Byłam w Skaryszewie na Wstępach, końskich targach

Najgorszym stworzeniem na świecie jest człowiek. Teraz wiem to na pewno. Pojechałam do Skaryszewa pod Radomiem na targ koni. Opowiem Wam, co zobaczyłam
 
Pierwszy raz w historii tego targu nie wpuszczano do miasta nikogo z końmi w nocy, a dopiero o 5 rano w poniedziałek, kiedy było oficjalne otwarcie. Co nie znaczy, że w nocy koni nie było. Przed miastem, na polnych drogach ciągnęły się w nieskończoność auta, koniowozy, ciężarówki już od godz. 23 w niedzielę. Pełne zmarzniętych koni – bez derek, wody, siana. Poupychane nawet w małych busach.

Dużą grupą poszliśmy obserwować, co się tam dzieje. Każdą nieprawidłowość zgłaszaliśmy policji, jednak ta bez inspektorów weterynarii nie mogła nic zrobić. A ci się pojawili dopiero o 5 rano. Mimo to udało się zablokować nielegalną sprzedaż w trzech miejscach. Pewnie było tego o wiele więcej, ale nas było po prostu za mało, by wszystko sprawdzić.
 
Targ koni w Skaryszewie, luty 2018 r.
 
Koszmar rozpoczął się równo o 5 rano, jeszcze w ciemnościach. Pierwsze wozy podjeżdżały i “wyładowywały” konie. Często bijąc, szarpiąc, okręcając sznur wokół dolnej szczęki konia, coś jak obrzydliwa wersja wędzidła, praktycznie były prowadzane za żuchwę. Konie w strachu starały się walczyć, spadały czy zeskakiwały z trapów. Prowadzono je pod oświetlone wiaty – w osobnych miejscach klacze, ogiery, wałachy i źrebaki. Dużo było też kucyków.

Wszędzie były informacje, że obowiązuje zakaz bicia koni, oczywiście bezskuteczny. Przy każdej interwencji słyszałyśmy obelgi, próbowano nas atakować. Prawie jak na miesięcznicach, choć o wiele gorzej, bo przy użyciu batów i lin. Część handlarzy ma doświadczenie i sami starali się uspokajać chłopów wiedząc, że zawsze ktoś ich nagrywa. Raz usłyszałam od grupy pijanych mężczyzn, że zobaczę co to znaczy bicie.

W wiacie dla klaczy ustawiono obok siebie dwa siwki. Szybko okazało się, że jeden z nich to ogier i próbuje kopulować z klaczami. Gryzie, kopie wszystkie wokół. Pomimo zgłoszenia, ogier nie został wyprowadzony spod tej wiaty.
 


Popierasz nasze działania? Wpłać darowiznę!

 
Koleżanka poprosiła mnie o pomoc, bo chciała uratować jednego konia. Na początek wpadła nam w oko śliczna srokata klacz (w plamy biało-brązowe). Miała słabe pęciny i do jazdy się nie nadawała. Cały czas patrzyła na nas, śledziła każdy nasz ruch, niezależnie kto był obok. Przyszedł syn właściciela i powiedział, że klacz jest młoda, ma niecałe 3 lata, jest nieujeżdżona, ale cenę konia zna tylko ojciec, którego akurat nie było. Długo czekałyśmy na właściciela. Gdy w końcu przyszedł, oznajmił, że klacz jest gotowa pod siodło, przyuczona jest również do bryczki, a jej cena to 8 tys. euro. Niestety, dużo za dużo dla koleżanki, więc z bólem odeszłyśmy.

Trochę dalej zauważyłyśmy inną klacz – chorą, wychudzoną, ze zniszczonymi kopytami, tak jakby nikt się nią nie zajmował od lat. Skóra i kości. Każdy krok sprawiał zwierzęciu ból. Właściciel życzył sobie 6 tys. złotych, choć koń był wart 1,5-2 tys. maksymalnie. Koleżanka była tak przerażona, że nie mogła podjąć decyzji. Ja płakałam i marzyłam, żeby to się skończyło. Wyszłyśmy, ale po chwili wróciłyśmy. Udało nam się utargować i kupić klacz za 4 tys. zł.
 

 
Klacz dostała tymczasowe imię Princessa i już w momencie kupna zaczęła się prawdziwa walka. Potrzebna była pomoc ze względu na zdrowie konia. Musiałyśmy sprawdzić, czy nadaje się do transportu. Pobiegłam po inspekcję weterynaryjną. Nie trzeba było długo szukać, pięć pań w ładnych mundurach z wielkimi napisami „Inspekcja weterynaryjna” stało w jednym miejscu i nie robiło nic. Stwierdziły, że to nie ich sprawa i nasz koń ich nie obchodzi. Nie miałam sił już się kłócić.

Na szczęście udało się znaleźć weterynarza, który nam pomógł. Dzięki niemu wyprowadziłyśmy Princessę poza targ, by mogła się uspokoić. Weterynarz zbadał klacz i uznał, że nadaje się do transportu, ale trzeba ją szybko leczyć, ostrzegł. Pomógł zajechać samochodem z przyczepą pod targowisko. Dzięki niemu zdobyłyśmy też siano dla klaczy, bo ta próbowała zjeść zamarzniętą resztkę trawy.

Z nową właścicielką konia kupiłyśmy miękki kantar, bezpieczny uwiąz, derkę, siatkę na siano. Princessa bez problemu dała się przebrać. Cały czas podchodzili do nas handlarze i chcieli ją kupić. Oczywiście by upaść i sprzedać na rzeź. Mówili o tym wprost.
 
Targ koni w Skaryszewie
 
Ładowanie Princessy do przyczepy zajęło 2,5 godziny, tak bardzo się bała. Ale w końcu weszła – bez bata, bez bicia, sama. Można było ze Skaryszewa wyjeżdżać.
 
Poza historią Princessy opowiem wam o innych drastycznych przypadkach:

Były dwa konie z uszkodzonymi oczami, żywe rany, u jednego odcięta powieka, u drugiego wydłubane oko.
Był koń ze złamanym kopytem.
Był koń z ogromnymi świeżymi ranami po biciu.
Wiele koni skrajnie wychudzonych, jak nasza klacz.
Wielu handlarzy i kupujących piło wódkę, piwo, paliło przy koniach, mimo zakazu.

Dobre było to, że wprawdzie niewielka, ale zawsze, grupa handlarzy nie chciała sprzedawać koni na rzeź. W porównaniu z poprzednimi latami było o wiele spokojniej i faktycznie targ zaczął się rano, a nie w nocy.

Smutne jest to, że było nas mało, może 100, może 200 osób. By zakończyć ten koszmar potrzeba nas tam za rok 10-20 razy więcej.

Przeżyłam strasznie te kilkanaście godzin tam, w Skaryszewie. Dziękuję wszystkim, którzy nam pomagali.

Kasia

6 thoughts on “Byłam w Skaryszewie na Wstępach, końskich targach

  • 21 lutego, 2018 o 04:57
    Permalink

    Walkę o dobro zwierząt popieram ale tekst “prawie jak na miesięcniczach” można sobie było darować. Po co upolityczniać temat, który powinien być oceniany podobnie przez każdego, niezależnie od jego sympatii politycznych.

    Odpowiedz
    • 21 lutego, 2018 o 09:00
      Permalink

      To bardzo osobisty tekst, nie sucha relacja. Nie czepiałabym się, że autorka ma takie skojarzenia.

      Odpowiedz
  • 21 lutego, 2018 o 19:47
    Permalink

    Tak całkowicie się zgadzam z autorem tego komentarz; człowiek to brzmi dumnie ale nie w zestawieniu ze stosunkiem do zwierząt. To potworne, że część ludzi uważa naszych młodszych braci za coś gorszego, nie szanując i sprawiając ból i cierpienie naszym przyjaciołom…. Na takie traktowanie zwierząt nie powinniśmy pozwolić, takich ludzi powinno dosięgnąć prawo i słusznie wymierzona kara….

    Odpowiedz
  • 21 lutego, 2018 o 20:33
    Permalink

    Ja z podobnych powodów nigdy nie mogłem pracować na roli. Przy dekapitacji główek kapusty zawsze słyszałem ich płaczliwe błagania “ja chcę żyć” a przy wyrywaniu marchewek i pietruszki wrzaski “ała, ty brutalu”, tak jak w dzieciństwie, gdy targałem siostry na włosy.

    Życie jest okrutne. Człowiek też. A przecież każde stworzenie czy to konie, czy świnie, czy kapusta, czy marchewka, chcą na tym świecie istnieć i żyć.

    Odpowiedz
  • 24 lutego, 2018 o 12:25
    Permalink

    Bisnetusie, zostaw w spokoju dekapitowaną kapustę, lepiej pojedź do Skaryszewa i wyrób sobie własne zdanie. Ja tam byłem, a kapustę (zdekapitowaną) spożywam bezboleśnie. A Ciebie siostry nie targały?

    Odpowiedz
    • 25 lutego, 2018 o 00:08
      Permalink

      Brak Tobie empatii do żywych stworzeń, jakimi są również rośliny. Na tę nadmierną nierównowagę empatii chciałem zwrócić uwagę. Pół żartem, pół serio.

      Wieś i pracę na roli, to ja znam z bardzo odległych czasów z autopsji, w jej pięknych i mniej pięknych, a nawet okrutnych facetach. Więc nie sądzę, aby wizyta w Skaryszewie mnie jakość szczególnie zszokowała. Dużo większe wrażenie robią na mnie makabryczne metody masowej, przemysłowej hodowli zwierząt.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *