Prawybory mogą być lekiem na zło polityki PiS

Polityka przestała być grą, zmieniając się w walkę o życie. Dlatego wojskowa terminologia, tak pasuje do opisu tego, co dzieje się w Polsce. Niestety, wielu komentatorów goniąc za poczytną frazą, zaciemnia obraz, a my potrzebujemy poważnej dyskusji
 
Drażni mnie lekkie podejście i formułowanie wniosków ad hoc. Na błędne oceny po naszej stronie wpływ też ma nieskrywane schadenfreude z racji słabych – zdaniem części opozycji pozaparlamentarnej – wyników koalicji obywatelskiej (czytaj PO). Z toksyczną relacją sierot po Tusku do PO oswoiłem się, ale dziś gra toczy się o zbyt wielką stawkę, by na ten grafomańsko-oniryczny lans nie reagować i nie domagać się rzetelnego opisu, za którym pójdzie zrozumienie sytuacji i gotowość do kompromisu i współdziałania.

Wybory samorządowe – to bitwa nie wojna

Na wybory samorządowe trzeba patrzeć, jak na pierwszą z bitew, a nie na odrębną wojnę. Dlatego oceniając wyniki nie można abstrahować od dalszej perspektywy. Czasem bowiem poddany szaniec to taktyka. Innym razem zwycięstwo w bitwie może okazać się pyrrusowym. Po drugie, pisanie o klęsce czy zwycięstwie którejś z partii przed drugą turą wyborów i przed końcem rozmów koalicyjnych (czyli podziałem łupów) jest nadużyciem lub pokazem niekompetencji. Dopiero po kilku tygodniach, albo nawet miesiącach, osiągniemy stan niepewnej równowagi, który pozwoli ocenić skutki samorządowej bitwy i skorygować ewentualną taktykę przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i Sejmu. Dziś mamy jedynie sukcesy lub porażkę ludzi – Rafała Trzaskowskiego i Hanny Zdanowskiej, czy Jarosława Wałęsy lub Patryka Jakiego.

Błędem jest też mówienie o sukcesie społeczeństwa obywatelskiego z racji wyższej niż zwykle frekwencji. To podejście w stylu polskich komentatorów sportowych, którzy miejsce w drugiej dziesiątce uznają za sukces, gdyż z racji małej wiary w zawodnika widzieli go na końcu stawki. Frekwencja 54 proc. to na tle Europy mało. Musimy znaleźć sposób na zaktywizowanie kolejnych 15-20 procent. Inaczej fundament ewentualnych zmian znów będzie kruchy, jak w 1989 roku. Poza tym obywatelskość nie objawia się tylko w akcie wyborczym. Gdy spojrzymy na komisje, gdzie z trudem zebrano składy, gdy popatrzymy na liczbę osób, które zgłosiły się by kontrolować wybory, to widać, że aktywni są zdecydowaną mniejszością miliony nadal są bierne.

I nie tłumaczy ich to, że szwankowała informacja, że trudno było się zapisać do komisji itd. To też jest symptom słabości obywatelskiego społeczeństwa, które nie umie wymusić, by państwo przestało być teoretyczne. Godzi się na bałagan i łamanie reguł wyborczych podczas głosowania. Bohaterami wieczoru czyni tych szefów komisji, którzy przepisy obchodzili lub ignorowali, by skończyć liczenie w sensownym terminie, a nie po 30 godzinach pracy. Nie chcę zniechęcać ludzi, którzy ruszyli do urn, ale mówienie o zwycięstwie społeczeństwa obywatelskiego to oszukiwanie się. Na to nas nie stać, gdy toczymy walkę z populizmem. Gdyż tylko zaangażowanie obywateli, aktywność, odwaga, zarówno w proteście jak i w działaniu, mogą być lekiem na deprawację jaką niesie populizm (mamiąc prostymi rozwiązaniami, oczekując bierności i oddania władzy w ręce kłamliwych nibydemiurgów, którzy zapowiadają rozwiązanie wszystkich problemów) .
 

Dlatego tak martwią wyniki ruchów miejskich, lokalnych. Potwierdzają też diagnozę o niszczącej sile duopolu. W Warszawie oparły się duopolowi PiS-PO jedynie na poziomie dzielnic, wyżej złożono je na stosie walki z PiS. W terenie niewiele lepiej.

Klęskę poniosły ośrodki badania opinii. Skompromitowały się swoimi nietrafionymi prognozami, a ich niekompetencja ma groźny wpływ na kształt wyborczych decyzji. Kto wie, czy nie powinno się zakazać publikowania sondaży na trzy miesiące przed lub zmusić wszystkie pracownie do zmiany metodologii.

To rewolucja, a nie zmiana warty

Ten brak zakodowanych postaw obywatelskich, nieznajomość reguł i zasad prawdziwej polityki powoduje, że wielu rodaków nie rozumie, że PiS nie tylko chce rządzić jak najdłużej, co jest celem każdego ugrupowania, i nakarmić swoich zgodnie z wyniesioną przez nich do rangi cnoty zasadą TKM. PiS chce zmienić ustrój i robi to, choć nie zyskał niezbędnej większości do przeprowadzenia przez parlament ustrojowej rewolucji. Co więcej grupa trzymająca władzę w PiS ma plan jeszcze „ambitniejszy” – chce stworzyć nowe społeczeństwo, w którym obywatel nie będzie współodpowiedzialny, a podległy. Nie liczą się koszty tego projektu – ludzkie, ekonomiczne, czy te dotyczące bezpieczeństwa kraju.

Jaka to ma być zmiana? Tu – moim zdaniem – nie ma jednej odpowiedzi, ściera się kilka motywacji. W grupie, która myśli dalej niż głębokość swojego portfela, cześć kieruje się w pierwszej kolejności zemstą, inni chcą oczyszczenia narodu ze „złogów komunizmu” i przy okazji z „liberalnego kosmopolityzmu”, kolejni myślą – a wspiera ich lub manipuluje nimi Kościół – o przekształceniu Polski w katolicką twierdzę, z której ruszą wyprawy w obronie wiary w zlaicyzowanej Europie. Coraz więcej też przestaje się wstydzić ujawnienia marzeń o państwie skrajnie nacjonalistycznym, neofaszystowskim, autarkicznym na tyle, na ile w Europie XXI wieku to się da.
 
PRZECZYTAJ TAKŻE: Konstytucja Na 100. Nacjonalizm STOP!
 
Dla wszystkich spoiwem na starcie było przekonanie o konieczności zniszczenia sił prodemokratycznych, niezależnie jak szeroko by je definiować i gotowość do bardzo ryzykownej gry (brali pod uwagę groźbę wybuchu społecznego, załamanie gospodarcze, czy niebezpieczeństwo oddalania się od Europy, co oznacza wejście w łapy Rosji). Dziś to, ile mogą stracić i co im może grozić za niszczenie kraju, powstrzymuje ich przed rzuceniem się sobie do gardeł.
 

Kasprzak: – Ten wynik, obawiam się, petryfikuje zabójczy dla Polski podział między PiS-em a Koalicją Obywatelską

To sytuacja odwrotna niż w obozie prodemokratycznym, gdzie z racji poprawności politycznej, czy symetrystycznych zapędów nikt nie formułuje radykalnie strategii „śmiertelnego wroga”. Nie ma też gotowości do podjęcia wielkiego ryzyka, gdyż cały czas wiele jest do stracenia, tak w sferze prywatnej jak i zawodowej. Za to modne i dozwolone jest rzucanie się sobie do gardeł. Potyczki między ruchami pozaparlamentarnymi i parlamentarnymi, między lewicą a liberałami, między skrajnymi feministkami a resztą, oraz między samymi gwiazdami opozycji, toczą się nieustannie.

Jednak zwykły obywatel tej bitwy też nie widzi. Przykrywa ją dominująca w mediach, i łatwa do opisywania przez dziennikarzy, narracja o wojnie PO z PiS. Z jednej strony to dobrze, bo wewnętrzne wojenki bywają żenujące, ale zafałszowany obraz nie pomaga w edukacji i rozumieniu świata.

Jaki model parlamentarny będzie najlepszy

Długo nie byłem przekonany do modelu multipartyjnego w Sejmie, ale Polacy do politykowania w dwóch wielkich blokach nie dorośli. Doświadczenie z lat 2005-07, w porównaniu do tego, co mamy dziś, pokazały, że koalicyjność jest bezpiecznikiem przed autorytaryzmem. Trzeba obniżyć progi wyborcze lub zmienić metodę liczenia głosów nawet kosztem osłabienia skuteczności rządzenia. Bo w koalicji patrzenie sobie na ręce chroni przed bezprawiem, jakiego dziś doświadczamy. Przy duopolu nie ma też miejsca na wachlarz poglądów. Lewica, gdy rządzi, nie jest moją ulubioną, ale jako opozycja bywa sygnalistą i wymuszaczem wrażliwości. Tak, jak prawica daje fokus na patriotyzm. Jak widać wielu obywatelom niezbędny.

Jednego i drugiego zabrakło w rządach PO. Ludzie nie docenili skutecznej obrony kraju przed kryzysem 2008. Tylko nieliczni umieli sobie wyobrazić, co by było, gdyby był. Szybko też spowszedniała im ciepła woda w kranie. A u tych, u których było jej mało, narastała niechęć do coraz bardziej leniwych elit. Gdy PiS znalazł wroga i język, którym trafił do ludzi (wstawanie z kolan, Polska w ruinie) oraz zdefiniował realne problemy, uruchomił złość u pokrzywdzonych i frustracje u tych, którzy zapomnieli, ile zyskali przez te lata wolnej Polski.

Są tacy, którzy twierdzą, że PiS to pierwsza partia, która realizuje to, co obiecała. To kłamstwo skutecznie suflowane przez partię Kaczyńskiego. A gdzie recepta na umowy śmieciowe, gdzie pomysł na zdetonowanie bomby kredytów frankowych, gdzie poprawa pracy sądów, wyższa kwota wolna od podatku, gdzie drogi, których PO nie budowało? Miała być walka z prywatą, a tymczasem klientelizm nie miał się nigdy lepiej.

Po wygranej PiS dostał trzy lata bez wyborów. Dopiero teraz jest szansa na powiedzenie sprawdzam i nie wolno jej stracić z powodu ambicyjek i głupoty.

Sytuacja nie jest zła i daje nadzieję.

PiS właśnie wpadł w pułapkę własnej narracji o ciągu sukcesów. To eskaluje oczekiwania i sprawia, że wszyscy na Nowogrodzkiej mają kwaśne miny, choć twarde wyniki pozwalają ogłaszać zwycięstwo. Natomiast poranieni – Grzegorz Schetyna (całe PO) oraz przede wszystkim PSL i Władysław Kosiniak-Kamysz – odetchnęli i łapią wiatr w żagle.

Mimo wielomiesięcznej krytyki – ja też należę, do tych, którzy uważają, że ogranicza on szanse PO na wysoki wynik –Schetyna utrzymał partię w ryzach, zbudował koalicję, do której dołączył dwa (mocno krytyczne wobec PO) ugrupowania. Pokazał, że ma dużą lojalność w partii oraz w pewnym stopniu staje się teflonowy na krytykę, co dla niego – słonia w składzie politycznej porcelany – jest ważnym nabytkiem. Co więcej pojawiły się w mediach głosy pochwalne, mówiące, że choć nie ma charyzmy i wizji, to jest twardym graczem, który umocnił fundament partii.
 

Koalicja obywatelska (pozostając przy wojskowych porównaniach) była, jak oddziały w okopach poddane dywanowym nalotom i zmasowanemu ostrzałowi artyleryjskiemu. PiS próbował rozbić w pył przeciwnika sięgając po programy pomocowe bez patrzenia na konsekwencje w przyszłości, skandaliczne deklaracje o kasie tylko dla swoich, straszenie hakami. Premier przestał rządzić i bił rekordy w liczbie przejechanych kilometrów, odpustowych występów i kłamstw, które można wypowiedzieć jednego dnia.

Jak na taki propagandowy ostrzał, nagłaśniany przez uległe PiS TVP i znacząco wspierany przez Kościół katolicki, efekty są marne. Koalicja przetrwała, co więcej obroniła prawie połowę terytorium oraz prawie wszystkie miasta z Warszawą na czele. Gwiazdka PiS Marcin Horała, forsujący nowy pisowski model „kulturalnej bezczelności”, człowiek, który miał na komisji VAT zbudować swoją siłę, przegrał sromotnie w Gdyni z Wojciechem Szczurkiem w pierwszej turze, zyskując mniej niż 18 proc. Tadeusz Truskolaski rozjechał w Białymstoku znanego z niemądrych wypowiedzi Jacka Żelka, a Krzysztof Żuk w Lublinie wygrał w pierwszej turze, choć zalała go fala krytyki również z demokratycznej strony (za próbę powstrzymania – ze względów bezpieczeństwa – marszu równości).

Rafał Trzaskowski to niewątpliwie największy wygrany (obok Hanny Zdanowskiej z Łodzi). Dziś trzyma w ręku wszystkie karty, by bić się w przyszłości o każdą stawkę. Ma za sobą wielki sukces. Nie stracił energii i pieniędzy na drugą turę. Przejmuje władzę od swego obozu, będzie mógł więc to zrobić płynnie, bez obaw o pozostawione w ratuszu miny. Wspierają go – ważne w Warszawie – środowiska artystyczne i inteligenckie.
 

Rafał Trzaskowski to niewątpliwie największy wygrany, fot. flickr.com

Struktury miejskie z masą etatów, kasą na projekty to super miejsce do zbudowania sobie oddanego i sprawdzonego zespołu, z którym można iść do walki o kluczowe stanowiska w kraju. Sukces pięciu lat w mieście i wcześniejsze doświadczenie w Parlamencie Europejskim i Sejmie może być odskocznią do kariery jakiej Polska dawno nie widziała. A już pierwszy udany rok może pomóc w wyborach ogólnopolskich PO. Pytanie jest tylko jedno, czy ten kulturalny, miły 40-latek potrafi się bić, czy będzie chciał wejść na ring do politycznej klatki, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. To jest pytanie o przyszłość Trzaskowskiego, ale też być może o przyszłość Polski.

Polska to kraj rolniczy, ale z coraz prężniejszymi miastami. Warszawa, Wrocław, Kraków w różnych kategoriach i rankingach przebiły się do świadomości Europejczyków. Stolica to 18 proc. PKB, Kraków to turystyczna mekka, a Wrocław jedno z najbardziej otwartych miast Europy. Można sobie wyobrazić demokratyczne rządzenie krajem bez politycznej przewagi na wsi, w drugą stronę jest to kompletnie niemożliwe. Dlatego porażka PiS, które teraz albo spacyfikuje miasta i tym samym spowolni rozwój kraju, albo cofnie się o krok. Te wybory, plus decyzje TSUE, opór sądów oraz tlące się w wielu miejscach sprzeciwy pozaparlamentarnych grup opozycyjnych pokazują, że zrobić tu Budapeszt nie będzie łatwo, a czasu coraz mniej.

Smuta musi panować w SLD i Razem. Cieszyć ich może tylko to, że nadal traktowani są (szczególnie Razem) ulgowo. Nie tylko przez przychylne im od lat demokratyczne media, ale też przez politycznych influencerów w Internecie.

PSL przegrał, ale wygrał

Jednak wynik sił demokratycznych jest gorszy niż cztery lata temu nie z powodu SLD, ani tym razem nie za sprawą partii Razem. Gorszy jest głównie przez PSL, który stracił połowę mandatów. Mimo to – moim zdaniem – PSL i tak jest zwycięzcą. Humor sobie popsuł już po zamknięciu urn przeszacowanym wynikiem z exit pollu. Ale przecież jeszcze dwa tygodnie przed wyborami przewidywano dla niego śladową liczbę mandatów w sejmikach. Tymczasem pozostał trzecią siłą, czym mocno dołożył się do osłabienia PiS. Peeselowcy nie przesadzali, gdy mówili, że byli obiektem ataku jakiego demokratyczna Polska nie widziała.
 
PRZECZYTAJ TAKŻE: I znowu głupi naród winny
 
PiS postawiło sobie za cel anihilować najstarszą partię w Polsce i zabrało się do tego z systematycznością i planem godnym projektów eksterminacyjnych. Do propagandy dołożono realne działania mające odebrać PSL wpływ na rozdział kasy i stanowisk. To miało zniechęcić najwierniejszych zwolenników. Cześć kluczowych postanowiono zwyczajnie przekupić, jak np. kandydatkę na marszałka Sejmu Andżelikę Możdżanowską, która dostała tytuł wiceministra w rządzie PiS. Podchody robiono też pod innych posłów i marszałków województw.
 

Pomóż nam walczyć o demokrację i państwo prawa!

Twoja pomoc pozwoli nam działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

„Szeregowy poseł” przypominał o tym, że korzenie PSL tkwią w komunistycznym ZSL, które niespodziewanie w głowie i mowie prezesa urosło do najwstrętniejszej partii tamtych czasów (druga przystawką było Stronnictwo Demokratyczne), gorszej niż PZPR. W propagandowej telewizji Kurskiego nazwa PSL przestała się pojawiać, za to mówiono o partii o komunistycznych korzeniach. Do ataków wykorzystano przekupny Kościół. Odcięto PSL od kasy. Przejęcie i zniszczenie stadnin to była przygrywka. Za tym poszło ograniczenie kompetencji Powiatowych Inspektoratów Nadzoru Budowlanego, nadanie rządowi prawa do ingerowania w – bliskie PSL – Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska, przez stworzenie przewagi przedstawicieli wojewody i Ministerstwa Środowiska w Radach Funduszy.
 

Władysław Kosiniak – Kamysz, prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, fot. flickr.com

Dysponujące ogromnymi budżetami ośrodki Doradztwa Rolniczego przeszły spod zarządu marszałków województwa pod Ministerstwo Rolnictwa. To był cios w splot słoneczny, bo wiadomym jest, że siła PSL brała się z takich źródeł zarządzania pieniędzmi. Tradycyjnie PSL-owskie Ochotnicze Straże Pożarne przechwycił PiS, obcięto kasę dla kół gospodyń wiejskich i klubów pod flagą Ludowych Zespołów Sportowych, nie bacząc na to, że tracą na tym emeryci i młodzież. Na dochodach najmniejszych gmin, odbiły się takie działania, jak podniesienie kwoty wolnej od podatku, odebranie kompetencji dotyczących regulacji gospodarki wodnej (nowa instytucja – Wody Polskie, będzie dyktowała wysokość taryf za wodę i za odprowadzanie ścieków).

Znając, nazwijmy to, pragmatyzmem wsi i skłonnością do myślenia krótkoterminowego, wydawało się, że PiS ma sukces w kieszeni. Na szczęście jednak chłopi zauważyli, że np. polityka zagraniczna PiS zagraża wsi. I choć nie cenią zbytnio demokracji i nie rozumieją Brukseli, to widzą wymierne korzyści z naszej unijnej przynależności.

Rozpisałem się na temat ataku na PSL, gdyż mamy tu przykład modus operandi z jakim może spotkać się każdy przeciwnik PiS. Wykorzystanie instytucji państwa do walki partyjnej, złamanie wszelkich reguł działania, frontalny atak kłamliwej propagandy. To fatalnie wróży na przyszłość. Gdyż wydaje się, że PiS, jeśli chce wygrać, będzie musiał bić poniżej pasa jeszcze częściej i jeszcze mocniej (zamykanie prezydentów, prowokacje, wyciąganie haków). Tylko, że takie działania zniszczą państwo do cna, tak jak użycie broni atomowej, po ataku którą ani zwycięzcy ani zwyciężeni na danym ternie żyć już nie mogą. Dlatego pytanie, czy Andrzej Duda ma szanse na drugą kadencję staje się nieistotne. Skoro Kaligula mógł mianować konia senatorem, to Kaczyński, jeśli wygra, zdecyduje o losie Dudy. Gdy PiS przegra, Duda startując nie dostałby nawet procenta głosów.

Ostatnie w kolejności wybory prezydenckie mogą być niczym mizerykordia. Wygrana kandydata z obozu, który tryumfował w Sejmie, będzie jak miłosierne pchnięcie cienkim ostrzem pod zbroję, by przeciwnik się nie męczył. A gdyby doszło do kohabitacji, to przy obecnym zdegenerowaniu systemu prawnego i ośmieszeniu urzędu, prezydent może być tylko niczym upierdliwy giez, którego łatwo ubić, choćby gazetą.
 

PiS na pewno będzie rządził w lubelskim, podkarpackim, podlaskim, świętokrzyskim, małopolskim i łódzkim. Ma najwięcej głosów również w śląskim, mazowieckim i dolnośląskim, ale z powodu nikłej zdolności koalicyjnej w dwóch pierwszych zapewne nie porządzi.

Koalicja wraz z PSL będzie u władzy w kujawsko–pomorskim, lubuskim, opolskim, pomorskim, wielkopolskim, zachodniopomorskim i warmiński-mazurskim, mazowieckim i śląskim.

Zacięta walka o dolnośląskie wynika z tego, że jeśli PiS przejmie Dolny Śląsk to wejdzie na nowe tereny. I, niestety, gdy piszę te słowa, wydaje się, że kupił tzw. bezpartyjnych samorządowców. Będzie to cena za prywatę i niedogadanie się Schetyny z Dudkiewiczem, którzy do boju ruszyli osobno.

W mandatach wygląda to tak (w nawiasie wynik z 2014 roku):
PiS – 254 (171)
Koalicja – 194 (179 – wtedy PO)
PSL 70 (157)
Bezpartyjni samorządowcy to 15
SLD – Lewica Razem 11 (28)
Mniejszość Niemiecka 5 (7)
KKW Dutkiewicza 2
KW Projekt Świętokrzyski Bogdana Wenty 1
Uwaga – w 2014 inne miały 13, teraz 18 (BS, KKW i NW). 82 mandaty więcej dla PiS w sejmikach to sukces. Koalicja też zyskała – 15. Ponad połowę stracił PSL, zmarginalizowaniu uległa lewica.

 

Jak patrzeć na wybory 2019

Ten obraz jasno pokazuje wagę najbliższych wyborów. Musimy uświadomić sobie, że walka toczy się nie o władzę, ale o życie. Niestety, to komplikuje strategię. Perspektywa planowania wydłuży się i każdy demokrata stanie przed pytaniem, czy przegrana w wyborach parlamentarnych to śmierć, czy może gorsze jest minimalne zwycięstwo, które tylko o kilka lat przedłuży wyrok, a karę uczyni bardziej srogą. Bo zamiast PiS, po czterech (lub mniej) latach słabych rządów demokratów, władzę z pewnością obejmie to, co dziś jest jeszcze dalej na prawo.

To temat wielu dyskusji, którym się ostatnio przysłuchiwałem i na razie odpowiedź mam tylko jedną. Nie ma co dywagować o alternatywnej taktyce – wygrać choćby i jednym głosem, czy budować silne podstawy kosztem kolejnych lat pod władzą PiS. Demokracja i jej zwolennicy mogą się obronić jedynie wtedy, gdy wygrają w tym starciu, ale tylko jeśli zyskają ogromną przewagę, która da silny mandat do rządzenia. On będzie konieczny, by odwrócić demolkę państwa dokonaną przez PiS i przetrzymać ekonomiczny dołek/kryzys, który musi nadejść w przyszłym albo kolejnych latach.

Jak to zrobić skoro pomysł koalicji wszystkich ze wszystkimi utwierdza wielu w przekonaniu, by do wyborów nie iść. I tu dochodzimy do clou. Moim zdaniem jedyną szansą na stworzenie jednej listy i nie stracenie zbyt wielu głosów są prawybory w obozie demokratycznym.

Każdy, kto by do nich przystąpił, nie wyrzekałby się programu, a podpisywał tylko deklarację obywatelską mówiącą o szacunku do Konstytucji, przywiązaniu do wartości Unii Europejskiej, i potwierdzał, że odsunięcie PiS od władzy jest środkiem, a nie celem. Tym byłaby nowa Polska, bliska zachodowi i każdy ma prawo rozumieć ją ciut inaczej. Z nieśmiałością zaproponowałbym jeszcze deklarację zgody na zmianę systemu głosowania. Na taki, który osłabia tworzenie się dwóch bloków. W naszych czasach D’Hondt nie jest bezpiecznym rozwiązaniem.

Reszta nie uderzających w pryncypia partii koalicyjnych, to już sfera marzeń. Co by to np. mogło być? Rozsunięcie wyborów do Sejmu i Senatu. Zmiana pozycji Senatu, który w części mógłby być obsadzany przez wirylistów – rektorów kluczowych uczelni, byłych prezydentów kraju, byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego itp. – wszystko po to by wzmocnić pozycje Senatu jako nienaruszalnego fundamentu demokracji. To pozwoliłoby obarczyć Senat obowiązkiem ustanawiania szefów ważnych instytucji nie z wyboru. Wyobrażam sobie, że zdecydowane zwycięstwo takiego obozu pozwoliłoby na uporządkowanie w/w kluczowych spraw i błyskawiczne rozpisanie wyborów według nowej ordynacji (co byłoby w zobowiązaniu).

Ktoś powie, nowe wybory za kolejny rok czy dwa to ryzyko powrotu do władzy PiS. Takie ryzyko zawsze istnieje, wszak jest to partia o dużym poparciu. Jednak nowa ordynacja, czarna księga pisowskich rządów, czy odebranie mediów publicznych PiS i ich odpolitycznienie oraz ewentualne wszczęcie procedury przed Trybunałem Stanu dawałyby większe szanse ugrupowaniom demokratycznym.

Wydaje się, że na okres przejściowy (do rozpisania nowych wyborów) trzeba stworzyć listę obywatelskich delegatów, czyli osób o najwyższych kompetencjach intelektualnych i etycznych, które zgodziłyby się objąć władzę w rządzie technicznym i telewizji publicznej oraz kontrolować realizację ustalonych zadań i zobowiązań. Sposób ich wybrania wymaga konsultacji i przedyskutowania w gronie wszystkich, którzy do wspólnej listy by przystąpili. A do wprowadzenia w życie, pomysł wymagałby zdecydowanego zwycięstwa demokratów w nadchodzących wyborach.

To najbardziej newralgiczny i najtrudniejszy element tego projektu, ale każda wybrana droga niesie ryzyko. Ta grupa autorytetów mogłaby też potem być radą konsultacyjną dla wyznaczenia głównych kierunków zmian. Bo konieczne jest zapewnienie, że nowa koalicja nie planuje odtworzenia III RP, tylko widząc jej słabości podejmie realną naprawę kraju. Tu też jest miejsce dla zagwarantowania 500 plus i być może jakiegoś jeszcze z programów PiS-owskich, który ma elementy racjonalności.
 
PRZECZYTAJ TAKŻE: Ogarniam się po występie Schetyny i połajankach Sikory [POLEMIKA]
 
Ktoś powie, że to naiwne i karkołomne. Być może, ale doświadczenie samorządowej bitwy, pokazują nam jak bezlitosny jest D’Hondt. On zawsze preferuje największych, a potem ci najwięksi robią to, co robią. Bez podjęcia ryzyka i niekonwencjonalnych rozwiązań nie ma się co łudzić, już przegraliśmy wszyscy. Bo ten, kto wygra wybory 2019 r., obejmie kraj zdewastowany przez PiS oraz podzielone i nie gotowe na wyzwania połowy 21. wieku społeczeństwo. To PiS już Polsce załatwił, a właściwie my sami pozwalając im dojść do władzy.

Konstrukcja opartej na prawyborach nowej umowy społecznej to jedyna szansa na naprawienie tego błędu, szybki powrót do rodziny krajów cywilizowanych i stworzenie podstawy do budowania nowocześniejszej i sprawiedliwszej Polski.

Wojciech Fusek
fot. Pixabay

 

Dorzuć swoją cegiełkę do walki o demokrację i państwo prawa!

Twoja pomoc pozwoli nam działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

 

5 myśli na temat “Prawybory mogą być lekiem na zło polityki PiS

  • Listopad 3, 2018 o 11:07
    Permalink

    Bardzo ciekawa analiza. W 100 % zgadzam się z Panem: potrzebujemy poważnej dyskusji !

    Odpowiedz
  • Listopad 3, 2018 o 12:55
    Permalink

    Ostatnio sam do siebie powiadam: „Nie głosowałem na pieprzonych nazistów, nie głosowałem na pieprzonych komunistów i nie będę głosował na jakiegoś pieprzonego d’Hondta”. Będę głosował tylko w demokratycznych wyborach na wolno i oddolnie zgaszanych oraz demokratycznie wybieralnych przedstawicieli.

    Autor – jak zwykle zresztą – tkwi w wirtualnych, medialnych rzeczywistościach, w symulowanych rekonstrukcjach wojennych nie zauważając, że większość społeczeństwa nie chce mieć i nie ma z tym wiele wspólnego. Dotyczy to też większości wyborców, którzy dadzą się zapędzić ze strachu lub dla zabawy na rekonstrukcje wyborów.

    I gdzie Autor widzi demokratów po stronie „opozycji”. Proszę mi pokazać chociaż jedną „partię”, w której kandydatów na posłów do Sejmu będą wybierali szeregowi członkowie partii (choćby w prawyborach) bez ich zatwierdzania, czy wręcz wyznaczania z centralnych zarządów. To już jest z tego powodu niemożliwe, bo w tych „mafijkach” szeregowych członków i obywateli w ogóle nie ma. A jak ich nie ma, to te partyjki z definicji nie mogą być demokratyczne. I nie wynika to z bierności obywateli. Do organizacji działających według zasad mafijnych obywatele nie mają wstępu. Nie mówiąc już o tym, że każdy normalny człowiek trzyma się instynktownie z dala od takich organizacji.

    Proszę nie obrzydzać ludziom pojęcia demokracji lansując demokratów i „partie demokratyczne”, których w ogóle nie ma. Przez takie wykrzywianie i gwałcenie podstawowych pojęć wielu ludzi uważa za „prawdziwych demokratów” nawet rasowych nazistów.

    Odpowiedz
  • Listopad 3, 2018 o 13:14
    Permalink

    Nawiasem mówiąc, to Sejmik Dolnośląski jest paradnym przykładem kunsztów i mentalności politycznej Schetyny, który zrobił chyba wszystko co było zrobienia, żeby rozpirzyć stabilne układy bezpartyjnych i PO. Dziś bezpartyjni na DS muszą kalkulować kto jest szkodliwszy i wywołuje większą odrazę – PiS Kaczyńskiego, czy KO Schetyny. I mają po temu bardzo dobre powody.

    Odpowiedz
    • Listopad 3, 2018 o 15:29
      Permalink

      Zgadzam się z Panem. Sytuacja na Dolnym Śląsku to zasługa Schetyny. Wiele lat to rozpieprzanie trwało i mamy to, co mamy 🙁

      Odpowiedz
      • Listopad 3, 2018 o 17:27
        Permalink

        Kiedyś mówiłem: „Glosując na Tuska głosujesz na PiS – i odwrotnie”. Dzisiaj można wymienić Tuska na Schetynę, i tak samo a nawet bardziej na jedno wychodzi.

        Schetyna na DS, w swoim mateczniku wykazała się wybitnie cechami klasycznego PiSdzielca. Rozwalić co się, a potem się zobaczy co z tego wyjdzie.

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *