Jeśli nas będą rozjeżdżać – co wy na to?

Osobisty tym razem apel z okazji nadchodzącej miesięcznicy smoleńskiej. Jest adresowany zwłaszcza do mediów.

Od wielu miesięcy stajemy w centrum konsekwentnie budowanego pisowskiego fanatyzmu i przeciwstawiamy się mu skutecznie. Tę skuteczność mierzymy wyczerpującą się psychiczną odpornością Kaczyńskiego, który – w nader widoczny sposób – nie umie wytrzymać naszego wzroku, kiedy ma wygłaszać zwyczajowe łgarstwa z owej drabinki ustawianej w miejscu smoleńskich miesięcznic. Jak każdy tchórz, nie umie wytrzymać konfrontacji.

Alternatywą jest jednak usunąć nas stamtąd przemocą. A to politycznie kosztuje bardzo wiele – zwłaszcza, kiedy cały jego obóz polityczny twierdzi konsekwentnie, że najlepszym dowodem istnienia w Polsce demokracji jest właśnie możliwość swobodnego organizowania wszelkiego rodzaju protestów. Rachunek jest dla władzy kłopotliwy. Szuka więc Kaczyński sposobów, żeby go nie płacić.

Systematycznie padamy na miejscu smoleńskich obchodów ofiarą zachowań podobnych do tego, co ostatnio oglądaliśmy w Gdańsku i co tak poruszyło opinię publiczną, kiedy zobaczyliśmy zdjęcia ONR-owców bluzgających Wałęsę oraz poniewierających grupę KOD. Wyraziliśmy zresztą uznanie dla odwagi tej grupy, która zjawiła się w Gdańsku, wyraziliśmy też solidarność. Także oburzenie, bo jesteśmy oburzeni tak samo, jak wszyscy, którzy widzieli te sceny.

Parcie na szkło

Ale właśnie – ktoś musi te sceny widzieć. Naszych akcji nie widzi zaś niemal nikt.

Mnie samego np. opluto na miesięcznicach fizycznie. Nie chodzi o obraźliwe słowa, ani o częste spluwanie nam pod nogi, a po prostu o cudzą ślinę na mojej twarzy. Kilku z nas dostało po twarzy, kogoś tam szarpano, wszystkim odmawiano godności, grożono śmiercią. Rano zjawiają się przed Pałacem najzagorzalsi fanatycy, a nas – trzymających od rana miejsce potrzebne zwłaszcza wieczorem – jest wtedy zazwyczaj tak niewielu, że ledwo starcza nam rąk do utrzymania przynoszonych transparentów. Rąk nie starcza zatem również choćby do tego, żeby opluwającym nas „żałobnikom” zrobić przynajmniej zdjęcie. I choć o to prosimy, nie ma na miejscu nikogo, kto by to zrobił za nas.

Sceny niesłychanej nienawiści, agresji i poniewierania nas w trakcie tych protestów zarejestrowała i rozpowszechniła Gazeta Wyborcza w trakcie smoleńskiej rocznicy – rozeszły się szeroko i były komentowane, jednakże nikt nie pofatygował się poinformować, że chodzi o akcję prowadzoną konsekwentnie każdego miesiąca. Ani o tym, że akcja ma jakieś cele, jakieś wartości próbuje realizować. W tę samą rocznicę zarejestrowała nas również kamera pewnego skrajnie prawicowego portalu. „Reporter” tej ekipy był równocześnie tym, który najaktywniej podburzał tłum do linczu – zresztą dość skutecznie: to wyjątkowej sprawności i opanowaniu policjantów zawdzięczamy własne, nadal dość dobre zdrowie. Poza tym naszych protestów nie sprawozdaje nikt.

W dwie ostatnie miesięcznice zdołaliśmy ustawić monstrualnych rozmiarów transparenty wprost przed oczami przemawiającego Kaczyńskiego. Zgodnie z oczekiwaniami, prezes dostał szału i wykrzykiwał pod naszym adresem coś o KPP-owskim i Palikotowym jadzie, o tym, że się z polskiej kultury wyłączamy, wskazywał nas przy tym palcem, a gniewny smoleński tłum odwracał się w naszą stronę i obrzucał wyzwiskami. Relacjonowały to telewizyjne kamery. Żadna z tych relacji nawet przez sekundę nie pokazała, kogo to prezes wskazywał i na kogo pomstował. Pomijając wszystko inne – to elementarny błąd filmowego rzemiosła. Powtarza się ten błąd od tak dawna, tak często i tak bardzo bez wyjątków, że sam powoli przestaję wierzyć w brzytwę Hanlona, zakazującą przypisywania złej woli takiemu postępowaniu, które da się wyjaśnić zwykłą głupotą. To już jednak przestaje wyglądać na indolencję i zdradza symptomy intencji. Jakiej?

Prowokacja

Na agresję smoleńskich „żałobników” się nie skarżymy. Przychodzimy tam głównie z cytatem z Lecha Kaczyńskiego o podstawowym znaczeniu Trybunału Konstytucyjnego i wadze jego orzeczeń dla polskiej demokracji. Nic obraźliwego. Staramy się też stać raczej w milczeniu, w żaden sposób nie zakłócając smoleńskiej ceremonii, za to na wiele sposobów demonstrując własne uznanie cudzego prawa do demonstracji i kultu w miejscach publicznych.

Ale przychodzimy prowokować. Chodzi nam m.in. o to, by spokój własnego protestu skontrastować z fanatycznym szaleństwem, a wyważony, choć bardzo stanowczy język z agresywnymi bluzgami. Smoleńska agresja nie jest dla nas szokiem, ani zaskoczeniem. Przychodzimy przecież właśnie po to, żeby ją „pokazać światu”, więc żaden z nas nie skarży się z jej powodu. Nikt z nas nigdy nie wystąpił z żadnym oskarżeniem przeciw agresorom, choć wielokrotnie dopuszczono się na nas przestępstw, które powinny być ścigane z publicznego oskarżenia.

Nie skarżymy się również na osamotnienie. Zresztą dzielnie wspierają nas ludzie, którzy dojeżdżają na miesięcznice z całej Polski. Wielu z nas uważa – sam tak w każdym razie myślę – że zwolennicy takiej demokracji, która każe szanować odrębne zdanie mniejszości, sami są dzisiaj w Polsce właśnie taką mniejszością. Nie przeszkadzają nam dysproporcje ilościowe i nie oczekujemy „marszu 200 tysięcy” na miejsce smoleńskiej miesięcznicy. Zupełnie nie o to chodzi.

Elementem tej prowokacji, którą świadomie aranżujemy, jest więc również właśnie ten obraz, na którym widać garstkę ludzi wobec wrogiego i agresywnego tłumu. Ten obraz działa tym silniej, im ostrzejsze są dysproporcje między tłumem i garstką. Co ważniejsze dla demokracji – tym bardziej wymowna może być również lekcja tego obrazu. A ona pokazuje, ile da się wywalczyć świadomym działaniem jednostek przeciw przemożnej sile władzy i wściekłości fanatycznego tłumu. Rzecz w tym, że tego obrazu nikt nie przekazuje i dociera on do podobnie znikomej garstki odbiorców.

Co to da?

Sakramentalne pytanie. Pamiętam je dobrze z czasów komuny, wypowiadane przez niemal wszystkich, zanim pojawił się etos „Solidarności”, który dostarczył na nie odpowiedzi – co prawda, zbyt oczywistych, żeby nie były fałszywe, ale to już całkiem inna opowieść. Ta, która jest przed nami, jest i tak długa.

Odpowiedź na to pytanie brzmiała dla ogromnej większości ludzi „nic”. I była to odpowiedź prawdziwa. Rzut oka na mapę sowieckiego imperium starczał za uzasadnienie, a gdyby komuś były potrzebne jakieś dodatkowe wyjaśnienia, to wystarczyło się powołać na Powstanie Warszawskie i hekatombę, która mu towarzyszyła, na Powstanie Węgierskie, tragiczny koniec Praskiej Wiosny, Afganistan.

Problem oglądany z żabiej perspektywy jednostki wskazywał, że ryzyko podjęcia gestów sprzeciwu bywa bardzo znaczne, natomiast korzyść z niego jest żadna, bo władza i tak zrobi swoje. Ot, zmielą człowieka i tyle. Nikt nawet nie zauważy. Z ptasiej perspektywy jakichś większych ruchów opozycyjnych problem tylko urastał – pozytywne rezultaty wydawały się podobnie nierealne, natomiast zagrożenie wzrastało, czyniąc wariant ostrej lub wręcz krwawej rozprawy bardziej prawdopodobnym. Bierność wobec zła systemu zyskiwała więc uzasadnienie w sferze wartości, bo odpowiedzialność za bliźnich, którym się chce oszczędzić konsekwencji „insurekcyjnej nieodpowiedzialności”, jest niewątpliwie cnotą.

Jest dość zdumiewające widzieć dzisiaj te same typy postaw biernych i tę samą argumentację zaangażowaną w ich uzasadnienie. Nie ma dzisiaj zimnowojennych map i żadne porównanie sytuacji nie miałoby sensu – stąd oczywiste różnice w postawach. Ale podobieństwa widać mimo to wyraźnie. Coraz wyraźniej widać więc np. ludzkie decyzje motywowane osobistą obawą. Otwarcie mówili o nich ostatnio sędziowie w czasie swojego kongresu: obawa o karierę zawodową – mówiono – może złamać niezawisłość wyroków. Rzeczywiście może. To jest żabia perspektywa bezradnej jednostki, dobrze znana z komuny. Sam zaś często słyszę na przykład to, że kiedy prowokujemy Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu, wyłącznie sprzyjamy spoistości szeregów PiS i wzmagamy jego radykalizm. Frekwencja pisowców na miesięcznicach znów rośnie – mówiła mi ostatnio pewna działaczka KOD-u – i to jest wynik waszych akcji. To nieprawdziwa obserwacja, ale tak właśnie przede wszystkim wygląda dzisiaj myślenie z bardziej globalnej perspektywy ptasiej – też dość podobnej do tej znanej z przeszłości.

Ale – co jest o wiele bardziej interesujące – podobieństwa do postaw z minionej i zupełnie innej epoki widać także w postawach ludzi aktywnie protestujących. Warto choćby skrótowo przypomnieć, że w historii ruchów opozycyjnych ostatnich dekad PRL podział pomiędzy „pragmatykami” i „jastrzębiami” również istniał i był podobnie zafałszowany.

Pragmatycy to np. część środowisk KOR-owskich, proponujący strategię wymuszania na władzy ograniczonych celów – przy rezygnacji z niepodległościowych haseł nie tylko dlatego, że one były niebezpieczne i mogły sprowadzić nieszczęście np. sowieckiej interwencji, ale głównie z tego powodu, że były kompletnie bezpłodne i żaden program działania z nich nie wynikał i wynikać nie mógł. Potem w dekadzie „Solidarności” do pragmatyków zaliczała się ta część ruchu, która stawiała na realne działania np. pracowniczych samorządów, a przede wszystkim na jawną działalność nielegalnego związku. Także środowiska np. ruchu Wolność i Pokój, które cywilnym nieposłuszeństwem bardzo nielicznej grupy zdeterminowanych młodych ludzi zdołały wymusić na władzach prawo do odmowy obowiązkowej służby wojskowej. Jastrzębie w tym czasie gadali wciąż o niepodległości. I tylko gadali.

A na drzewach zamiast liści

W początkach stanu wojennego śpiewano chętnie taką mocno głupkowatą piosenkę, która miała nas podnosić na duchu, i był w niej fragment o tym, że „na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Jak pamiętamy, nikt w tych czasach nikogo na żadnych drzewach nie wieszał i zawsze sądziłem, że nie zamierzał, a jeśli kiedyś sam tę piosenkę śpiewałem – co wspominam dzisiaj ze wstydem większym niż kiedykolwiek – to w przekonaniu, że to tylko żart. Głupi co prawda, ale w gruncie rzeczy niewinny. Tymczasem wielu moich kolegów – okazuje się – śpiewało całkiem serio. Język – co widać przy niemal każdej okazji – niewinny nie bywa nigdy.

Pioseneczka – co koniecznie trzeba zauważyć – była nie tylko wezwaniem do kolejnej polskiej insurekcji, ale także nieco inną wersją tej samej co dzisiaj, ujawnionej w ostatnich wyborach, potrzeby „wymiany elit” – wyrażoną agresywnym i prymitywnym językiem, ale poza nim nieodróżnialną. Mają tę potrzebę w sobie również dzisiejsi demokraci, zwłaszcza ci z nich, którzy sądzą, że ruch demokratyczny niczego nie osiągnie dopóki nie zmiecie władzy PiS – wszystko jedno: w wyborach zwykłych, przedterminowych, czy może skutkiem bezpośredniego ludowego wystąpienia przyjmującego kształt polskiego Majdanu. To jeden z wielu przykładów, w którym ślady polskich narodowych mitów okazują się symetrycznie obecne po obu stronach politycznego konfliktu.

W przeszłości myśleliśmy podobnie – wystarczy komunistów lub innych zauszników zaborczych mocarstw zastąpić patriotami, a spłynie na nas szczęście i wszelkie troski znikną. Poważniej formułowane wówczas programy wyjaśniały tym razem serio, że żaden z postulatów politycznych i pracowniczych nie ma żadnego sensu, ani żadnej wartości, ponieważ jego realizacja nie jest możliwa w zniewolonym kraju, a z drugiej strony wszystkie problemy rozwiążą się same wraz z nastaniem niepodległości. Więc tylko niepodległość. Wszystko inne to albo naiwność, albo wręcz zdradzieckie rozbijanie ruchu. Takie było ówczesne zaplecze intelektualne tej postawy, która przetrwała do dziś, podszyta w dodatku psychiatrycznym kompleksem niespełnionych bohaterów. Istniały mianowicie w Polsce całe rzesze działaczy i liderów najzupełniej i najszczerzej przekonanych, że to nie ustrojowe zmiany są istotne, ale wyłącznie władza patriotów.

Wielu spośród nich uważało i nadal uważa w związku z tym, że do przejęcia władzy w istocie nigdy nie doszło – nikczemni spiskowcy z Magdalenki zamiast tego inaczej podzielili się stołkami, komuna przetrwała i wciąż trwa w najlepsze, a ustrojowe zmiany to nieistotna kosmetyka i w zasadzie kamuflaż.

Co jest jednak istotne to nie frazeologia, ale realność. Niepodległość była hasłem, którego nie dało się przełożyć na żaden program działania poza „trwaniem w oporze”, podczas gdy „kapitulanckie”, ograniczone postulaty „pragmatyków” w istocie same w sobie program tworzyły, wyznaczając kolejne zdobycze na drodze do wolności, jak choćby drugi obieg wydawniczy albo niezależne związki zawodowe, ale także drobiazgi, jak wspomniane prawo odmowy służby wojskowej wywalczone przez garstkę odważnych młodych ludzi.

Niepodległościowi jastrzębie byli natomiast w rzeczywistości w podobny sposób bierni w swym konspiracyjnym „trwaniu w oporze”, jak dzisiejsi „umiarkowani”, których jedynym pomysłem zmiany rzeczywistości są edukacyjne działania przygotowujące współobywateli do dojrzałej decyzji w przyszłych wyborach oraz kalkulacje sondaży poparcia w oczekiwaniu na gospodarcze załamanie wraz jego skutkami społecznymi i politycznymi. I byli również podobni do tych z nas, „radykałów”, którzy się domagają dążenia do przyspieszonych wyborów, sądząc, że one zmiotą PiS ze sceny i wszystko się skończy się dobrze.

Z wielu powodów dobrze się to nie skończy, z wielu powodów porażka wyborcza PiS nie jest realna. A przede wszystkim przyspieszonych wyborów nie wymuszą pohukiwania radykałów dzielnie publikowane na Facebooku, podobnie jak niepodległości nie przyniosły nam niegdysiejsze msze za Ojczyznę, tylko znacznie skromniejsze, ale rzeczywiste działania.

Prawomocność analogii

Piszę o tamtej przeszłości ze smoleńskiej okazji – choć jej znaczenie powszechna opinia docenia zdecydowanie słabiej niż ja – bo w moim najgłębszym przekonaniu właśnie te działania Obywateli RP pokazują lub chociaż mogą pokazać fałsz alternatywy pomiędzy tylko oczekiwaniem na wynik przyszłych wyborów, a „polskim Majdanem”. W rzeczywistości nie na tym polega wybór. W ogromnej przestrzeni pomiędzy jednym a drugim mieści się wiele działań, w tym zarówno proponowana przez KOD edukacja, jak marsze, petycje, strajki, parlamentarna gra na rozłam rządzącego obozu i nacisk proponowanych przez nas akcji cywilnego nieposłuszeństwa. Na każdej władzy, na komunistycznym reżimie, więc na dyktatorskiej władzy PiS również, da się wymusić ustępstwa presją społecznego i obywatelskiego oporu.

Nieco mnie przy tym dziwi fakt, który najwyraźniej nie zdołał dotrzeć do świadomej opinii publicznego mainstreamu: nie ma już w Polsce instytucji ustrojowych, które byłyby nas w stanie ustrzec przed dyktaturą budowaną przez PiS. Nie działa Trybunał Konstytucyjny, opozycja parlamentarna nie ma najmniejszego znaczenia, jej kontrolne funkcje dawno zostały pogrzebane decyzjami o składzie i kompetencjach sejmowych komisji. Kalkulacje sondażowe można dzisiaj raczej włożyć między bajki. Samorządy PiS przejmie, a i konstytucję nam zmieni, jeśli tylko uzna taką potrzebę. Nie łudźmy się zanadto – również narodowo-katolicką konstytucję autorstwa PiS Polacy poprą. Zdecydowanie bardziej niż poparli obecną w tamtym referendum z 97 roku, z nieco ponad czterdziestoprocentową frekwencją i dwuprocentową przewagą głosów.

Potencjał zmiany tkwi dzisiaj niestety nie w parlamentarnej polityce, ale w „polityce ulicznej”. Czas to sobie uświadomić. Kiedy nie ma Trybunału Konstytucyjnego broniącego w Polsce obywatelskich praw, to albo się z nimi pożegnamy, albo bronić ich muszą sami obywatele. Pytanie o instrumenty możliwej zmiany nabiera w tej sytuacji krytycznego znaczenia.

Skoro wylądowaliśmy w sytuacji, w której o naszej politycznej przyszłości zdecyduje nie parlamentarna gra, ale – wygląda na to – opór ruchów społecznych, to liczą się dwie sprawy: etos ruchu i instrumenty nacisku, którym on może dysponować. Mniej istotne jest natomiast to, co do dziś zajmuje politycznych komentatorów, czyli losy i poczynania partii w parlamencie.

Cywilne nieposłuszeństwo – etos obywatelski

PiS jako jedyna dzisiaj w Polsce partia odwołuje się do wartości, które są czytelne – bo frazesy o Bogu, honorze, ignorowanej dotąd woli narodu i niedoli „wykluczonych” są wartościami – i one w dodatku na „politycznym rynku” mają dzisiaj wyłączność. To z nimi będzie się trzeba mierzyć. Nie po raz pierwszy w polskiej historii, a pamiętać przy tym powinniśmy, że zawsze dotąd ci, którzy ten wysiłek podejmowali, przegrywali z kretesem.

Innych wartości nie ma – to również powinniśmy zrozumieć: przez całe lata wszystkie partie i wszystkie media mainstreamu powtarzały nam wciąż, że liczy się wyłącznie księgowa poprawność ekonomicznych projektów, a wszystko ponad dbałość o bilans jest niebezpieczną bzdurą. Aksjologia – mówili nam przez te lata wszyscy ludzie rozsądni – nie tylko jest passé, ale w rzeczywistości jest zawsze groźnym populizmem, w którym wartości są tylko niebezpiecznymi hasłami. Populizm potępialiśmy, kończąc tym potępieniem dyskusję: w miejscu, w którym trzeba było ją – być może – właśnie rozpocząć.

To natomiast mity i archetypy decydują w wyborach, a nie wyborcze obietnice, ułudy socjalnych pakietów i nie żadne wizje państwa, czy polityczne lub gospodarcze programy. To również mity stanęły do boju, przynajmniej początkowo, w konflikcie o Trybunał Konstytucyjny i wszystko, co nas dzisiaj ekscytuje. Bo to one wyganiają ludzi na ulice. Polityczne poglądy i racje takiej mocy nie mają. Tej mocy nie mają nawet – wbrew tezom o oderwanym od koryta establishmencie­ – nawet najkonkretniejsze interesy. Ani żadna kiełbasa dla maluczkich, ani lukratywne kontrakty dla możnych. Żyjemy – jak zawsze zresztą i niczego złego w tym nie ma – w świecie symboli.

Pokazuje to, jak nikłe były nasze szanse w tym starciu. Przeciw PiS-owskiemu etosowi, przeciw legionom poległych za niepodległość bohaterów, przeciw legendzie Marszałka i innych, których pamięć czcimy, przeciw budzącym drżenie serc szarżom skrzydlatej husarii, mamy dzisiaj ledwie kwękanie o europejskich standardach i procedurach demokracji albo o zawiłościach budżetowej równowagi. Wiele tym nie zwojujemy.

Nie bardzo wiemy, gdzie szukać etosu i w związku z tym uznajemy, że on nam do niczego potrzebny nie jest, bo potrzebują go wyłącznie ci do demokracji niedojrzali. To przekonanie jest kolejnym fałszem, z którego wypada zdać sobie sprawę – zanim nas zadepczą tłumy, maszerujące zresztą również po naszej stronie.

To, co próbujemy wobec tego konsekwentnie budować własnymi akcjami protestacyjnymi, z których spora część ma charakter obywatelskiego nieposłuszeństwa, to etos obywatelski. To z tego powodu nie dbamy zanadto o liczebną przewagę na smoleńskich demonstracjach. Chodzi nam zamiast tego raczej o pokazanie, że właśnie mniejszość może postawić na swoim i skutecznie walczyć o własne prawa i godność wolnego obywatela. Niechby i samotnie przeciw wyjącym z nienawiści tłumom.

Jedność i niepodległość kontra obywatelskie prawa

Sprawa zaś prosta nie jest. O kilka rzeczy w historii walczyliśmy – jak bohatersko i ilu z nas, to już osobna rzecz – ale z całą pewnością nie walczyliśmy ani o konstytucję, ani o żaden katalog praw, których znaczenia bylibyśmy świadomi na tyle, by właśnie za nie z determinacją ponosić ofiary. Nasi bohaterowie chętnie ginęli za wolność, ale zawsze pojmowali ją wspólnotowo, a wtedy oznaczała ona narodową niepodległość. Nie osobiste prawa człowieka i obywatela i nie wolność indywidualną. Tym się między innymi różnimy na przykład od Francuzów, że żadnej Bastylii nie zdołaliśmy zburzyć naprawdę własnymi rękami, a jeśli nawet próbowaliśmy, to wyłącznie dlatego, że to obca władza ją nam zbudowała, a my chcieliśmy swojej – niechby i takiej, która kolejne takie Bastylie, Cytadele i Twierdze Brzeskie nam wzniesie i wkopie lochy głęboko w ojczystą ziemię, dla umocnienia wymarzonego, niepodległego państwa. W imię żadnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela nie występowaliśmy, a demokratyczne konstytucje częściej nam nadawano, niż je w walce sobie zapewnialiśmy. Angielski termin freedom fighter co innego znaczy, kiedy opisuje Polaka niż kiedy opisuje Amerykanina. W polskiej przeszłości da się, owszem, takich ludzi znaleźć (choćby wśród poległych w Zamachu Majowym, więzionych w Brześciu i Berezie albo wśród opozycjonistów z KOR), ale w tradycji oni znaczą już mniej, bo na ogół zadeptywaliśmy ich maszerując w zgodnym tłumie i nie da się ich dzisiaj dostrzec w zbiorowej polskiej pamięci.

Czasem jednak bywały te dwie wartości przedmiotem debat cywilizowanych. Słynnej frazy „różnić się pięknie” użył bodaj po raz pierwszy, choć oczywiście Norwida cytując, Jacek Kuroń w sporze z młodziutkim wówczas Aleksandrem Hallem, wtedy studentem z Gdańska i działaczem niepodległościowo zorientowanego Ruchu Młodej Polski w latach jeszcze siedemdziesiątych. Główny, KOR-owski nurt ówczesnej opozycji – dysydenckiej i nielicznej – miał na czele zbioru własnych wartości właśnie obywatelskie prawa jednostki. A nie narodową niepodległość. W polskiej historii to ewenement.

Kuroń pisał więc Hallowi o grozie nacjonalizmu, w którym wartość wspólnoty często wolności obywatelskie brutalnie znosi. Tę podstawową dla zachodniej Europy lekcję konfliktu wartości mieliśmy i wciąż mamy w Polsce nieodrobioną, bo grozie obcego nacjonalizmu, kiedy już nam spadł na głowy w postaci niemieckiej agresji, przeciwstawialiśmy przecież własny patriotyzm, a nie abstrakcję demokratycznych praw, i potem ten patriotyzm pielęgnowaliśmy w ciągu półwiecza sowieckiej dominacji. To nie faszyzm pamiętamy wobec tego, ale po prostu Niemców. Własnych zaś pogromów nie pamiętamy wcale. Komunizm to dla nas również ani społeczna utopia, ani ideologia totalitarnego reżimu, ani zdeptane prawa obywatelskie. To obcy Ruscy, albo rodzimi zdrajcy narodu, kolaboranci okupanta. W jakimś sensie mamy dziś do czynienia z polską Wandeą i nie rozumiemy tego, bo nigdy nie mieliśmy ani Wielkiej Rewolucji, ani w ogóle Oświecenia, skoro to doświadczenie skutecznie z naszej pamięci wymazały zabory.

Ale Kuroń pisał też wtedy Hallowi o tym, że o niepodległości da się w PRL tylko bajać marzycielsko, podczas, gdy demokrację można zwyczajnie budować i praktykować w niej zwłaszcza obywatelskie prawa, wymuszając na władzy ich respektowanie i rozsadzając w ten sposób samą istotę totalitarnego reżimu, co przy okazji realną niepodległość przybliża. Ma to przy tym tę ogromną zaletę – argumentował Kuroń i te jego argumenty wydają się ważne do dzisiaj – że tworzy trwałe, silnie społecznie uświadamiane demokratyczne wartości. Wywalczone z determinacją budują z kolei bezcenne poczucie obywatelskiego sprawstwa, jak u Francuzów Bastylia, którą sami zburzyli, oraz Deklaracja Praw, które sami dla siebie spisali.

Przeciwstawienie, o którym tu mowa, ma bardzo zasadnicze znaczenie dla zrozumienia istoty polskiego kompleksu, którego polityczne i społeczne skutki właśnie obserwujemy.

Cywilne nieposłuszeństwo – instrument nacisku

Metoda jest zaś prosta i zgodna z klasyczną już, sformułowaną kiedyś również przez cytowanego już Jacka Kuronia definicją gry politycznej, jaką pozornie bezsilna obywatelska opozycja może skutecznie prowadzić z władzą, której siła jest przemożna. Należy tak formułować ograniczone postulaty i tak wielki potencjał protestu angażować w ich obronie, by władzy bardziej się opłacało spełnić postulaty ruchu, niż z nim walczyć.

W smoleńskich okazjach wybór jest właśnie taki i zupełnie klasyczny: Kaczyński albo będzie nas tolerował, choć to skutecznie uniemożliwia mu ważną dla niego narodowo-katolicką celebrę, albo nas będzie musiał przy świadkach usuwać przemocą. Każde wyjście jest dla niego kosztowne – cokolwiek zaś zdecyduje, będzie z korzyścią dla obywatelskiego ruchu. Kaczyński prowokuje i judzi. Różnych rzeczy próbuje, ale – niezależnie od tego, jak nieliczną grupę tworzymy – dysponujemy właśnie bronią odmowy posłuszeństwa. Możemy któregoś dnia po prostu stanąć na miejscu smoleńskiego krzyża i albo kolejna miesięcznica się nie odbędzie, albo będzie nas trzeba stamtąd wynieść i zamknąć. A ceną będzie pokazanie światu twarzy dyktatora i zerwanie resztek iluzji poszanowania praw obywateli w demokratycznym państwie.

Każdy sukces w tym starciu ma kapitalne znaczenie, bo właśnie pokazuje, że poszanowanie praw da się wymuszać. Nawet będąc w mniejszości. I nawet wtedy, kiedy tych praw nie ma spisanych w żadnej ustawie i nawet w konstytucji – bo przecież liczyć się trzeba również z taką sytuacją, w której PiS nam konstytucję zmieni, według tych koszmarnych projektów, które już poznaliśmy i które przed nami schowano w trakcie kampanii wyborczej. Co wtedy? Mamy zostać w domach i czekać zmiłowania?

Istnieje rzecz jasna wiele innych instrumentów, które da się zastosować. Te, które sami proponujemy i które tu opisuję – akty cywilnego nieposłuszeństwa – mają wielką siłę, potwierdzoną historycznie w wielu bardzo różnych sytuacjach i dobrze znaną z naszej własnej przeszłości.

Co więcej, jeśli istotnie zdarzy się nam polską demokrację odbudowywać w trakcie takich działań, będzie ona trwalsza – bo uzyskamy wreszcie to poczucie obywatelskiego sprawstwa, którego nam dotąd w historii brakowało. Deklarację Praw będziemy wreszcie zawdzięczać sobie i będziemy znać jej wartość.

Warunek jest wszakże taki, że się te działania wpiszą w szerszy kontekst świadomie podejmowanego społecznego oporu i nie będą izolowane.

21 lipca 2016 na terenie Sejmu
21 lipca 2016 na terenie Sejmu

Wszystko w rękach czwartej władzy

Wszystko to spisałem pracowicie właśnie po to, by o ten kontekst zadbać i tę izolację przełamać. Powinienem z pewnością być grzeczniejszy, bo dziennikarza łatwo zrazić…

Wszystkie swoje akcje Obywatele RP prowadzą w izolacji niemal hermetycznej. Odcinka się od nich KOD – nadal uchodzący za główną siłą obywatelskiej opozycji. Niemal bezwyjątkowe jest zwłaszcza milczenie mediów.

Prawdopodobnie udało nam się mimo tej sytuacji powstrzymać groźbą biernego oporu zdecydowaną akcję przeciw nam w sobotę, 10 września. Wiele ją zapowiadało, ale prawdopodobnie uda się jej uniknąć, zresztą zobaczymy. Niewątpliwie jednak groźba użyta w naszym ultimatum nic nie znaczy, jeśli stanie się jasne, że akcji przeciw nam wymierzonej po prostu nikt nie pokaże.

Jest więc nadal możliwe, że nas 10 września rozjadą. Jest nader prawdopodobne, że konfrontacja kiedyś wreszcie nastąpi – Kaczyński w widoczny sposób nie jest w stanie wytrzymać naszej obecności. Zwiną nas więc w końcu i uniemożliwią demonstrację. Naślą ONR. Cokolwiek. Na to w jakimś stopniu zresztą liczymy. Każda z takich akcji przeciw nam byłaby – po to tam w końcu stajemy – naszym sukcesem i kompromitacją obozu władzy. Pod warunkiem jednak, że będą świadkowie i że będzie komu pokazać to prawdziwe oblicze pisowskiego fanatyzmu, które w trakcie smoleńskich miesięcznic miesiąc w miesiąc skutecznie obnażamy.

Czwartej władzy można nadużyć i media niestety robią to od dawna. Choćby partia Razem – cokolwiek o niej sądzić – doświadczyła tego w kampanii wyborczej aż nadto, kiedy jej oficjalnie zarejestrowany komitet wyborczy konsekwentnie ignorowano do czasu, kiedy Adrian Zandberg zdołał się rzutem na taśmę przebić przez szczelne milczenie na kilka dni przed wyborami – co zresztą było przy okazji jednym z czynników przesądzających o tym „fuksie ordynacyjnym”, na którym tak bardzo skorzystało PiS.

Panie i Panowie Dziennikarze,

nie przesądzajcie z góry, co się w opinii publicznej przebije, a co nie. Wasze proroctwa w tej sprawie same się potwierdzają. Jest jasne, że nie przebije się nic, czego nie pokażecie i nie opiszecie. Macie w rękach ogromny wpływ na rzeczywistość i ogromną władzę. Od was zależy, kto w przestrzeni publicznej istnieje, a kto jest skazany na niebyt.

Obrzydliwą i bardzo dotąd skuteczną propagandę pisowskiego narodowo-katolickiego fanatyzmu zdołaliśmy w bardzo znacznym stopniu powstrzymać pomimo Waszej konsekwentnej nieobecności. Możemy ją zatrzymać całkowicie – wystarczy, że się tam wreszcie zjawicie, próbując zrozumieć, co tam się dzieje i o tym opowiedzieć. Zróbcie to wreszcie. Jeśli się nie zjawicie, nas w końcu rozjadą. Wasza władza również na to się rozciąga.

Szantaż moralny, wiem. Bierny opór na nim bazuje, trudno.

Paweł Kasprzak

8 thoughts on “Jeśli nas będą rozjeżdżać – co wy na to?

  • 8 września, 2016 o 21:13
    Permalink

    Własne media należy po prostu stworzyć, jak zrobił to Kaczyński. Wiarę w to, że prywatne media będą walczyć z dyktatorem włóż między bajki.

    Odpowiedz
  • 9 września, 2016 o 00:25
    Permalink

    Panie Pawle, wyrazy szacunku. Bez egzaltacji i bardzo rzeczowo wyjaśnił Pan sens Waszych działań na miesięcznicach. Nie jestem, niestety, człowiekiem mediów. Gdybym nim była, miałby Pan we mnie osobistego fotoreportera i komentatora czuwającego przy tej samotnej reducie co miesiąc. Na dodatek pochodzę z podkarpackiego zadupia i nawet nie mogę być naocznym świadkiem Waszych akcji. Natomiast absolutnie przekonuje mnie Pan do idei obywatelskiego nieposłuszeństwa. Na zadupiu też jest dość okazji. Od pierwszego wejrzenia, bez reszty zaufałam też Jackowi Kuroniowi już ponad trzydzieści lat temu. Dla tak rozumianej demokracji warto ryzykować , warto poświęcać czas i energię. Martwi mnie jednak myśl, że być może takiej demokracji chce garstka niewiele większa od tej, która patrzy co miesiąc Kaczyńskiemu głęboko w oczy.

    Odpowiedz
    • 9 września, 2016 o 00:37
      Permalink

      Bardzo Pani dziękuję. Tak, podkarpackie okolice — wyobrażam sobie — dają okazje do najtwardszej wersji cywilnego nieposłuszeństwa 😉 Gdyby Pani na jakąś taką okazję trafiła, proszę dać znać. Na dole menu po lewej stronie jest mail “wyślij email z prośbą…” Proszę skorzystać również w takich razach.

      Zupełnie poważnie sądzę, że jest nas mniejszość — policzywszy wszystko i zwłaszcza wziąwszy pod uwagę postępującą bierność oraz fakt, że PiS się wciąż dopiero instaluje. Sporo jest do zrobienia. Stan świadomości ludzi mediów przeraża mnie najbardziej. Za komuny mieliśmy fajnie. Byle rewizja w domu i w wiadomościach RWE gadali o tym w każdym wydaniu…

      Odpowiedz
  • 9 września, 2016 o 18:50
    Permalink

    Jeśli nie podobają się wam miesięcznice i nie chcecie być wyzywani, to po prostu przestańcie tam chodzić. Robicie kabaret, zamiast poważnie dyskutować, i dostarczacie amunicji tym, którzy oskarżają opozycję, że nie ma nic poważnego do powiedzenia ! Nie jestem fanem PiS-u, ale jak was widzę, to odechciewa mi się całej demokracji i wszystkich partii razem wziętych.

    Odpowiedz
    • 9 września, 2016 o 19:21
      Permalink

      Nie podobają mi się bojówki ONR-u i nie podobałyby mi się brunatne koszule w Berlinie. Nie podobają mi się łysi bandyci rozrabiający na ulicach, w autobusach, zaczepiający, znieważający i bijący ludzi. Nie — nie uważam, że skoro mi się nie podoba, to mam tam nie chodzić. To jest również mój kraj, moje ulice, moje autobusy itd. Najpoważniej — a nie niepoważnie — uważam, że powinienem tam być. Podobnie powinienem być — i jestem — w miejscu szaleństw smoleńskich, bo jest to tak samo niebezpieczne zjawisko, a skutki jego funkcjonowania spadają na nas wszystkich.

      Gdzie nas Pan widzi? I czy na pewno widzi Pan nas, czy własne o nas wyobrażenia?

      Może niech Pan wpadnie i naprawdę zobaczy.

      Odpowiedz
    • 9 września, 2016 o 20:50
      Permalink

      A niby dlaczego miałbym oddać przestrzeń publiczną w pacht szumowinom i oszołomom? Pytanie brzmi – dlaczego służby porządkowe, tak gorliwe w spisywaniu bębniarzy, czy aresztowaniu nie podobających się Kaczyńskiemu banerów nie są w stanie/ nie chcą zapanować nad smoleńskim bluzgiem?

      My tam idziemy dyskutować, problem w tym, że brak partnerów do dyskusji. Strona przeciwna dyskutować nie lubi, nie chce, nie potrafi. Woli bluzgać.

      Odpowiedz
      • 11 września, 2016 o 00:49
        Permalink

        innych nazywasz szumowinami i oszolomami a kim ty( wy) jestescie?

        Odpowiedz
  • 9 września, 2016 o 21:56
    Permalink

    Witam;

    Na jednym ze spotkań publicznych zadałem pytanie Panu Hallowi o to jak /z czego/ na czym mamy budować my (ogólnie rzecz biorąc intelektualny anty-pis) aksjologiczne podstawy naszej ontologicznej bazy. To samo pytanie powtórzyłem na spotkaniu z Panem W.Osiatyńskim. Odpowiedzi były…chmmm…. nie chcę powiedzieć, że wymijające, ale bez wskazania konkretów, ba, nawet ogólników tych konkretów:) Chodząc na kolejne coroczne edycje Festiwalu Filmów o Rz. Wykletych w Gdyni ( na długo przed czarną niedzielą 25/10/2015) ja, 50cio letni syn rodziców z rodziny radia ma twarz (a więc zaznajomiony z efektem sekciarskiego zaczadzenia) byłem poruszony nie tyle jadem wystąpięń np. A. Krauzego ( Smoleńsk) ale tym, jakże ta grupa jest skonsolidowana wokół TEGO. TO, to jest to o czym Pan wyżej pisze, tj symboli/archetypów/stereotypów. Jednynie Żona była wtedy świadkiem moich analiz -jakże to lepiszcze jest niebezpieczne. Daje poczucie siły grupy, co oczywiste, ale jednocześnie to nie tylko paliwo fizycznego działania, ale jego aksjologiczne uzasadnienie. Co gorsza, ten ładunek poczucia misji i krzywdy usprawiedliwia zło działania jednoczęsnie je a priori rozgrzeszając. Jakby idiotycznie to dla racjonalisty nie wyglądało, to OBIEKTYWNIE isniało/je i jak Pan słusznie pisze nie zostało ani rozładowane ani, co byłoby mądrzejsze ( sprytniejsze?), zagospodarowane ptrz drugą stronę sceny politycznej. Państwa walka tam na Kr. Przedm. tym wiec bardziej budzi moje uznanie bowiem potrafie sobie wyobrazić smród Polifema przeciw któremu niczym Odyseusz tam stajecie. Działam (max aktywnie jak mogę) w KODzie w 3City. Eventy, pochody-jest to sposób na powiedzeni NIE, jednak trzeba przyzanać łątwy, bezpieczny … wygodny. Nie pogadamy, bowiem nie ma miedzy nami polemiki i z tezami , wnioskami I APELEM się zgadzam. Nie jesteśmy jako polacy państwowcami co zwąchał doskonale człowiek z drabinki. Zręby konst 3M ja pisał nam Rousseau a I.Potocki był b.śwaitłym jej współautorem- dzięki Niemu w wielu m-cach mówi Konst. o obywatelach, mieszczanach itd. a nie tylko o “narodzie” -ale to była tylko chwilowa jaskółka. Feudalno katolicki a w mymiarze praw obywatela (czyli ich okrajania) wschodni sposób myślenia sie u nas utrzmła do dziś. O tym Pan pisze i tak jest. Niewielu wie,że R.Franc. (krwawa i brutalna) upodmiotowiła masy. To,że nagle ludzie zaczli sie zwracać do siebnie per “OBYWATELU” miało być własnie upodmiotowieniem każdej OSOBY, wyrazem “nadania imion” i praw dotychczas szarej bezkształnej masie. Jaki to ma związek z dzisja? Ano taki jak Pan pisze. To prawo do powiedzenia NIE własnie wtedy ma sens gdy jest możliwe do realizacji nawet w pojedynkę (wolność) i jest słuchane wg. krytertium jakości a nie ilości (uczestników) – przytk do mediów. A tak konkretrnie? Mam wiele pretensji do KODu, że ustwawia sie jako plan edukacyjny itd. a nie walczący. Ludzie ruszyli za KODem kiedy ten niejako stanął w poprzek ścieżki pisu. Nie ruszyli bo chcieli zostac lepszymi demokratami, chodzić na odczyty, prelekcjie itp. “Anty-pis” – to było na ustach każdego niemal, kto wrzucał grosz do puszki. Obecnie jak wiemy KOD stanąl w rozkroku. 24.09 będę na kolejne demontracji KOD w Wawie i tak jak poprzednio będę psioczył na władzę, pod skądinąd chwalebym , ale dzis 4to rzędnym hasłem iż KOD jednoczy a nie dzieli. To (hasło) trąci nawet nieco hipokryzją. Istnieją 2 polski już od lat. Linia podziału jest dośc czytelna. 18-20% tego społęczęństwa stanowi “beton” myślowy. Nikogo nie obrażam, wolno mieć KAŻDE, choćby odrzucjące mnie poglądy- co oczywiste. Jednak udwanie, ze tych 20% nie ma i jakoweś karkołomne próby dotarcia do nich ( nie dzieli- łaczy…) to starata czasu i energii. Te 10, 15% które nie koniecznie jest zpsiałe , ale np. rozczarowane, lub nagle nauczyło sie liczyć do 500-ciu set (srebrników) to jest ta “nowa zdobycz” i choć jest “miękkim” zapleczem dykataury, nie przejdzie na stornę ,umowienie nazwijmy KODu, doceniając KOD jako taki. Musi się zrazić kolejnymi postępkami władzy bo widać, że sama duszna atmosfera pisowskiego smrodu im nie przeszkadza. Ale jest pozostała grupa. Konsolidowanie 2/3 – to jest zadanie, a nie próba “podgryzania” 1/3ciej. Dlatego dla mnie KOD odziela , oddziela uczciwych i zatroskanych od faszyzujących i koniunkturlanie klaszczących. Dziś “pytanie kontrolne” winno brzmieć np. : zamach czy wypadek. Odpowiedz usatwia delikwenta po jednej ze stron INTELEKTUALNEGO (lub nie) postrzegania rzeczywistości . Dziś, jak w poprzednim stanie wojennym każdy staje wobec wyborów, bo dziś wiele prostych czynności codziennych stało sie politycznym manifestem. Pójscie na cmnt. 1/08 było narażeniem sie na apel. Poszedłem, bo to było the place to be tego dnia. Ale aby zrównoważyć nachalny atak władzy , podczas odczytywania apelu miałem atak konwulsyjengo kaszlu, o dziwo kilku innych też… Ot, kolejna rocznica, ale nie, już nie OT taka. Można było NIE zagrac w filmie smoleńsk. Kto w nim zagrał przyłaczył sie do chóru lizusów i kłamców i nie “spławi mnie” rzekomym wykonaniem tylko kolejnego zlecenia wynikającego z aktorskiego rzemiosłą. Tak, jak Riefenstahl nie wyłgała się po wojnie naiwnością i miłością do sztuki. Dziś jest czas wyborów , osobistych, kazego z osobna. Ja wybieram choć tę drobną walką. Jednak , może to teraz zabrzmi koniunkturalnie, zdecydowanie bardziej wolałbym , abyśmy jako KOD znależli sie obok Pana i aby to poszło w eter. Abyśmy staneli w ub. sobotę na schodach i owacyjnie przywitali prof. Rzeplińskiego przykrywająć gwizdy plebsu- aby to nie one poszły do mediów. To są bowiem małe ale RZECZYWISTE fronty potyczek z juntą. I nie tylko idzie o potyczki dla nich samych. W demokracji medialnej w której żyjemy, jak Pan pisze słusznie, musi być widać. Wiec kiedy w medialnym oknie widać, nawet drobna potyczka urasta do niemal bitwy- vide de facto kilkudzisieciosekundowe wydarznia na pogrzebie INki i Zagończyka. Przetacza się przez KOD obecnie dyskuja n/t jego wyrazu twarzy. Czy ma to nadal być twarz “bezpłciowego” spolegliwego samarytanina, nastawiąjącego drugi policzek, czy też zdecydowana męska facjata optująca za prawem talionu, czyli że tak powiem starożytnymi rozwiązaniami somatologiczno- okulistycznymi…:) Jeśli KOD otrzeźwieje i wyberz to drugie, znajdziemy się na ulicy obok Pana- jeśli zdążymy… Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *