Tak mogłoby być. Na przeszkodzie partyjni liderzy

Opisywałem ostatnio nowy sondaż IBRiS. Dotyczył wyborów do sejmików wojewódzkich. W którymś przekazie wyczytałem informację, że sondaż oparto na tysiącosobowej próbie w skali kraju. To błąd – w rzeczywistości w badaniu IBRiS wzięto pod uwagę tysiącosobowe próby w każdym z województw – z wyjątkiem Warmińsko-Mazurskiego, w którym z jakichś powodów nie zebrano danych. To zaś czyni dane IBRiS wiarygodnymi i interesującymi – już choćby dlatego, że przebadano przynajmniej 15 tys. Respondentów. Warto więc pokusić o symulację wyników wyborów i „obsadzić” miejsca w sejmikach według znanego dziś podziału na okręgi wyborcze i metody d’Hondta

 

Ten tekst powtórzy więc niektóre fragmenty poprzedniego, a część zmodyfikuje.

 

Mapę najnowszego sondażu IBRiS prezentowano już w wielu miejscach i omawiano. Niestety nonszalancko. Na pierwszy rzut oka wygląda ona ponuro, ponieważ pisowska koalicja zwana Zjednoczoną Prawicą prowadzi na niej bardzo wyraźnie w 11 województwach z przebadanych 15.

 

Równocześnie jednak zobaczyliśmy uspokajające wyjaśnienia, słusznie zwracające uwagę, że w żadnym z tych województw PiS nie uzyskuje samodzielnej większości. Włącznie z Podkarpaciem – zresztą jedynym województwem, w którym wszystkie partie potencjalnej Wielkiej Koalicji nie uzyskują przewagi nad PiS, ulegając mu stosunkiem głosów 36 do 44%. W całym kraju średnia wyników województw daje 40% Zjednoczonej Prawicy, 31% koalicji zwanej „obywatelską” i złożonej z PO i Nowoczesnej, ale na szczęście aż 57% hipotetycznej Koalicji, która powstałaby z dołączenia do PO i .N również PSL, SLD oraz drobiazgu od Razem przez Bezpartyjnych Samorządowców po Mniejszość Niemiecką i Ślązaków. Kukiz ’15 plasuje się średnio pod progiem, więc na koalicjanta PiS nada się słabo raptem w jednym województwie – nie liczy się ani jako koalicjant PiS, ani oczywiście – choć z innych powodów – jako partner „demokratów”.

 

Samo to ogólnopolskie zestawienie pokazuje coś, na co próbowaliśmy zwracać uwagę przekonując do pomysłu prawyborów. Pal sześć demokratyczne pryncypia – kto z liderów dba o nie, skoro również wyborcy gotowi są o nich zapomnieć, kiedy stawką jest pogonienie Kaczyńskiego gdzie pieprz rośnie. Problem w tym, że PO i .N to w rzeczywistości ułamek potencjalnej „zjednoczonej opozycji”, a bynajmniej nie całość. Różnicę jak 57 do 31 widać nadto wyraźnie.

 

Pomarudziwszy na to, o tyle możemy być spokojni, że przecież „nasi” zachowują większość w ogromnej części Polski.

 

 

Kolor czerwony lub bliski oznacza przewagę „lewaków”, kolory błękitne oznaczają zdrową, pisowską Zjednoczoną Prawicę. Różnice w odcieniach mają znaczenie. Bledszy niebieski, jak w Małopolskiem, oznacza, że PiS jest najsilniejszym ugrupowaniem pod względem procenta oddanych głosów, ale potencjalna koalicja „demokratów” notuje wynik lepszy – choć niestety nie zapewnia on samodzielnej większości. Różowy zamiast czerwonego kolor Dolnego Śląska oznacza z kolei, że najlepszy wynik uzyskuje tam koalicja PO i .N (34,6% głosów), ale również tam „Koalicja Demokratów” nie tworzy większości (48%). Kolor Mazowsza wreszcie oznacza najlepszy wynik dla pisowskiej ZP, ale ponad pięćdziesięcioprocentową przewagę głosów oddanych na „demokratyczną resztę”.

 

Ów drugi rzut oka – nieco uważniejszy – dostarcza więc informacji zrozumiałej. PiS i jego Zjednoczona Prawica, to jedyne liczące się ugrupowanie przeciwników, a po naszej stronie startuje cały tłum. Pierwszeństwo PiS nie powinno zatem dziwić, podobnie jak równoczesna przewaga bardziej rozdrobnionych, ale przecież licznych „demokratów”.

 

Niestety ów drugi rzut oka jest podobnie bezwartościowy, jak pierwszy. Wybieramy w Polsce licząc metodą d’Hondta, więc prawdziwe wyniki tego sondażu da się zrozumieć przykładając je do 80 okręgów wyborczych w 15 przebadanych województwach i do 525 wybieranych tam radnych sejmików. W każdym z tych okręgów wybierać będziemy od 5 do 10 radnych – a przydzielone okręgom liczby radnych w metodzie d’Hondta bardzo poważnie wpływają na wynik. Same procenty głosów mówią bardzo niewiele – zwyczaj komentowania wyłącznie na ich podstawie fatalnie świadczy o rzetelności polskich mediów. Bardzo źle świadczy on też o politykach, bo z pewnością przynajmniej niektórzy z nich dobrze znają wyniki szczegółowych symulacji i z jakichś wartych poznania a nam jednak nieznanych powodów nie decydują się o nich mówić.

 

Podział mandatów — d’Hondt

 

Poza wszystkimi zawiłościami, o metodzie d’Hondta wszyscy wiemy przecież przynajmniej tyle, że silnie premiuje ona listy osiągające przewagę, zwiększając dystans wyborczych liderów do partii mniejszościowych – co czasem daje bezwzględną większość przy ilości głosów zdecydowanie poniżej połowy. Widzieliśmy to w wyborach z 2015 roku, a z powodu mniejszych okręgów w wyborach samorządowych ten efekt działa o wiele silniej.

 

Dokonany podział mandatów daje widoczny tu obraz. Nadal jednak przyglądać się trzeba uważnie. Optymistycznie — w Zachodnioporskiem PiS sondażowo prowadzi nad PO i .N — niecałym procentem głosów jednakże. W mandatach oznacza to równowagę przy oczywistej większej „zdolności koalicyjnej” po stronie PO i .N. Zachodniopomorskie jest więc czerwone, a nie niebieskie.

 

5 niebieskich województw przypada jednak PiS z całą pewnością. Zjednoczona prawica uzyskuje w nich – sama – ponad połowę miejsc w Sejmikach. Żadną miarą nie jest to symetryczna sytuacja – po „czerwonej stronie mapy” jedynie na Dolnym Śląsku koalicja PO i .N samodzielnie uzyskuje 50%. Czerwień na mapie we wszystkich pozostałych przypadkach wynika z przekonania o dalszej „koalicyjnej zdolności” ugrupowań opozycji. To zaś, jak wiemy choćby z dzisiejszej praktyki samorządowej, jest mocnym założeniem.

 

Czerwone Zachodniopomorskie dla przykładu:

 

Mandaty % mandatów
ZP 11 36,7
PO i .N 11 36,7
SLD 5 16,7
PSL 3 10,0

 

Wystarczy przeciągnąć którykolwiek z dwóch klubów, by odwrócić sytuację. Podlasie, również uznane tu za „nasze”, jest jeszcze bardziej wątpliwe:

 

Mandaty % mandatów
ZP 15 50,0
PSL 8 26,7
PO i .N 7 23,3
Koalicja 15 50,0

 

Nigdzie poza Dolnym Śląskiem nie da się mieć pewności, że czerwień utrzyma się na mapie. Pewnym można być jedynie błękitu. Skorygowawszy czerwień dostajemy obraz prawdziwszy. Jeden „pewniak” po naszej stronie przeciw pięciu po stronie przeciwnej. Jeśli nawet jest to obraz przesadzony, dobrze pokazuje skalę marnowanego właśnie potencjału większości głosów.

Skąd zatem rewelacyjna dominacja czerwieni na nagłówkowym obrazku? Pochodzi z symulacji opartej na założeniu zdecydowanie bardziej realistycznym niż zaznaczone wyżej na czerwono, skrajnie optymistyczne kalkulacje koalicji powyborczych. Założyłem mianowicie istnienie porozumienia, zawartego przed wyborami przez wszystkie partie i komitety wyborcze inne niż PiS z przystawkami, Kukiz ’15, partię Wolność i aktywnych na Dolnym Śląsku skrajnie prawicowych Bezpartyjnych Samorządowców.

 

Prawybory i skuteczność koalicji

Założenie budzi wątpliwości – wiadomo przecież doskonale, że elektorat koalicji nie jest sumą elektoratów tworzących ją partii. Na ogół tak bywa – jeśli socjaliści dogadają się z liberałami, wśród wyborców obu partii znajdą się pryncypialnie zniesmaczeni „zgniłym kompromisem”. Jednakże polska sytuacja jest pod tym względem nietypowa.

 

Oczekiwanie zjednoczenia nie jest w żaden sposób ilościowo przebadane, jednak nawoływania słychać zewsząd. Obawa przed PiS – wolno, ale wciąż rosnąca – wzmaga to oczekiwanie i ma szansę działać na tych niezdecydowanych, którzy np. na wybory nie chodzą. „Bonus za zjednoczenie” ma więc szansę zrównoważyć opisany „efekt zniesmaczenia”. Trudno oskarżyć o „zdradę pryncypiów” układające się w ten sposób strony – raczej potwierdzą tym przywiązanie do tych idei, o których od 2,5 roku opowiadamy, opisując pisowską demolkę państwa. Da się więc pomyśleć sytuacja, w której porozumienie partii nie spowoduje odpływu wyborców żadnej z nich.

 

Przy tym wszystkim propozycja porozumienia jest specyficzna. Chodzi o otwarte międzypartyjne prawybory, które poprzedziłyby wybory właściwe. To w ich wyniku miałaby powstać wspólna lista „demokratów”. I nie kuluarowe negocjacje zdecydowałyby tu o miejscach, ale głosy wyborców w normalnej, wyborczej procedurze. I wreszcie porozumienie nie tworzyłoby żadnej programowej koalicji. Przeciwnie – w prawyborach partie konkurowałyby ze sobą, walcząc o miejsca na wspólnej liście. W prawyborach ograniczonej do demokratycznej strony polskiego sporu wyłanialibyśmy rodzaj parlamentu, w którym każdy wybrany polityk zasiadłby w swoim partyjnym klubie, a nie w klubie koalicji. Socjalista akceptowałby więc liberała tak, jak go akceptuje w parlamencie – nie we własnej partii.

 

Przecięcie tej dzisiaj absolutnej zależności partyjnych polityków od partyjnych bossów – następujące siłą rzeczy w prawyborach – miałoby przy tym szansę apelować do tych wyborców, którzy nie znosząc „partyjniactwa” nie chodzą na wybory wcale. A jest ich 50% w wyborach parlamentarnych i 60% w samorządowych.

 

Istnieją doświadczenia włoskich prawyborów, na które wciąż się powołujemy. Wskazują one, że w rezultacie otwartych prawyborów następuje mobilizacja elektoratu powodująca nawet 10% wzrostu frekwencji po stronie zwolenników partii tworzących takie porozumienia. 10% przesądza w Polsce o wszystkim.

 

Kluczem jest sposób zawarcia i uzasadnienie porozumienia. Wbrew milczeniu politycznego establishmentu istnieje polskie doświadczenie prawyborów i bynajmniej nie chodzi o niesławnej pamięci wewnętrzne prawybory w PO, czy lepiej działające praktyki tego rodzaju w SLD – tu chodzi o coś zupełnie innego.

 

Od lat specyficzne prawybory odbywają się – bez ordynacji, lokali i urn wyborczych – w kameralnej atmosferze w dwóch wiejskich świętokrzyskich wioskach, Czachowie i Jakubowicach. Chodzi w nich zwyczajnie o to, żeby obie wioski miały po swoim człowieku w radzie gminy. Zwłaszcza na wsi ludzie lubią wiedzieć, że swój w razie czego pozałatwia w urzędzie, co trzeba. Przed każdymi wyborami w obu wioskach odbywają się więc spotkania. Uczestniczy w nich po jednym przedstawicielu z każdego gospodarstwa we wsi. Spotkanie ustala, którego kandydata poprze wioska w wyborach do rady. Skutek jest taki, że potem do wyborów idzie nie typowe 40% mieszkańców, nie jakieś zachwycające 60%, czy nawet cudowne 90%, ale fizycznie wydawałoby się niemożliwe 100%. Niesprawnych, niezdolnych do poruszania się sąsiedzi niosą do urny, byleby tylko wrzucili do niej głos z ustalonym na zebraniu nazwiskiem.

 

Tak to działa, kiedy ludzie wiedzą, że mogą i kiedy wiedzą po co. Tymczasem robimy w Polsce wszystko, żeby właśnie nie wiedzieli. Zwłaszcza w sejmikach wojewódzkich dominuje podział partyjny, w którym kompletnie już zapomnieliśmy o idei terytorialnej reprezentacji, która powinna być charakterystyczna dla samorządu – on się przecież nawet nazywa terytorialnym. Sejmiki dzielą ogromne fundusze między powiaty i gminy – a ich reprezentacja zdarza się w sejmikach rzadziej niż reprezentacja rad osiedli w gminach. Nie zdarza się – mówiąc wprost – nigdy. Uniemożliwia to zresztą skutecznie ordynacja wyborcza i progi. Dość powiedzieć, że prawybory tworzą dzisiaj w sejmikach wojewódzkich jedyną, unikalną szansę na reprezentację lokalnych środowisk. To właśnie da się zaproponować wyborcom z siłą, której działanie można zobaczyć w Czachowie i Jakubowicach.

 

Z tych powodów pozwoliłem sobie założyć, że wspólna lista wystawiona w wyborach do sejmików wojewódzkich miałaby co najmniej takie samo poparcie, jak suma poparć zmierzonych przez IBRiS dla każdej z partii i komitetów. Resztę załatwia algorytm d’Hondta premiujący duże ugrupowania – a tu mamy do czynienia z takim, które średnio w Polsce zbiera 57%. Efekt widać na czerwonej mapie. W moim przekonaniu w rzeczywistości mapa byłaby czerwona w całości. A przekładając to na wybory parlamentarne osiągnęlibyśmy w nich większość konstytucyjną przy wysokiej frekwencji.

 

 

Tak mogłaby wyglądać rzeczywistość po wyborach. Zależało to — nadal zależy — wyłącznie od woli partyjnych liderów.

 

Co tymczasem partyjni liderzy robią w rzeczywistości?

 

Otóż oni takie symulacje znają. Są dla nich wykonywane. Wnioski zachowują dla siebie. I nie kierują się nimi w koalicyjnych rozmowach. Czym się kierują, można długo komentować. Spędziłem kilka miesięcy podróżując po Polsce w kompletnie nieudanej misji prawyborczej. Nie miałem specjalnych złudzeń, kiedy w nią ruszałem. A jednak kaca po rozmowach z lokalnymi politykami mam większego niż po wszystkich takich kontaktach „w stolicy” – i pewnie minie rok zanim się z niego wyleczę.

 

Nie wchodząc w te pikantne szczegóły, da się powiedzieć z całą pewnością na podstawie danych, które nam zaprezentowano, że w realnych decyzjach polityków z pewnością nie chodzi o:

  • walkę o demokrację;
  • budowę lub zachowanie polskiej samorządności;
  • ani nawet rzeczywistą próbę pokonania PiS.

 

Nie umiem powiedzieć, na kogo radziłbym głosować. Popularna rozsądna odpowiedź brzmi – na najsilniejszego przeciwnika PiS. Przepraszam, ale nie jestem w stanie połknąć aż tak wielkiej i tak wstrętnej żaby. Sam chyba wyjadę do Jarosławia, gdzie wciąż jest szansa na prawybory. Wolę to niż udział w kolejnych marszach w Warszawie. W tamtejszym okręgu sześciomandatowym – jak wynika z danych IBRiS – prawybory są w stanie odwrócić wynik z 4 do 2 na korzyść PiS na 3 do 3. W tym niebieskim, podkarpackim narożniku mapy, w którym nikt nam nie daje żadnych szans.

 

Paweł Kasprzak

Link do zestawienia wyników dla każdego z województw w pliku PDF.

Kolejne kolumny oznaczają odpowiednio:

  1. Procent głosów poparcia dla partii w badaniu IBRiS. Widoczna pod listą partii pozycja „Koalicja” oznacza w tym i każdym innym miejscu sumaryczne dane wszystkich partii opozycyjnych.
  2. Obok znajduje się zestawienie dotyczące mandatów obliczonych na podstawie danych IBRiS metodą d’Hondta. Kolumny podają ilość mandatów oraz procent miejsc uzyskanych w sejmikach. Warto zwrócić uwagę na różnicę między tymi wielkościami, a procentami poparcia, na podstawie których wykonano obliczenia.
  3. Kolumny „Stan posiadania” podają podział mandatów w sejmikach po wyborach z 2014 roku. Układ danych ten sam. Zwraca uwagę gigantyczny spadek w stosunku do tych danych.
  4. Kolumny „Wspólna lista” pokazują wynik uzyskany dla hipotetycznej wspólnej listy opozycyjnej „Koalicji”. Zwraca uwagę różnica pomiędzy ilością mandatów „koalicji po wyborach” (suma mandatów uzyskanych osobno), a ilością mandatów porozumienia przedwyborczego (na wspólną listę porozumienia).

 

 

 

19 thoughts on “Tak mogłoby być. Na przeszkodzie partyjni liderzy

  • Maj 14, 2018 at 07:21
    Permalink

    Ten wywód jest słuszny z punktu widzenia interesu państwa, któremu zagraża PiS. I przy założeniu, że cała opozycja usytuowana w partiach i innych komitetach wyborczych podziela to zdanie. O ile w przypadku wyborów parlamentarnych można to założenie przyjąć za słuszne, o tyle w wyborach samorządowych nie jest to tak oczywiste. Sam napisałeś Pawle, że:
    „Nie wchodząc w te pikantne szczegóły, da się powiedzieć z całą pewnością na podstawie danych, które nam zaprezentowano, że w realnych decyzjach polityków z pewnością nie chodzi o:
    – walkę o demokrację;
    – budowę lub zachowanie polskiej samorządności;
    – ani nawet rzeczywistą próbę pokonania PiS”.
    W obecnych radach gmin i sejmikach koalicje bywają rozmaite, z naszego punktu widzenia mogą wydawać się egzotyczne wręcz. Na dodatek koalicje te bywają trwałe lub związane tylko z jednym tematem. Przypominam, że nie tak dawno radni Warszawy z PO i PiS zgodnie zaklepali budowę w Centrum Warszawy m.in. Nycz Tower:
    „Pierwotna konfiguracja radnych podlegała większym naciskom społecznym i cztery komisje dzielnicowe negatywnie zaopiniowały plan dla wieżowców” – mówi Burza. „Tamta koalicja upadła, niepartyjni radni są już marginesem, a ich głos niezgody załatała tymczasowa koalicja PO i PiS. Deweloperzy widać są w stanie złączyć ‚twardą opozycję’ dwóch starych partii” – przytoczyło w listopadzie 2017 r. OKO.press. I dalej nawiązując do protestów miejskich społeczników: „Sprawa jest lokalna, ale w jakiś sposób typowa. Brak dialogu z mieszkańcami i niechęć do podejmowania decyzji w oparciu o społeczną debatę nie jest wyłącznie warszawską specyfiką – nie dotyczy też jednej partii. Nie zawsze rezultatem jest taka eskalacja. Częściej ludzie po prostu rezygnują: władza ma swój plan i realizuje go nie zważając na opór. Ten brak dialogu ze zwykłymi mieszkańcami to zmora polskiej demokracji”.
    Zatem szczerze wątpię, że jakiekolwiek samorządowe zjednoczenie w imię wyższych racji jest możliwe. Te wybory mają bardzo bezpośrednie przełożenie na lokalne synekury, rodzinne czy przyjacielskie biznesy. A PiS jest bezwzględny.
    Zastanówmy się bowiem dlaczego samorządowcy gremialnie nie zablokowali deformy oświaty? Przecież mogli to łatwo zrobić. Olbrzymie obciążenie samorządów tymi zmianami powinno być wystarczającym powodem, nie mówiąc o całej reszcie. Tymczasem słyszeliśmy o pojedynczych przypadkach i chyba nawet niespecjalnie śledzimy co stało się z nimi dalej. Dlaczego nie zablokowali ustawy gruntowej, która całkiem wprost im szkodzi?
    Podsumowując swoje odczucia: teoria jest świetna, realia porażająco pesymistyczne.

    Reply
    • Maj 14, 2018 at 09:52
      Permalink

      Hm, no ja usiłuję sprawić, że teorię i pogląd podzielą wyborcy i zorganizowana dla nich opinia publiczna, czyli media i ich komentatorzy. Lokalna prasa jest w rękach lokalnych reklamodawców, a to są samorządowe spółki, co załatwia sprawę. Media ogólnopolskie — te, które nie są w ręku PiS…

      Reply
    • Maj 14, 2018 at 13:04
      Permalink

      Każda decyzja samorządu może być unieważniona decyzją wojewody bez decyzji sądu, choć sam nie wiem czy jakieś procedury odwoławcze nie są możliwe. I tak było zawsze, nie od czasów PiS-u.

      Samorządy to jeden z wielkich sukcesów polskiej transformacji i tam jeszcze jakaś demokracja funkcjonuje, ale gdy się przyjrzeć bliżej to i samorządy są tylko po części samorządne i są haki mocno je uzależniające od władzy wykonawczej.

      A ostatnie losy placu Defilad w Warszawie są tej omnipotencji paradnym przykładem.

      Reply
      • Maj 14, 2018 at 13:21
        Permalink

        Oczywiście, absolutnie się zgadzam, że reforma samorządowa jest w zasadzie jedyną rzeczywiście i długofalowo udaną reformą. Żeby była wyraziściej samorządowa potrzebne jest większe i odważniejsze zaangażowanie obywateli. Paradny przykład jest z Warszawy, inne przykłady są też z innych miast, w których wojewoda samowolnie zmieniał sobie nazwy ulic. Ale są też przykłady innego rodzaju uzależnień, także gminnych samorządów, ale ponieważ mam nadzieję, że nie są powszechne nie ma potrzeby więcej o nich wspominać. Jedno jest pewne – bez obywateli słabo się może dziać.

        PS. Chyba dopiero z uwaleniem decyzji przez wojewodę samorząd może iść do sądu, ale nie mam kompetencji żeby wymądrzać się w tej sprawie.

        Reply
        • Maj 14, 2018 at 15:01
          Permalink

          Problem w tym, że w tym systemie zwiększenie partycypacji obywatelskiej praktycznie nic nie zmienia. Partie pozostaną te same i takie same, a wyniki będą zbliżone. Zmienić system można tylko przez otwarcie systemu, a więc nie przez zwiększanie partycypacji w głosowaniu (ta i w komunie była wyśmienita) lecz zwiększanie partycypacji w możliwości aktywnego udziału, oddolnego i swobodnego zgłaszania kandydatów, równości szan kandydatów (te mimo zmiany środków i stylu pozostały na poziomie porównywalnym z komuną).

          Zwrócę tutaj przy okazji na jeszcze jedno oszustwo wyborcze w polskim systemie. Mówi się, że silne partie należy preferować progami, finansowaniem i d”hondami, aby mógł ktoś narodem skutecznie rządzić. W systemach gabinetowo-parlamentarnych ten argument ma jakieś znacznie i może być uwzględniany jako jedno z kryterium jakości demokracji. Może to uzasadniać systemy lekkich premii, jak np. zastosowanie metody D’Hondta. Ale z pewnością nie jest to kryterium podstawowe i nie może zbytnio naruszać czy stawiać na głowie kryterium dużo ważniejszego, jakim jest reprezentatywność parlamentu. Parlament bez reprezentatywności nie ma żadnego mandatu do reprezentowania narodu i wyłaniania legalnego rządu. Premie wyborcze zwiększające możliwość skutecznego rządzenia mogą być uzasadnione, ale tylko w systemie reprezentatywnym. Ale są zupełnie perwersyjne, gdy oznaczają istotne naruszenie lub likwidację reprezentatywności. Te wartości należy traktować w odpowiedniej relacji i ich wagi.

          Ale chciałem o czymś innym. Tak jak w przypadku Sejmu aspekt tworzenia silnego rządu może być rozważany i uwzględniany, to ja się pytam, co robią powiązane progi wyborcze i metoda D’Hondta w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Parlament Europejski tworzy jakiś rząd paneuropejski? Czy odsiew „partyjnego planktonu” w Polsce ma w ogóle jakieś znaczenie dla Parlamentu Europejskiego, gdzie jest reprezentowanych około 200 europejskich partii? Nie. Stosowanie tych metod „premii” nie ma żadnego pragmatycznego znaczenia oprócz zachowania monopolu zamkniętego kartelu uprzywilejowanych partii. I to jest to oszustwo, na które uwagę chciałem zwrócić.

          To samo dotyczy omawianych tutaj Sejmików Wojewódzkich. Sejmiki też nie tworzą jakieś znaczącej egzekutywy, bez której samorządy nie mogłyby się obyć. W Sejmikach idealnie by dział system większościowy, w którym każdy podregion wielkości statystycznego polskiego powiatu miałby w sejmiku swojego spersonalizowanego przedstawiciela, który reprezentowałby w Sejmiku Wojewódzkim interesy społeczności lokalnej, będąc przy tym mocno kontrolowany i rozliczany. Wtedy służyłby tak jak należy obywatelom i społecznościom lokalnym i wspólnocie regionalnej. Te wszystkie łamigłówki i kombinacje z progami, metodami D’Hondta, sztucznie nagiętymi podokręgami znowu służą wyłącznie umocnieniu monopolu kartelu koncesjonowanych nomenklatur partyjnych i odsunięciu obywateli od wpływu na decyzje polityczne w swoich samorządach.

          To samo odnosi się do rad większych gmin i miast, gdzie władza wykonawcza wprawdzie ma większe znaczenie, ale jest wybierane nie przez rady lecz w spersonalizowanych wyborach.

          Reply
    • Maj 16, 2018 at 16:11
      Permalink

      Tylko co jest zlego w „nycz tower”?. Na co jest to przykład? „Aktywisci” protestują przeciw każdemu wieżowcu. Wieżowce w centrum są potrzebne bo racjonalizacji wykorzystanie przestrzeni zabudowy zostawjąc miejsce na tereny zielone.Jednocześnie gęsta zabudowa w centrum umożliwia racjonalniejsze funkcjonowanie komunikacji publicznej. Nie da się stworzyć wydajnej komunikacji miejskiej w rozwleczonej zabudowie. To jakoś „umyka” „aktywistom”? Nie wieżę ze wszystkim, więc o co chodzi? Nie będę dociekać ale mam przypuszczenia…..

      Reply
      • Maj 16, 2018 at 17:48
        Permalink

        Arek, wydaje mi się, że na parę rzeczy to jest przykład. Z tego co wiem plan zagospodarowanie czy inny obowiązujący plan w sprawie tego konkretnego miejsca jest zupełnie inny niż wieżowce. Można dopytać Pauliny Piechna-Więckiewicz, która jako jedyna zdaje się głosowała przeciw zgodzie. Jeśli tak jest to po prostu zostało złamane prawo. Nie wiem, które grupy aktywistów popierały wieżowce, ja o takich nie słyszałam. Jeśli ich nie było, a byli jedynie przeciwni aktywiści i mieszkańcy to pokazuje relację władza-obywatel, wspólną dla PO i PiS. Nie bardzo rozumiem co napisałeś o ciągach komunikacyjnych, bo one się raczej nie zmienią, a zieleń właśnie zostanie zabudowana.
        Jako antyklerykałka nie mogę nie wspomnieć, że wkurza mnie wszystko co może przysparzać kolejnych dochodów kk w Polsce. Uczciwie za to muszę przyznać, że tu nie tylko o Nycz Tower chodzi, a o kilka wieżowców.

        Reply
  • Maj 14, 2018 at 12:54
    Permalink

    Chciałbym wiedzieć w jaki sposób w zachodniopomorskim z niemal równych procentów głosów w skali województwa wyszła PiS-owi prawie niemal dwukrotność uzyskanych mandatów nie PO – też w skali województwa. Wiem, że wyniki powstają w podokręgach, ale przy wszystkich możliwościach manipulacji podokręgami i algorytmami d’Hondta aż takie zniekształcenie wydaje mi się mało prawdopodobne. Podejrzewam, że wkradł się w tym przypadku błąd. Inne wyniki wyglądają lepiej na pierwszy rzut oka.

    Cały ten wpis tak ubocznie wskazuje jak nieproporcjonalny i niereprezentatywny jest ten system wyborczy, i że wola wyborcy nie ma w nim większego znaczenia. System służy jedynie koncesjonowanym partiom, które sztuczkami socjotechnicznymi i ordynacyjnymi manipulują bezwolnym i bezładnym tłumem.

    Reply
    • Maj 14, 2018 at 13:12
      Permalink

      Tak, to błąd w danych, dzięki. Poprawię.

      Właściwy wynik to po 11 mandatach dla ZP oraz PO i .N SLD –5, PSL — 3 mandaty.

      Reply
    • Maj 14, 2018 at 13:30
      Permalink

      Poprawiłem, dziękuję jeszcze raz. Uff, swoją drogą to bezcenne i rzadkie w dzisiejszych czasach spotkać krytycznego czytelnika…

      Reply
      • Maj 14, 2018 at 14:09
        Permalink

        Życzliwa krytyka jest siostrą jakości.

        Ja większość swojej wiedzy o systemach wyborczych wyniosłem głównie z niemieckiej prasy (ostatnio trochę mniej czytam, ale kiedyś czytałem tonami). Tam po każdych wyborach w każdej niemal gazecie jest jest tyle poważnych i krytycznych dyskusji na temat ilu ja nie widziałem w polskiej prasie i mediach przez całe ostatnie 27 lat. Ciągle się rozważa, czy system jest jeszcze funkcjonalny i reprezentatywny, czy mechanizmy wyborcze demokrację wzmacniają czy osłabiają, czy partie swoim działaniem demokrację kształtują pozytywnie, czy jej szkodzą i jej nie degenerują. Wewnętrzne konflikty w partiach odbywają się przy otwartej kurtynie jako część publicznej dyskusji (jak ostatnio w rozdartej i chwiejącej się SPD).

        Czy w Polsce ktoś kiedyś słyszał o żywiołowej dyskusji na temat np. „czy polskie partie przy liczbie swoich członków kogoś reprezentują?” albo „Na co polskie partie wydają pieniądze otrzymując ich relatywnie tyle samo, co ich 20-30 krotnie liczniejsze siostry – partie powszechne na Zachodzie?”.

        Albo „Czy system wyborczy w Polsce jest dla społeczeństwa polskiego reprezentatywny i czy jest demokratyczny?” (tutaj powinny iść takie wykresy i analizy jak tu pańska). Albo „Czy system wyborczy do Sejmu wypełnia faktycznie warunki demokracji 5-przymiotnikowej i czy jest zgodny z polską konstytucją (Art. 4. 32, 96, 99 – Suwerenność narodu, równość wobec prawa, powszechność i równość wyborów, indywidualne bierne prawo wyborcze)”.

        Temat taki jak tutaj powinien być przedmiotem niemal ciągłej debaty publicznej i nie schodzić z mediów. A dziennikarze i politycy powinni się z niemi pocić i się tłumaczyć.

        Ale to są tematy tabu w dzisiejszej Polsce, bo by wyszły prawdy bardzo przykre dla całego systemu. Czasem się zdarzy, że się pojawią w niszach i katakumbach Internetu, tak jak to się dzieje tutaj. Niestety tylko kilkadziesiąt osób lub parę setek to przeczyta. Ale dobre i to.

        Więc i ja dziękuję za poruszanie takich tematów. Systemy wyborcze trzeba rozumieć, o nich dyskutować i je oceniać według kryteriów demokratyczności, funkcjonalności i przydatności społeczeństwu. Bez tego w zasadzie nie ma mowy o funkcjonującej i faktycznej demokracji. Jest chodzenie na oślep we mgle.

        Reply
        • Maj 14, 2018 at 15:24
          Permalink

          Ach, sorry. Różnica może wynikać z obliczeń w podokręgach. Ciągle się o tym zapomina. Metoda d’Hondta słynie z tego, że wraz z rozdrobnieniem na podokręgi błędy zaokrągleń i zniekształceń proporcjonalności się stale sumują. Co jest w literaturze określane jako wada tego systemu.

          Reply
  • Maj 14, 2018 at 17:07
    Permalink

    Mimo wszystko wierzę, że do koalicji PO+N przystąpią jeszcze SLD, Razem i PSL. Tylko porozumienie i wspólna lista sprawią, że PiSie gnomy wylecą na Księżyc. PiS to bandyci i chuligani, i jako tacy muszą być rozliczeni i postrzegani.

    Reply
  • Maj 15, 2018 at 13:36
    Permalink

    D’Hondt czy manipulowanie rozdrobnieniem okręgów?

    Jak już wiemy system proporcjonalny zatraca w małych, niewielomandatowych okręgach wyborczych swoją właściwość proporcjonalności. Zaokrąglenia i premie zależą od ilości mandatów i mogą dochodzić do kilkudziesięciu punktów procentowych. Metoda d’Hondta eskaluje dodatkowo te różnice.

    Znalazłem parę chwil by sprawdzić wyniki sejmiku mazowieckiego, gdzie PiS-owi „jakimś cudem” z 37% głosów wychodzi 51% mandatów. W okręgu 51-mandatowym takie wykrzywienie jest niemożliwe i absurdalne. Wyniki orientują się na około 43% mandatów. Przy połowie tej liczby mandatów wyniki dla zwycięskiej partii trzymają się granic od 42 do 45%. A więc wyniki są w miarę proporcjonalne podparte wyraźną premią za jedność czy większość.

    Sytuacja zmienia się diametralnie dla okręgów małych. Dla tej konkretnej konstelacji rozkładu głosów w 5-mandatowym okręgu 37% głosów przechodzi w 3 mandaty, a więc 60% miejsc w Sejmiku. Podobnie w okręgu 7-mandatowym, gdzie wychodzą 4 mandaty a więc 57% całości. To są jedyne przypadki przekroczenia granicy 50%. Wyżej już ten efekt nie występuje. Ale dla parzystej liczby mandatów dosyć długo (chyba do 14 mandatów) wychodzi czasem połowa mandatów dla zwycięzcy, a więc 50%.

    Bez patrzenia w dokumentację można założyć, że na Mazowszu posiadającym 51 mandatów w sejmiku musi być sporo okręgów 5- i 7-mandatowych. Bez tego taki rozjazd i przekroczenie 50% nie byłyby możliwe.

    Do tego dojdzie rozplanowanie tych okręgów na duże miasta i prowincję. Ta analiza z powodów oczywistych przyjęła wyniki z województw dla wszystkich podokręgów, ale jak wiemy decydujące znaczenie dla „rysowników okręgów” i dla ostatecznych wyników będą miały rolę wyraźnie różnice preferencji między wielkimi miastami i prowincją. Na Mazowszu są te różnice drastyczne, ale w innych regionach występują również.

    Jestem ciekaw, czy i jak okręgi będą zmienione na nadchodzące wybory. Z dotychczasowymi podziałami jest różnie. W moim województwie Szczecin jest wyraźnie „poszkodowany” wobec prowincji wybierając 8 delegatów wobec 5-6 przez całą resztę. Ale już w Wielkopolsce lub na Mazowszu metropolie są wielkością okręgów faworyzowane. W wielu innych województwach proporcje wydają się dość dobrze wyważone, jak Śląskie czy Dolnośląskie.

    O ile wiem okręgami wyborczymi dla Sejmików zarządzają ciągle jeszcze Marszałkowie Sejmików Wojewódzkich, a jeśli to prawda, to większych zmian w podziałach nie należy się spodziewać. Ale to są głównie przypuszczenia. Dla sprecyzowania symulacji przydałaby się ostateczna lista i struktura okręgów oraz bardziej szczegółowe dane respondentów sondaży pozwalające na przyporządkowanie preferencji do poszczególnych okręgów albo przynajmniej do kategorii mieszkańców większych miast i mieszkańców prowincji.

    Reply
    • Maj 15, 2018 at 16:25
      Permalink

      Na Mazowszu jest 7 okręgów (dane z Wikipedii i mojego lenistwa, mogą być nieaktualne). Jeden 10- i dwa 9-mandatowe. Dwa 5-mandatowe, jeden 6- i jeden 7-mandatowy.

      Rozkłady (Mazowiecka Wspólnota Samorządowa z 5,1% oczywiście idzie pod efektywny próg, Kukiz ’15 idzie pod ustawowy)):

      10-mandatowy: ZP-5; PO-N-2; PSL-2; SLD-1.
      9-mandatowy (odpowiednio) 4:2:2:1.
      7-mandatowy 2:2:1:0
      6-mandatowy 3:2:1:0
      5-mandatowy 3:1:1:0.

      Ciekawe zachowania tych okręgów. Wyniki są naprawdę trudne do przewidzenia, natomiast narzędzia manipulacji są dość oczywiste. Największe zniekształcenia pochodzą z małych okręgów. Dobrze jest oczywiście wiedzieć, kto ma w nich tradycyjnie przewagę, ale bezcenna jest również informacja o tym, ile jest ugrupowań w wiodącej stawce. Jeśli są dwa, to ten przegrywający ma interes w parzystej ilości mandatów, a wygrywający w nieparzystej. Jeśli trzy — wyrównaną stawkę zapewnia podzielna przez trzy liczba mandatów, a przy niepodzielnej — zabawa robi się skomplikowana i ciekawa dla tego, kto zajmuje drugie miejsce.

      Natomiast — duża przewaga ZP przy stosunkowo wobec tej przewagi wyrównanej stawce pozostałych dała efekt widoczny — ZP ma 50% w największym okręgu, ma też 50% w 6-mandatowym, a we wszystkich mniejszych okręgach nieparzystych przekracza próg 50%. Sprawdziłem — w 11-mandatowym okręgu przybywa mandat dla PO i N i ZP traci przewagę.

      Reply
      • Maj 15, 2018 at 17:46
        Permalink

        Zgadza się. Tego się spodziewałem (przy 7 mandatach miało być pewnie 4:2:1) W małych okręgach proporcjonalność jest wyraźnie naruszana stając się trochę loterią. Moim zdaniem najwłaściwsza w Sejmikach byłaby klasyczna ordynacja większościowa.

        Reply
      • Maj 15, 2018 at 18:01
        Permalink

        Z mojej analizy wyborów na Mazowszu w 2014 wynikało, że SLD uzyskało ten jeden jedyny mandat w 5-mandatowym okręgu (Ursynów, Wilanów, Śródmieście, Mokotów). Trzy najmniejsze okręgi są warszawskie, pozostałe 4 – pozawarszawskie. W Warszawie zwyciężyła PO, niewiele za nią był PiS, ale poza warszawą PSL rozgromił wszystkich choć PiS trzymał się dzielnie. To ostatecznie dało ogólny wynik PiS, PSL, PO.
        Jak rozumiem sondaż IBRIS jakoś uwzględniał tę specyfikę. Choć zmiennych jest tyle, że naprawdę rzetelny sondaż powinien przeliczać od razu na mandaty w danym okręgu. Z kolei okręg dzieli się na obwody i ich specyfiki sympatyzowania też mają znaczenie. Inaczej wszystko jest bardzo, ale to bardzo szacunkowe. Sondaż wskazuje na marginalizację PSL, ale czy rzeczywiście jest aż taka?
        Bardzo żałuję, że nie ma danych z Warmii i Mazur, bo to moje drugie województwo. Z 2014 roku podam tylko takie dane:
        PSL 159.326 głosów = 14 mandatów
        PO 115.461 głosów = 9 mandatów
        PIS 80.913 głosów = 6 mandatów
        SLD 36.482 głosy = 1 mandat
        Okręgów było 5: jeden 5-mandatowy, trzy 6-mandatowe i jeden 7-mandatowy. Nie wybadam bardziej szczegółowo specyfiki. W mojej bardzo wiejskiej gminie standard: miażdżąco PSL, daleko dalej PO i PiS. Liczba uprawnionych 3547… Ale już w sąsiedniej, gdzie uprawnionych było prawie 20 tys. PO wygrało z PSL o prawie 3 długości.
        Średnia frekwencja 46,93%. Było parę obwodów powyżej 50%, ale jeden 35,45% (Elbląg) załatwił sprawę. W mojej gminie 57,74 🙂
        Tak czy siak, dane sondażowe z tego okręgu byłyby bardzo ciekawe w kontekście właśnie jakby niemal powszechnej marginalizacji PSL. No i kompletnie nic nie wiadomo o .N.

        PS. Ciekawe nawet takie grzebanie.

        Reply
        • Maj 15, 2018 at 21:07
          Permalink

          Też lubię takie grzebania. Kiedyś robiłem tego więcej.

          PSL mnie czasem zadziwia swoimi wpływami w terenie, a że na Mazowszu jest tak aż tak silny to mnie zaskoczyło. PSL to jest jedyna polska partia przy której nie piszę „partia polityczna” w cudzysłowie. Jest zakorzeniona społecznie (w niektórych regionach) i w pewnym sensie obywatelska. Niestety zawdzięczamy to raczej jej 120 letniej tradycji i zachowawczej kulturze chłopskiej, która raczej zanika. A nie partiotwórczym naturalnym procesom demokratycznym w III RP, których po prostu nie ma. Ale wychodzi na to, że ten system i tę partię kiedyś pożre i wrzuci w progowy niebyt.

          Jedno zdanie odrębne. Od obwodów wyborczych w wynikach nic nie zależy. To tylko punkty zbiorcze oddawania i obliczania głosów. Wyniki zależą jedynie od mandatów i głosów w okręgu wyborczym, metody liczenia i zaliczania głosów, no i w większych okręgach od progów wyborczych stosowanych w okręgu lub nawet wyżej.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *