W przededniu strajku nauczycieli – szkoła i Konstytucja RP

Nauczyciele chcą, czego im się należy. Ale problemy polskiej szkoły – wcale nie unikalne na tle tego, co się dzieje w Europie i wszędzie w cywilizowanym świecie – są oczywiście o wiele większe i choć najczęściej o tym nie wiemy, dotyczą najbardziej fundamentalnych zasad nowoczesnego państwa

Zaliczam się do bardzo radykalnych krytyków oświaty w III RP – nie tylko demolki, którą zafundowała nam minister Zalewska, ale również wszystkiego, co robiły wcześniejsze władze i czego zaniechały. Publiczna szkoła tkwi w głębokim cywilizacyjnym kryzysie wszędzie na świecie – właściwie nie ma dziś kraju, który nie zmagałby się z koniecznością reformy systemu edukacyjnego i nie ma żadnego, w którym ta reforma byłaby udana, nie wyłączając stawianej często za wzór Finlandii. To bardzo rozległy temat, pełno w nim fałszywych, pozornych oczywistości – do jego omówienia potrzeba wielu trudnych książek, a nie publicystycznego artykułu. Sporo o tym wiem i korci mnie, żeby o tym opowiedzieć, ale to zdecydowanie nie ten czas i nie to miejsce, choć właśnie strajkują nauczyciele. O pensje nauczycieli warto jednak walczyć w każdym czasie i również w najgorszym możliwym modelu szkoły, bo one są krytycznie ważne zawsze.

Pakt o nauczycielskich pensjach

Wbrew wielu legendom i pozornym oczywistościom nie ma badań, które by potwierdzały, że od jakości szkoły zależy rozwój społeczeństwa, gospodarki, czegokolwiek z tych rzeczy. Nawet jakość uniwersytetów w żaden prosty sposób nie zależy od jakości systemu oświaty – fińska szkoła uchodzi za świetną, a choć to jest mocno przesadzona opinia, to na pewno z wyników fińskiej szkoły żadną miarą nie wynikają sukcesy fińskich uniwersytetów, bo ich po prostu nie ma. A np. programistów dla Nokii trzeba było importować m.in. z Polski, w której szkoły były i pozostają fatalne.

Wszystkie badania pokazują natomiast inny związek – jakość szkoły mierzona wynikami uczniów zależy wprost od kapitału kulturowego ich środowiska. Innymi słowy dobra szkoła jest po prostu jednym z „produktów” rozwiniętego, dobrze wykształconego, oczytanego i bogatego społeczeństwa. Rzeczywistość wynikająca z danych jest brutalna: dzieci „z dobrych domów” mają dobre wyniki, dzieci ze środowisk upośledzonych – fatalne. Kiedy oddajemy własne dzieci zespołowi obcych ludzi, by je wykształcili i wychowali, ustrój szkoły, metody jej pracy, kształt programu – to wszystko jest oczywiście ważne. Ale ważniejsze jest, jacy ludzie tworzą środowisko, w którym nasze dzieci żyją i rozwijają się, kiedy są w szkole. Czy ci ludzie są od nas samych wykształceni lepiej, czy gorzej, czy są bardziej, czy mniej cywilizowani. Choćby szkoła dysponowała podręcznikami budzącymi fascynacje zapierające dech w piersiach, choćby skomputeryzowano ją według standardów NASA, nie oddamy dzieci pod opiekę nieokrzesanym głupkom – jeśli wolno mi tak się wyrazić.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Edukacja Niepodległa: O kulturze demokracji

Nauczyciele to ogromna liczba ludzi – w Polsce jest ich 600 tysięcy, ponad 1,5 proc. ogółu Polaków – i z tego powodu są oni elementem masowego społeczeństwa, a w nim – „produktem” masowej kultury, która kształtuje ich przede wszystkim. Bardziej niż zawodowe studia, które pokończyli. Jak każda wielka grupa, nauczyciele podlegają wszelkim statystykom, które dotyczą wszystkich Polaków. Podobnie głosują, mają podobne gusty, poglądy w sprawach uchodźców, roli Kościoła, praw kobiet – i w telewizji oglądają te same seriale, na których oglądanie przez dzieci tak bardzo wszyscy narzekamy.

Jeśli pozwolimy, by nauczyciele byli przeciętni i by kształtowała ich kultura masowa, „edukacyjny efekt”, jaki mogą spowodować, będzie co najwyżej prostym odtworzeniem średniego „poziomu cywilizacyjnego” ogółu społeczeństwa. W rzeczywistości jest gorzej, bo szkoła – jak każdy system – ma ograniczoną „wydajność” i nigdy nie jest ona stuprocentowa. Proste odtworzenie poziomu kulturowego kapitału nigdy się zatem nie udaje i zamiast niego musi wystąpić regres. W istocie zarówno w Polsce, jak zresztą w bardzo wielu krajach Europy, mamy do czynienia właśnie z tym zjawiskiem, co dodatkowo wzmagają przemiany kulturowe powodowane między innymi nowymi mediami, załamaniem pojęcia mainstreamu, jego estetycznych, moralnych i intelektualnych autorytetów, wszechwładzą post-prawdy itd.

Wielkość grupy nauczycieli oczywiście utrudnia finansowe rozwiązania. Podwyżki dla sześciokrotnie mniejszej grupy policjantów wymuszono dopiero w sytuacji skrajnej. Podwyżki dla nauczycieli muszą kosztować nieporównanie więcej. W istocie jednak wybór ma tu charakter strategiczny i powinien być przedmiotem bardzo świadomej, niezakłamanej debaty z udziałem wszystkich Polaków. Wiele grup ludzi w służbie publicznej powinno tworzyć elitę społeczeństwa. W przypadku nauczycieli ta konieczność jest niezwykle ostra – niezależnie od tego, czy mówimy o szkole zdemolowanej przez minister Zalewską, czy o takiej, która ma szanse działać jako tako normalnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ludzie nie liczby. Projekt Dariusza Popieli zasługuje na najwyższe uznanie

Dlatego płacowe roszczenia nauczycieli powinniśmy popierać zawsze – niezależnie od tego, czy formułuje je nauczycielska Solidarność, która poparła jawnie indoktrynacyjną politykę Zalewskiej, czy ZNP, który przez lata reprezentował najbardziej zachowawcze postawy nauczycieli, skutecznie rozbijając wszelkie reformatorskie próby. I niezależnie od tego, czy nauczyciele pracują w szkole jawnie nastawionej na wychowanie kolejnych pokoleń narodowców i czy tę politykę popierają. Chodzi po prostu o to, komu konkretnie, jakim ludziom, jaki poziom reprezentującym, oddajemy własne dzieci na wychowanie. To muszą być najlepsi z najlepszych. Finowie zdali sobie sprawę przede wszystkim z tego, kiedy kilkadziesiąt lat temu rozpoczynali własną reformę.

Brutalnie mówiąc, by średnie wykształcenie – jakkolwiek je mierzyć – rosło z pokolenia na pokolenia, nauczyciele powinni zarabiać zdecydowanie powyżej średniej, jeśli wysokość pensji ma jakikolwiek związek z rzeczywistymi kwalifikacjami. Z tego powodu – a mówimy przecież o wielkim systemie stanowiącym w Polsce, podobnie jak we wszystkich cywilizowanych krajach jedną z trzech najwyższych pozycji w budżecie obok armii i służby zdrowia – nauczycielskie pensje powinny być przedmiotem świadomie zawartego społecznego paktu. Ustawy w tej sprawie nie wolno zmieniać zwykłą polityczną większością – to powinna być jedna z ustaw organicznych, których zmiana wymaga większości kwalifikowanej oraz obowiązku debat, które zwykle zastrzega się dla konstytucji.

Możliwe dobrodziejstwo pisowskiej demolki

Okres rządów PiS – choć przynosi straty bardzo dotkliwe i niestety z pewnością długotrwałe – ma też swoje korzyści i do nich należy społeczna świadomość znaczenia niezawisłości sądów oraz innych konstytucyjnych zasad, ale też m.in. docenienie roli „postulatów kobiecych”. Choćby poparcie dla liberalizacji prawa aborcyjnego, które nie drgnęło przez niemal trzy dekady, w ciągu trzech lat rządów PiS wzrosło dramatycznie i dziś już za liberalizacją opowiada się większość Polaków. Z punktu widzenia naszej, Obywateli RP, działalności, da się wskazać postulat rozproszonej kontroli konstytucyjności – prawa sądów powszechnych do orzekania wprost z konstytucji, wbrew ustawom, które wolności konstytucyjne mogą naruszać.

Dziś już jest to postulat powszechnie uznawany przez środowisko prawnicze – kilka lat temu uchodził za ekstrawagancję ocierającą się o zabarwioną anarchizmem utopię. Opowiadała się za nim prof. Ewa Łętowska i kandydująca do europarlamentu prof. Monika Płatek, ale poza nimi trudno było uświadczyć pojedynczego prawnika, który uważałby, że konstytucję da się w sądzie intepretować inaczej jak tylko za pośrednictwem stosownych ustaw. Moglibyśmy latami próbować wszcząć dyskusję w tej sprawie – podobnie zresztą, jak w wielu innych – szansę dało dopiero bezprawie PiS i nasza decyzja, by pisowskie przepisy po prostu łamać. Dziś już prawnicy powszechnie akceptują zasadę, by praw konstytucyjnych dało się dochodzić w każdym sądzie.

Dzisiejsza demolka szkoły ma szansę zadziałać podobnie. Wszyscy z niepokojem dostrzegamy indoktrynacyjne tendencje szkoły „dobrej zmiany”. Rzecz jednak w tym, że pisowska reforma nie na tym polegała. Zmodyfikowany program dostaliśmy w bonusie, który możliwy był i bez zmiany prawa oświatowego. O szkolnym programie bowiem jednoosobowo i nawet bez parlamentarnej kontroli zwykłym rozporządzeniem decyduje Minister Edukacji Narodowej – i tak było zawsze. Decyduje zresztą bardzo drobiazgowo – to kwestia nie tylko tzw. podstawy programowej, w rzeczywistości bardzo szczegółowo i jednolicie dla wszystkich dzieci opisującej pożądane przez rząd umeblowanie dziecięcych głów. To również sztywno określona „siatka godzin” opisująca w szczegółach, ile godzin w tygodniu nasze dzieci poświęcą ćwiczeniom fizycznym, a ile ćwiczeniom z rachunków, niesłusznie zwanym matematyką, ile religii, ile fizyce itd. Na 12 najważniejszych lat życia. Trudno o bardziej wyrazisty przykład totalitarnego systemu. Spróbujcie uwolnić od tego systemu własne dziecko, a przekonacie się, jak bardzo on jest szczelny.

Dzieciom i rodzicom nie przysługują tu żadne prawa. Rodzic, który stwierdzi, że szkoła demoralizuje lub indoktrynuje jego dziecko – czy będzie to „prawak”, walczący z „genderyzmem”, czy „lewak” walczący z pruską dyscypliną w służbie szkolnego „ciemnogrodu” obecnego nie tylko na lekcjach religii, ale również historii, polskiego i nawet (a jakże!) biologii, fizyki i matematyki – w każdym takim przypadku darmo byłoby rodzicom powoływać się na Art. 48.1 i 53.3 o ich prawie do wychowania dzieci zgodnie z sumieniem i poglądami lub na Art. 73 o wolnościach intelektualnych człowieka. Nie ma takiego sądu, przed którym dałoby się stanąć.

W ciągu 12 lat przymusowej szkoły, jej aparat – począwszy od ministra, poprzez kuratorów, a na nauczycielach kończąc – decyduje o życiu dziecka w drobiazgach i sprawach przesądzających o całym jego życiu. Tutaj znów – żadna z tych decyzji nie podlega zaskarżeniu i jakiejkolwiek kontroli. Z uczciwości przypomnieć trzeba, że tak jest niemal w całym cywilizowanym świecie. W Europie jedynie Wielka Brytania ma specjalne sądy oświatowe oraz zasadę, że system szkolnictwa jest pomocniczy wobec rodziców, którzy decydują o edukacji dzieci, odpowiadają za nią, mogąc, ale nie musząc korzystać z pomocy państwa i jego instytucji.

Znaną nam dzisiaj szkołę powszechną wymyślono i zaprojektowano w Prusach. Wraz z koncepcją szkolnego programu, skrojonego wówczas na miarę „oświecania prostaczków” – i te cechy treści podręczników są w nich wszechobecne do dzisiaj.

To osobny, niezwykle rozległy temat, ale warto zauważyć, że z ustrojowego punktu widzenia szkolna tradycja ma nieporównanie dłuższą historię. Sięga ona mianowicie greckiego antyku. Znamy więc spartańską agoge. Była to szkoła państwowa i przymusowa. W szkolnym wieku dzieci odbierano rodzicom i przekazywano państwu – osobno dziewczynki wychowywane na gospodarne i wierne żony, osobno chłopców wychowywanych na patriotów i wojowników. Pruska szkoła dziedziczy właśnie tę tradycję – głównie poprzez zasadę, że dzieci są „własnością” państwa, gdy idzie o ich edukację. Z Aten z kolei znamy tradycję przeciwstawną. Prawo Solona obowiązek wykształcenia dzieci nakładało na rodziców. Dzieci były w Atenach ich „własnością” i to na rodzicach spoczywała edukacyjna odpowiedzialność. Prawo Solona nie określało ani treści, ani formy wykształcenia dzieci, przewidując jednakże sprytnie określoną sankcję za zaniedbanie obowiązku. Rodzicom dopuszczającym się zaniedbania nie przysługiwało mianowicie prawo domagania się od dzieci opieki na starość nad sobą.

Jakkolwiek stare są historyczne tradycje, ów wybór „czyje jest dziecko” w procesie edukacji – państwa, czy rodziców – jest podstawową decyzją o konstytucyjnym charakterze, której nigdy świadomie nie podjęliśmy w nowoczesnym państwie. Zaledwie bezmyślnie dziedziczymy anachroniczne rozwiązanie pruskie. Kolejna decyzja podstawowa dotyczy konfliktu wartości pomiędzy podstawową wolnością swobodnego rozwoju intelektualnego i duchowego, a narzucanymi przez państwo normami wykształcenia. Konstytucyjna wolność nauki nie może zostać podporządkowana żadnemu dobru wspólnemu innemu inaczej niż to określa Art. 31.3. A jest ograniczona skrajnie – prawem oświatowym i wydawanymi na jego podstawie rozporządzeniami o totalitarnym charakterze.



Ustrój szkoły – jak zresztą każdej instytucji i całego państwa – jest dobry nie wtedy, kiedy zarządzają nią ludzie światli i porządni. Byłoby lepiej, gdyby takich promował. W rzeczywistości jednak dobry ustrój to dopiero ten, który nie pozostawia nas bezbronnymi również wówczas, gdy ministrem zostaje Josef Goebbels, Roman Giertych, czy p. Zalewska – bo historia uczy, że to się może zdarzyć zawsze. W dzisiejszym systemie prawnym – niestety nie tylko polskim – rodzice w kraju opanowanym przez faszystów nie mieliby wyjścia, jak tylko oddać dzieci na wychowanie szkole Goebbelsa i drużynom Hitlerjugend. Tę prawdę mamy szansę uświadomić sobie dzięki władzy PiS i demolce „dobrej zmiany”. Szkoła to jedno wielkie zagadnienie z kategorii praw człowieka. Prawo oświatowe, które przez lata nowelizowano co najmniej raz w roku w wyniku orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, jest w rzeczywistości niekonstytucyjne jako całość. Tak było zawsze – a nie tylko po pisowskiej reformie.

Czym jest kontrola konstytucyjności

Mamy jak oskarżyć nauczyciela, kiedy skrzywdzi nasze dziecko fizycznie, okradnie je lub wykorzysta seksualnie. Nie mamy żadnych takich możliwości, kiedy nauczyciel kłamie, opowiada brednie lub robi nam z dzieci narodowców. Nie mówiąc o znanej wszystkim działalności belfrów powodujących lękowe fobie i trwający przez resztę życia urazowy strach przed czymkolwiek, co kojarzy się z matematyką. Możemy wtedy co najwyżej awanturować się u dyrektora, prosząc go, by głupiego belfra zwolnił. Wobec durnych i szkodliwych podręczników – a nie znam innych poza nielicznymi wyjątkami, już dawno ze szkoły wycofanymi (za czasów PO, żeby nie było wątpliwości) – jesteśmy bezbronni już całkowicie. Podobnie jak wobec ministerialnych programów, siatek godzin itd.

Na marginesie nauczycielskich protestów warto uświadomić sobie, że ten problem dotyczy nie tylko szkoły – jest w rzeczywistości bardzo powszechny i podobny na przykład do sytuacji, w jakiej znalazła się ponad setka Obywateli RP objętych zakazem wstępu do Sejmu.

Skandaliczne decyzje wydane przez Straż Marszałkowską na podstawie absurdalnego rozporządzenia Kuchcińskiego pozbawiają ludzi istotnych politycznych praw. Bez sądu i bez możliwości odwołania. Decyzji w tej sprawie nie udało się zaskarżyć w sądzie administracyjnym – złożone pozwy oddalono, ponieważ sąd uznał się za niewłaściwy do orzekania w tego rodzaju sprawie. Norma prawna, która pozwala na taką decyzję, nie wskazując sądu, przed którym obywatel może dochodzić swoich konstytucyjnych praw i wolności w zderzeniu z każdą władzą i każdą państwową służbą – czy jest nią publiczna oświata, jakikolwiek urząd, czy służba zdrowia – jest niekonstytucyjnym skandalem. I podobnie jak w szkole – tak było w III RP zawsze.

Problem szkoły – zarówno w kwestiach wynagrodzeń nauczyli, o które toczy się dziś batalia, jak w kwestiach programu i ustrojowych fundamentów – okazuje się w ten sposób dotyczyć całego państwa i jego najgłębszej filozofii. Nic dziwnego – jako się rzekło, szkoła jest raczej produktem, choć równocześnie jest źródłem cywilizacji, w której żyjemy.

Paweł Kasprzak, 7 kwietnia 2019


Dorzuć swoją cegiełkę do walki o demokrację i państwo prawa!

Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

6 myśli na temat “W przededniu strajku nauczycieli – szkoła i Konstytucja RP

  • Kwiecień 7, 2019 o 17:53
    Permalink

    Po prostu w punkt, o wielu rzeczach wiemy od lat i nie możemy zrobić nic. Państwu polskiemu niezbędną jest przebudowa…

    Odpowiedz
  • Kwiecień 7, 2019 o 18:47
    Permalink

    Proponuję zapytać prof. Łętowską i/lub prof. Matczaka, jak można zaskarżyć ww. skandaliczną decyzję Kuchcińskiego – musi istnieć jakaś droga prawna na bezprawne decyzje w państwie prawa. Jeśli nie istnieje, to może TSUE/CJEU?

    Odpowiedz
    • Kwiecień 7, 2019 o 19:05
      Permalink

      Istnieje. Skarga do sądu administracyjnego. Sprawy wygrali dziennikarze — Daniel Flis z OKO.press i Ewa Siedlecka z Polityki. W naszych przypadkach sąd skargę odrzucił, uznając się za niewłaściwy. I właśnie to jest niedopuszczalne — sąd powinien mieć obowiązek wskazania właściwej drogi postępowania. To nie może być tak, że nie ma żadnej ścieżki prawnej — a tyle w sądzie administracyjnym się dowiedzieliśmy.

      Odpowiedz
  • Kwiecień 7, 2019 o 23:41
    Permalink

    Panie Pawle, zatem należy wymusić na danym sądzie prawidłowość działania, czyli wymusić wskazanie właściwej drogi postępowania. Jak wymusić? Poprzez złożenie skargi na ten sąd w przewidzianym trybie do instancji nadrzędnej. Obie wskazane przeze mnie (WKKos) osoby (a także np. Pan Giertych) z pewnością ochoczo poradzą, jaką najskuteczniejszą drogę obrać. NIE WOLNO NAM WSZYSTKIM “odpuszczać” takim przypadkom! Buta i arogancja obecnej władzy musi być wypleniona.

    Odpowiedz
    • Kwiecień 8, 2019 o 13:56
      Permalink

      Ależ te drogi oczywiście wyczerpaliśmy i kontynuujemy ścieżkę międzynarodową. To nie jest buta i arogancja obecnej władzy. To zasadnicza cecha ustroju RP i nie PiS ją wymyślił. Nie da się powołać na wolność sumienia i wyznania w szkola — nigdy się nie dało. Nie da się powołać na wolność nauki i nauczania w systemie szkolnictwa — nigdy się nie dało. Nie ma jak skarżyć propagandy choćby w budynkach państwowej poczty. Obywatel pozbawiany praw w budynku Sejmu, w szpitalu, w szkole — absolutnie musi mieć możliwość sądowej skargi. Skarga może zostać odrzucona, ale w sprawie praw i wolności konstytucyjnych sądy muszą interweniować zawsze. A nie interweniują — żądają, żeby im palcem pokazać ustawę, a w niej np. to, że rozporządzenia sejmowe leżą w przedmiocie ich zainteresowania. To systemowy, ustrojowy problem. Prawa i wolności konstytucyjne muszą być przedmiotem kognicji sądów powszechnych — czy jest do tego stosowna ustawa, czy jej nie ma.

      Odpowiedz
  • Kwiecień 8, 2019 o 17:56
    Permalink

    Sprowadza mnie Pan na ziemię. A tak bezgranicznie (zwłaszcza “ostatnimi czasy”) ufałem sądom… (bo nigdy styczności z nimi nie miałem) i murem za nimi stałem. Spodziewam się zatem, że wszczęta przez Was “ścieżka międzynarodowa” [chyba właśnie TSUE, bo nie dostrzegam innej, a może Council of Europe’s Commission for Democracy through Law (“Venice Commission”)?] będzie działać skutecznie, tyle że to czasowo bardzo długo i w tym czasie rzeczony “delikwent” zdąży się ewakuować.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *