

 
Przyszedłem godzinę wcześniej i siadłem w trzecim rzędzie, tak, by się nie rzucać w oczy. Jednak odkryli mnie. Gdy Patryk Jaki przyszedł, to poprosili, by wszyscy odwrócili krzesła i zostałem w trzecim rzędzie, ale od końca. Zaczęliśmy więc zadawać pytania krzycząc. Doszło do przepychanek, ludzie kopali mnie, popychali. I wtedy Patryk Jaki pierwszy raz stanął w mojej obronie. Mówił jakoś tak do swoich: – Się nie denerwujmy, ja to znam. Panowie przychodzą tu zakłócać, ale my sobie dajemy radę, normalnie.

Ludzie cofnęli się, ale krzyczeli: wynocha, wypierd… sługusy Trzaskowskiego. Dopiero po chwili ucichli i wznowiono spotkanie. To ja wtedy wszedłem na krzesło i z tego krzesła, co jakiś czas pytałem: – A jak się nazywał Murzyn? Po trzecim razie Jaki wyciągnął Wyborczą, gdzie był opisany kurator z wysp San Miguel, ten co skupował roszczenia. Udało mu się za jakieś skromne 200 tys. złoty. I były to działki na ul. Królewskiej 39. Czyli historia, jak w radiu Erewań. Legalnie kupione roszczenia i nie o działkę przy Pałacu Kultury, tylko o Królewską i nie od prezydent Gronkiewicz-Waltz. – Raz pan mówi, że Murzyn w szortach, raz, że mecenas w więzieniu lub kurator z wyspy. Raz Pałac, raz Królewska. Wściekł się. A ja przygotowałem drugie pytanie, o te 35 mld złotych, co to je Platforma w Warszawie ukradła. Pytam o raport, bo zastępca mówi, że macie miliard udokumentowany w raporcie, a nie 35! Znów skrócili spotkanie.
 

Stolica polski nie jest gejowska i nigdy nie będzie – Patryk Jaki komentując zapalenie tęczy na pl. Zbawiciela

 
Następne było przy ul. Grójeckiej. Byłem pewien, że mnie nie wpuszczą. Przyszedłem więc ponad godzinę wcześniej i jak szykowali salę, to siadłem. Dostali szału. Grozili, że wezwą policję, jak nie wyjdę. Gdy próbowali siłą mnie wywlec, przyjechał radiowóz. Policjant był miły, ale powiedział, że salę wynajęła prywatna osoba i muszę wyjść. Mogę wrócić o 18 na otwarte spotkanie. O 18 wiedziałem, że nie wejdę. Zrobili żywą barierę z ośmiu byków i wpuszczali tylko znajomych. No, to sobie z Adamem zrobiliśmy plan filmowy. Ja próbowałem wejść, oni wypychali i to szło w Internet. Oglądalność rosła, bo sobie ludzie polecali. Ale nie weszliśmy. Poczekaliśmy jednak do końca, by im pokazać, że jesteśmy zdeterminowani.

Potem było spotkanie w Białołęce i tam też mnie chcieli wywalić. Powiedziałem jednak, że to miejsce publiczne i nie wyjdę. Znów przyjechała policja, ale mnie tylko zapytali, czy będę zakłócał spotkanie. Odpowiedziałem, że będę zadawał pytania. Odpuścili.

Kiedy usiadłem, obok stanęło dwóch i mnie cały czas nagrywali. Było tam ze 300 osób, głównie z PiS. Siedziałem w pierwszym rzędzie. Jaki gadał jak nakręcony, praktycznie nie robił przerw na oddech, tylko łypał na mnie. Dopiero po 30 minutach, sięgnął po łyk wody. Wtedy się poderwałem i pytam: – Jak się nazywał Murzyn w szortach? A on podnosząc mocno pomiętą i poplamioną gazetę z artykułem powiedział: – Tam jest wszystko napisane. – Dobre hasło dla gazety – pomyślałem – i Wyborcza powinna zapłacić mi za promocję.
 

 
Jaki zaapelował do zebranych, by nie reagowali, że on więcej nie będzie odpowiadał na moje pytanie, bo on zna metody tych od Trzaskowskiego. Że czas na rozmowę będzie na koniec spotkanie. – Pan kłamie – stwierdziłem i zamilkłem. Ale nie usiadłem. Wyciągnąłem rękę do góry, tak by mnie było lepiej widać i stałem z 1,5 godziny. Chciałem, by nikt nie miał wątpliwości, kto pierwszy zgłosił się do pytania.

Spotkanie się przeciągało. Mnie ręka drętwiała, ale wiedziałem, że nie mogę opuścić, bo w ten sposób zmuszam go do gadania, a jemu już się opowieści skończyły. Próbował improwizować. Było to żałosne. Jakieś 50-70 osób wyszło. Mówili, że mają dość słuchani głupot. Adam Wiśniewski znów nagrywał i puścił filmik, jak stoję. I znów sukces w Internecie. Ten film stał się głośny, bo to była hollywoodzka scena – ja z ręką do góry.

Jaki kłamca

W Białołęce było jeszcze spotkanie, ale my zaczęliśmy akcję „stoimy pod blokiem”. To była odpowiedź na peregrynacje Patryka Jakiego ze skrzynką jabłek po dzielnicach. Przed pierwszym jabłkowym show znalazłem pod śmietnikiem obok bloku szary karton, na którym napisałem: „Jaki kłamca”. Pomyślałem, że jak będę stał z napisem, to ludzie będą pytali, a ja będę im mógł opowiedzieć o Murzynie, o adwokacie, o innych kłamstwach. Tymczasem pierwszy podszedł Patryk Jaki i pyta:
– Panie Arku, czemu mi pan przeszkadza?
– Pan jest politykiem i musi się z tym liczyć, że będę panu zadawał pytania, szczególnie, gdy mi pan nie odpowiada.
– Ma pan rację, ale przeszkadza pan innym, którzy chcą słuchać.
– Nie, ja im nie przeszkadzam, tylko zmuszam ich do myślenia.
I on machnął ręką, ale jego ludzie patrzyli, jakby chcieli mnie zabić. Czasem szturchali, raz schowali mi rower, innym razem przebili opony. Gówniarskie dowcipy.
 

fot. JohnBob & Sophie Art

Najbardziej agresywnie było na Pradze Północ, tam było wielu z klubów Gazety Polskiej i zaczęli grozić, że tu jest Praga, tu nie ma żartów. Najmocniej mnie poszarpali pod bazyliką na Kawęczyńskiej, nas było tam tylko dwóch z Adamem. Jaki zobaczył kątem oka, że jest gorąco, a obok stały kamery. Krzyknął: – Niech pan stanie koło mnie.
Faktycznie ustawił mnie za sobą, ale ja tabliczki nie schowałem. Poszło w „Szkle kontaktowym”.

On tam nie miał dobrego wyjścia. Bo albo by mnie zlinczowali przy kamerach, albo musiał ochronić mnie i tabliczkę z napisem. Wybrał to drugie i jestem mu za to wdzięczny.

Robimy w mediach

Robota nie kończyła się obecnością na spotkaniach. Zawsze „po” zdawałem relacje na FB, koledzy rozsyłali filmiki, czasem odpowiadałem na pytania dziennikarzy. Ale niewiele z tego się ukazało w tradycyjnych mediach. Tak jak mówiłem, lepiej było w społecznościowych. Czasem to był hit.

Na Kamionku zdarzyło się tak, że chcieli podjechać przystanek autobusem i cała „procesja” Jakiego weszła do autobusu, a ja za nimi na rowerze. Autobus staje, ja dojeżdżam i widzę, że kilku działaczy wychodzi w towarzystwie kontrolerów. Sprawdzili ich i okazało się, że nie mają biletu. Film z jazdy na gapę ekipy Jakiego rozszedł się szeroko w necie.

Wyrobiłem w sobie odwagę do wystąpień publicznych, kiedy rosła moja wściekłość na to, co PiS wyczynia. Trzy lata temu bym powiedział, że nigdy bym nie wystawił się na widok publiczny. Teraz nawet kamera przestała mnie peszyć, a co dopiero grupka ludzi o podobnych poglądach, z którymi skanduję z drabinki, hasła, przez megafon. W walce ze mną brylował rzecznik Patryka Jakiego Jacek Ozdoba. Taki agresywny karierowicz. Przydzielił mi specyficzną ochronę osobistą. Ochroniarze szczuli na mnie ludzi, a potem bronili.

W prawicowej prasie pisali, że jestem opłacany przez Trzaskowskiego, albo że jestem urzędnikiem Ratusza. Na koniec postanowili mnie przyatakować filmem, gdzie puścili nagrania z Ursusa. Rzecznik sztabu najpierw mnie tam mocno prowokował, przepychał się, a potem stwierdził: – Panie Arku znów pan pijany, ile pan wypił? Niech pan chuchnie. Chuchnąłem i z tego zrobili film, bo wyglądało jak bym pluł.

Ojciec zadzwonił, że się źle zachowuję. Musiałem mu tłumaczyć. On bardzo się przejmuje i ciągle mnie przekonuje, że od polityki są inni, i że narobię sobie kłopotu. Hejt mam pod postami okropny, ale na ulicy ludzie głównie mi gratulują, są mili. Mecenas Jarosław Kaczyński próbował złożyć w trybie wyborczym skargę na udostępnienie mojego wizerunku, ale sąd odrzucił. Więc poszło z powództwa cywilnego. Czekam kiedy będzie sprawa. Wpłaciłem wadium.

Pod koniec kampanii, jak mnie widzieli, to im ręce opadały. A kulminacją była debata prezydencka w TVP. Zachęciliśmy ludzi do spotkania pod budynkiem. Dużo przyszło z kartonikami „Jaki kłamie”. On próbował wjechać autobusem na teren telewizji, ale ludzie stanęli przed szlabanem i go nie wpuścili. Musiał iść. To go rozbroiło, bo szedł między naszymi.
 

fot. JohnBob & Sophie Art

Po debacie, która mu ewidentnie nie wyszła, uciekał z podniesionym kołnierzem. Stanąłem mu na drodze. Jak mnie zobaczył rzecznik Ozdoba, to zamiast ominąć pchnął mnie z całej siły. Adam Wiśniewski to nagrał.
Mecenas Kaczyński widział to w necie i zadzwonił pytając czy nie chcę skarżyć Ozdoby, bo to jest ewidentne naruszenie nietykalności cielesnej. Założyliśmy sprawę.

To było tydzień przed wyborami. Jakiemu zaczęło się wszystko sypać. Kiedy wracał z Madrytu, to dowiedział się, że czekamy na niego dużą ekipą na lotnisku. Sztab zmienił miejsce konferencji na Jaki Cafe. Ale się dowiedzieliśmy od dziennikarzy, że jest zmiana i pędem do kawiarni. Bardzo chciałem go poinformować, że rzecznik będzie miał sprawę. Udało mi się zadać pytanie, co sądzi o zachowaniu swojego rzecznika, a on powiedział, że jest dumny z niego. To nagranie też się dobrze rozeszło i była pod nim masa komentarzy.
 

 

Z nimi też się da pogadać

Generalnie w Jaki Cafe było najspokojniej, dało się pogadać. Tam pytali mnie, po co to robię? Mówiłem, że – tak jak oni – z przekonań. I tym ich rozbrajałem. No, że uważam ich za ideowców, a nie przekupnych trolli.

Zaprzyjaźniłem się tam z jedną dziewczyną. Nawet przeszliśmy na „ty”. Dagmara miała na imię. Umówiliśmy się, że w poniedziałek po wyborach pogadamy, ale w poniedziałek Jaki Cafe było już zamknięte. Szkoda, bo po tamtej stronie są ludzie, z którymi można rozmawiać, choć trudno zrozumieć ich poglądy.

Raz pod Kolumną Zygmunta, gdy Jaki miał tam przemawiać, spotkałem jednego smoleńskiego. Znaliśmy się z miesięcznic. Więc mnie pyta, czy znów jestem, by przeszkadzać? Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy podszedł jego kolega i zaczął bluzgać, że jestem agent, zdrajca, pachołek. Pluł mi pod nogi. A ten od miesięcznic stał coraz bardziej zdziwiony. I po pięciu minutach bluzgu nie wytrzymał i mówi: – Przestań, nie wolno tak do ludzi mówić. A poza tym dobrze, że jest opozycja, bo nie wiadomo, co by ten PiS robił, jakby nie musieli się kontrolować. Obu nas zatkało. Tak, jak Jakiego, gdy zapytałem go , co sądzi o budowie mostu Krasińskiego, bo Trzaskowski się miga od odpowiedzi i zachowuje kunktatorsko. Spojrzał na mnie i chyba wtedy zwątpił w opowiastkę, że jestem opłacany przez sztab konkurenta.
 

 
Miałem z nim też ciekawą rozmowę na Saskiej Kępie, po całym dniu spotkań. Chciałem zobaczyć, w jaki samochód wsiądzie. On, Ozdoba i ktoś tam jeszcze ze sztabu, stanęli i gadali, podszedłem więc, a on do mnie. – Panie Arku, jak pan nie przestanie za mną chodzić, to ujawnię pańskie prawdziwe powiązania, czyli kto panu płaci.
– To niech pan powie teraz.
– Kramek panu płaci, sorosowymi pieniędzmi.

I jak on to mówił, to ja miałem wrażenie, że wierzy. Kamer tam nie było, ludzie daleko. I on tego nie mówił agresywnie, ot tak z przekonania. – Cholera, pan chyba wierzy w te głupoty, co pan opowiada. Wiec pan nie jest takim kłamcą, jak myślałem i napisałem. Bo skoro pan wierzy, to nie kłamie – wypaliłem. I to był taki moment przełomowy. Przestał mnie traktować jak nasłanego, a chyba zaczął jak wariata (śmiech).

Polityka to męcząca robota

Pod koniec kampanii byłem już bardzo zmęczony. I wtedy uświadomiłem sobie, jaki on musi być wypruty. Dobrze, że zbliżał się koniec, bo zaczynało mi go być żal. Widziałem, jak się zapada i jednocześnie jak – mimo wszystko – ciężko i intensywnie pracuje.

To zmęczenie z każdym dniem było coraz bardziej widoczne, bo on tracił wiarę, że wygra. Ludzi było mniej i mniej też było w nim ognia. Siadły mu sondaże. Pod koniec to już musiało być bardzo źle, bo widziałem, że skończyły się te śmichy chichy, te żarciki przed i po spotkaniu. A u Ozdoby i burmistrza Bemowa zacząłem widzieć tylko wściekłość, chcieli mnie rozszarpać.

Jaki był zrezygnowany, głowa mu opadała, gdy tylko kamery przestawały kręcić. Znikał też ten wyuczony uśmieszek. Widziałem coraz częściej, jak stał dłuższą chwilę sam, smutny. Często jak manekin z zamkniętymi oczami. Gdy ruszał w miasto musiał wykrzesać energię, konfrontować się z niechętnymi mu, ze mną, ale też z różnymi wariatami, co przychodzili z pomysłami i skargami. – Już dwa tygodnie temu powiedziałem panu, że nie ma drogi i pan nic z tym nie zrobił – słyszałem takich wielu na spotkaniach.

W Jaki Cafe dosiadał się do kolejnych stolików, słuchał, odpowiadał na pytania. Ja tylko czasem podchodziłem i mówiłem, że nie chcę przeszkadzać, ale mam jedno pytanie. – Panie Arku niech pan pyta – mówił zrezygnowany. Ale raz powiedział. – Teraz niech pan nie przeszkadza, bo pani z rodziną chce naprawdę ważną sprawę przedstawić. Zamilkłem i słucham.
 

 
I on do nich: – To proszę dać mi dokumenty, a ja zlecę moim urzędnikom, by dokładnie sprawdzili. Oni, że dokumenty nie są potrzebne, bo mu wszystko po uczciwości opowiedzą, jak było. Gdy to usłyszał, głowa mu się w ramiona zapadła, zgarbił się, w sekundę postarzał.

Ale nawet w takich momentach moja motywacja nie spadała, bo ja sobie szybko uświadomiłem, że nie walczę z Patrykiem Jakim, tylko z tym całym towarzystwem, które za nim stoi i chce opanować Warszawę. Te Ozdoby, ci młodzi w garniturkach, z twarzami bez cienia refleksji. Oni tylko czekali, by się dorwać do kasy, stanowisk. Kiedy czasami słyszałem urywki ich prywatnych, pustych gadek, gdy się rozchodzili, albo czekali na auta, to słabo się robiło. Do nich czułem coraz większe obrzydzenie, taka typowa polityczna szumowina, głodna stołków, posad, pieniędzy. Najgorsze towarzystwo, wiek 25-35 lat, odporni na wszelką argumentację, bez zasad. Boję się, że po naszej stronie też może być wielu takich.

Po co mi to zamieszanie?

Ojciec mnie pyta, po co mi to, dlaczego ty? A ja mu mówię, że inni nie robią, więc ktoś musi. Zawsze trzeba sobie znaleźć takie wytłumaczenie i się go trzymać, bo inaczej przychodzi zwątpienie. Wtedy warto sobie przypomnieć, co powiedziało się innym.

Zacząłem pod Trybunałem w grudniu 2015, jak Andrzej Duda ogłosił, że nie zaprzysięgnie sędziów. Poczułem potrzebę zaprotestowania i zaraz potem spotkałem Pawła Kasprzaka. Dołączyłem do obrażania Dudy, bo na początku to on dla mnie był głównym szkodnikiem.

Stałem pod Pałacem od drugiego razu. Tam zobaczyłem, co to za zło są te miesięcznice. I jak Kaczyński się wściekł i wygadywał te swoje kłamstwa wiedziałem, że to jest to miejsce, gdzie mu trzeba powiedzieć „Stop”. Wtedy wierzyłem, że szybko wróci normalność, potem mi ta wiara gasła, a teraz znów jest jej więcej. Bo to niemożliwe, by w dużym europejskim kraju długo mogli rządzić psychopaci i przestępcy.
 

Dziś mamy (w mediach) większy pluralizm, dzięki telewizji publicznej – Patryk Jaki w rozmowie z Rafałem Wosiem. Tygodnik Powszechny

 
Rządy PiS traktuję jako katar demokracji, zwłaszcza, że nie ma powodu do takiej rewolty, jak robi PiS. Ten kraj się dobrze rozwijał przez wiele rządów i z lewa i z prawa. Kawał świata zjeździłem, pracowałem w Turcji i Anglii, jestem inżynierem i widziałem jak się buduje, jak się żyje. Pamiętam też, jak kiedyś żyło się u nas.

Jak słyszę, że w kraju jest ch… , to mam ochotę przywalić tym, co tak gadają. Taki poziom bezpieczeństwa, taki dobrobyt to ma mniejszość świata. Gdy mogę jeździć nową, fajną skodą, albo toyotą, to czemu mam zazdrościć tym, co jeżdżą mercedesami. Wiem wszak, że większość ludzi na świecie nie ma nawet najgorszego grata.

Pamiętam, jak wpłynąłem do portu w Recife i widzę wielkie biurowce, stałem zafascynowany. Słyszałem, że Recife jest spore, ale że to takie… Wyszedłem na wycieczkę w stronę tych budynków. Ale to nie były biurowce, tylko 30 piętrowe apartamentowce. Kiedy się do nich podeszło, to był tam 5-metrowy mur i trzy metry ogrodzenia z drutem kolczastym z napisem „peligriosa” i trupią czaszką. Za murem, bezpiecznie mieszkali bogaci. U nas też są grodzone osiedla, ale nie widziałem budynków z kilkumetrowym murem i płotem pod prądem. Szanuję to, co osiągnęliśmy i chciałbym to tylko poprawiać, a nie niszczyć, jak ci teraz.

Nie mam przyjaciół pisowców, ale mam kuzynkę i ona pyta: – O co ci chodzi Arek, co ty masz do PiS-u. Oni się nazywają Prawo i Sprawiedliwość, co oznacza, że to jest dla nich najważniejsze. Kuzynka z wykształcenia jest teatrologiem, pracuje w domu kultury, wydawałoby się myśląca, wyedukowana kobieta. Po tym stwierdzeniu skończyłem rozmowę.

Rodzice mniej się zajmują polityką, o mnie się boją i martwią. Ale mam siostrę, mieszka w Niemczech. Wyszła za Polaka z niemieckim paszportem. I ich to, co dzieje się w Polsce bardzo porusza.

Czasami mam wrażenie, że nasi nie są lepsi. Siedziałem w komisji i słuchałem, jak ludzie głosują nieprzygotowani. Ojciec z synem. Tata na Trzaskowskiego, syn też. Potem do sejmiku, tata mówi tylko nie PiS, bo im odbije. Reszty nie znali. Listę czytają, a tu Rosiewicz, czy to ten piosenkarz? Chyba nie, ale dobre nazwisko, zakreślaj.

W piątek przed głosowaniem urządziliśmy Patrykowi Jakiemu finał, to był dla mnie ciężki koniec tygodnia – demonstracje i zaraz komisja. A on sobie wymyślił 36 godzin „Impulsu dla Warszawy”. Stawał w różnych miejscach i mówił. Najpierw złapałem go na placu Grzybowskim, był strasznie zmarnowany. To było około 16 w czwartek. W piątek o 23.30 pożegnaliśmy go pod kolumną i tam stało 30-40 naszych z napisami i maskami z jego twarzą. Już było widać po tych z PiS, że jest niedobrze.

fot. JohnBob & Sophie Art

Jaki wszedł na schody z Piotrem Guziałem, zwolenników zobaczył tyle, co kot napłakał. Przez zdechnięty megafon próbował coś mówić o pięknej walce, ale ledwo nas mógł przekrzyczeć. Oczy miał smutne. Guział się wściekał i krzyczał coś o złodziejach. Ale takie obelgi w jego ustach wywoływały śmiech, nawet po ich stronie.

Jaki się tu w Warszawie nauczył, może ja go troszkę nauczyłem, że agresja szkodzi, więc był spokojny. Nauczył się też, że trzeba mnie bronić, krzyczał do swoich: – Proszę zostawić pana Arkadiusza. A czasem, jak miał lepszy humor, to dodawał: – On nam pomaga. Generalnie, te dwa miesiące to był bardzo pouczający czas. Nabrałem sympatii do wiceministra, choć nigdy bym nie chciał, by czymkolwiek rządził.

Natomiast osobna historia to Mateusz Morawiecki, który jednego dnia wsparł Jakiego na spotkaniu. Dopadłem mikrofon i widziałem ich przerażone miny, gdy zobaczyli, że zadam pytanie. Spytałem Morawieckiego, czy mu nie wstyd tak kłamać w żywe oczy, gdy np. otwiera jak swoją, drogę, którą zbudowała poprzednia ekipa i słowem o tym nie wspomni? Ale Morawiecki to kawał politycznego gracza, zimny drań, bez jakichkolwiek ludzkich odruchów i emocji. Nawet mu powieka nie drgnęła. Poczułem, jak bym się zderzył ze ścianą.

Wtedy też miałem spinkę z Justyną Dobrosz-Oracz, dziennikarką sejmową z Gazety Wyborczej. By zapytać Morawieckiego użyłem fortelu z mikrofonem. Mam taki, nie podłączony do niczego, ale z kostką mikrofonową w stylistyce napisu „KonsTytucJa”. I czasem wtapiam się w grupę dziennikarzy, przecież wielu z nich też służy tylko za statyw do mikrofonu i promuje logo stacji w telewizji. Gdy wiec zadałem pytanie i nie dostałem odpowiedzi, zapytałem: – Nazywają pana Pinokio, co pan na to? A Dobrosz-Oracz, do mnie: – Dobra, dobra, dość już tego, teraz będą normalne pytania.
Tu mnie wkurwiła.

Czy ja nienormalnie pytałem? Gdyby oni go pytali o trudne rzeczy, ale gdzie tam. On zawsze jechał przekazem, a dziennikarze tylko się zastanawiają, jak mikrofon dobrze trzymać, by się nagrało, no i by było widać kostkę z napisem.
 

fot. Wojciech Fusek

Po tych dniach zmagań zrozumiałem też, jak mógł czuć się prezydent Bronisław Komorowski, gdy zostawiony przez Platformę, miał na wyborczym wiecu kilkunastu, albo kilkudziesięciu takich Arków Szczurków i to bardziej agresywnych i bezwzględnych. Musiało mu być ciężko.

Kilka razy pytaliśmy Patryka Jakiego o to, by przedstawił swoją wersję relacji z Arkiem. Zero odpowiedzi. Gdy przeczytałem wywiad Rafała Wosia dla Tygodnika Powszechnego zrozumiałem czemu: – My politycy żyjemy w świecie, w którym istnieje odpowiedzialność. Jak Patryk Jaki komuś się nie podoba, to przychodzą wybory. Dziękuję, do widzenia.

Opowieści Arka wysłuchał, spisał i lekko sfabularyzował nie zakłamując klimatu

Wojciech Fusek

 


 

11 myśli na temat “Panie Jaki, jak się nazywał ten Murzyn?

  • Grudzień 10, 2018 o 17:29
    Permalink

    Bardzo fajnie się czytało. Taka zwykła-niezwykła historia, troszkę rozważań, troszkę zrozumienia dla prostych spraw. Prosto, ale i dobrze przedstawione takie zwykłe emocje i reakcje, o których niby wiemy, ale wspomina się o nich rzadko by nie rzec nigdy.
    Dobra robota i budująca relacja.

    Odpowiedz
    • Grudzień 10, 2018 o 17:43
      Permalink

      Dołączam się do pochwał za dobrą reporterską robotę, tym bardziej chętnie, że częściej Autora krytykuję niż chwalę.

      Odpowiedz
  • Grudzień 10, 2018 o 17:56
    Permalink

    Świetna opowieść. I to spojrzenie pana Szczurka na Jakiego, kiedy ten pada ze zmęczenia. i zrozumienie, że nie walczy się z Patrykiem Jakim, tylko z tym całym towarzystwem, które chce opanować Warszawę. Dobra dziennikarska robota. Przeczytałam z przyjemnością.

    Odpowiedz
  • Grudzień 10, 2018 o 20:28
    Permalink

    O rany, więc to tak wygląda. Jeden facet chodzi i zadaje pytania. A gdzie jest cała reszta tych, co to mówią, że walczą o demokrację. Na każdym spotkaniu powinno być ze dwadzieścia osób, jedni pytają o Murzyna, inni o miliardy a jeszcze inni domagają się konkretów i ujawniają “mijanie się z prawdą”. Czyżby zwolenników demokracji wystraszyli krzepcy chłopcy z obstawy Jakiego? Zaczynam się zastanawiać ilu ludzi w Warszawie naprawdę jest przeciwnych PiS-owi, ilu naprawdę chce powrotu demokracji i popiera z przekonaniem nasze członkostwo w Unii Europejskiej? Kiełkuje we mnie okropne podejrzenie, że uczestnicy manifestacji KOD chcieli tylko, żeby ich pokazali w telewizji, zaś Akcja Demokracja, KOD, Obywatele RP to być może ci sami ludzie i zmieściliby się na jednej kanapie. Wydawałoby się, że tysiące Polaków powinno aktywnie działać na rzecz demokracji, sprzeciwiać się, krzyczeć. Czyżby prawda była taka, że w wyborach w 2015 roku nie wzięło udziału ponad pięćdziesiąt procent wyborców i nadal mają wszystko w nosie. Partyjniacy z koalicji żrą się o stołki dzieląc skórę na niedźwiedziu, a obywatele kalkulują, co im się opłaci. Ktoś kiedyś napisał tu, że aktywnych działaczy na rzecz demokracji jest w kraju….dwadzieścia tysięcy. To chyba niemożliwe, ale jak się przyjrzeć rozmaitym akcjom, tu dwie osoby, tam trzy. Skóra cierpnie, bo cały ten masowy sprzeciw wobec PiS-u, masowa walka o demokrację może się okazać fikcją. Polacy zaś jedzą, piją, lulki palą, na wybory nie chodzą, bo to zbyt wielka fatyga i czekają aż jacyś “oni” wszystko im załatwią. Tak samo pewnie było w PRL-u. Niby wszyscy byli przeciw ale patrzyli jeden na drugiego i czekali, przez całe 45 lat.

    Odpowiedz
  • Grudzień 10, 2018 o 20:40
    Permalink

    Ludzie są obojętni, bo im jest obojętne jaki partyjny knur ich okupuje. Mają wymienić partyjnego knura Kaczyńskiego na innego partyjnego knura Schetynę, który w przeciwieństwie do Tuska nawet nie stara się udawać, że się czymkolwiek od Kaczyńskiego różni? (ostatnie zjadanie przystawki .N tę mentalność najlepiej wykazuje)

    Dlaczego ludzie mają się przejmować tymi wewnętrznymi gierkami partyjnych świń na górze? I ten teatrzyk nie ma z demokracją nic wspólnego.

    Odpowiedz
  • Grudzień 10, 2018 o 23:19
    Permalink

    Super opowieść! Szacun dla Pana Arka. Wstyd mi za siebie, że tę kampanię spędziłem na stołecznej kanapie przy Twitterze i Facebooku

    Odpowiedz
  • Grudzień 10, 2018 o 23:44
    Permalink

    Brawo Arek! … tak trzeba.
    Konsekwentnie, spokojnie z poczuciem humoru i odpowedzialnie.

    Odpowiedz
  • Grudzień 11, 2018 o 11:04
    Permalink

    No, Pięknie. Brak słów, a może ocen słów podzięki. Panie Arku padam przed panem.

    Odpowiedz
  • Grudzień 11, 2018 o 13:42
    Permalink

    Arek, wiele poglądów nas dzieli, niektóre z trudem akceptuję. Wiesz zresztą. Ale za tę peregrynację tropem Jakiego szacun!
    Wojtek, świetnie opisane!

    Odpowiedz
  • Grudzień 17, 2018 o 08:08
    Permalink

    Wyjątkowo ciekawy reportaż, a postać bohatera budzi szacunek właśnie za refleksjie o człowieczeństwie Jakiego.

    Odpowiedz
  • Grudzień 21, 2018 o 08:39
    Permalink

    Naprawdę,bardzo was szanuję za to ,że wam się chce,że nie macie tego w dupie.Szkoda tylko,że naród stoi obok,a zawsze się znajdzie ktoś co wszystko zepsuje,tak jak Kijowski KOD albo Schetyna zjadający koalicjanta.Ważne są tu i teraz a nie jakaś demokracja,co piszę ze smutkiem,Jak napisał pan Hartman ,Naród wstał z kolan i ruszył w kierunku lodówki po kolejne piwo (które funduje mu rząd
    ,swoim flagowym 500+)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *