1. Mity i etos w konflikcie

 
To pierwszy proponowany temat Debat Fundamentalnych. Ofertę udziału w charakterze panelisty przyjął prof. Andrzej Leder. Jego „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej” jest bez wątpienia jedną z ważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Wstępne przygotowania trwają. Panelistów – ustaliliśmy roboczo – ma być dwóch, żeby dyskusja była dyskusją, a nie prezentacją stanowisk i potem chaotycznym przerzucaniem się pytaniami.

 
O co chodzi w tak określonym problemie i jakie (hipo)tezy miałyby być weryfikowane w dyskusji. Oraz na jakie pytania mielibyśmy próbować odpowiadać. Piszę za siebie – żadną miarą nie za prof. Ledera.

 

  1. To nie programy polityczne bywają brane pod uwagę w wyborczych decyzjach, ani nie programy gospodarcze. Wyborcy – i uczestnicy protestów – w większym stopniu kierują się symbolami: bardzo ogólnymi pojęciami pochodzącymi na ogół z tradycji, a zwłaszcza tymi z nich, które mają wyraźne aksjologiczne znaczenia. Politycznymi zachowaniami dużych zbiorowości rządzi bardziej etos niż własne bezpośrednie interesy. To etos i „walka dobra ze złem” wygania dzisiaj ludzi na ulice, a nie polityczne poglądy, ten lub inny program gospodarczy i nie „kiełbasa wyborcza”. Nawet emocjonujący konflikt o Trybunał Konstytucyjny tłumaczymy na język dobra i zła – przecież to nie proceduralne szczegóły ekscytują nas tak bardzo. Również socjal programu 500+ dla wyborców PiS ma przede wszystkim znaczenie etyczne, a nie materialne – wreszcie mianowicie ktoś troszczy się o dotąd pomijanych.
  2. Gdybyśmy postępowali inaczej i kierowali się racjonalnie pojmowanym interesem własnym, nie udałby się plan Balcerowicza, bo on skazywał na ciężkie niedogodności ogromną większość Polaków. Nikt zresztą nie udawał wtedy, że będzie inaczej. Poparcie dla Balcerowicza wynikało nie z przekonania o tym, że on miał rację – choć, owszem, wiara w to również była konieczna – ale raczej ze świadomości, że patriotyzm wymaga od nas zreformowania zrujnowanej ojczyzny.
  3. Da się powiedzieć z drugiej strony, że gdyby wyłącznie symbolami tego rodzaju kierowali się Polacy, to niemożliwy byłby np. późniejszy sukces Tymińskiego, ekscesy Samoobrony Andrzeja Leppera, czy przewidywany przez ekspertów tak różniących się perspektywą, jak Jadwiga Staniszkis i Karol Modzelewski powrót komunistów do władzy. Tego samego „języka roszczeń” używał jednak również choćby Wałęsa i używa go także PiS, więc jest to przekaz odwołujący się do patriotycznych symboli Polaków. Być może prawdziwsze byłoby zatem stwierdzenie, że społeczne wystąpienia motywowane racjonalnie postrzeganym interesem wtedy tylko są możliwe naprawdę, kiedy i za nimi stoi symboliczna, znaczona etycznie argumentacja – choćby o odwetowym charakterze żądań sprawiedliwości i ukarania „złodziei”.
  4. Z tej perspektywy patrząc, interesujące pytanie o polityczną, społeczną i kulturową naturę obecnego konfliktu mocno się komplikuje, ale też być może odpowiedź staje się dzięki tym komplikacjom trafniejsza i daje mocniejsze podstawy do rozwiązania. Czy da się szukać odpowiedzi o mechanizm kryzysu i napędzające go paliwo w mitologii po obu stronach? Czy język konfliktu coś nam jest o tym w stanie powiedzieć? Albo historia?
  5. Być może istnieje część elektoratu Dudy i PiS w ostatnich wyborach, którą powodowała zrozumiała niechęć do dotychczasowego „establishmentu”, ale która skądinąd jest w stanie myśleć w racjonalnych kategoriach. Być może istnieją również tacy, których zwiodły obietnice socjalne PiS. Komentatorzy wciąż liczą na zmiany preferencji tych grup. Hipoteza proponowana tu do rozważenia jest taka, że te grupy – o ile w ogóle istnieją i dadzą się obserwować – mają marginalne znaczenie. Po pierwsze niechęć do „establishmentu” jest sama w sobie groźną chorobą demokracji, która zawsze była paliwem napędzającym tyranie w ich marszu do władzy i do rządu dusz. Wynika z polskiej mitologii – mit zbawcy narodu, który robi porządek – o korzeniach w tradycji romantycznej i nierozliczonej historii II RP, mitu Marszałka itd. Po drugie – „socjalny elektorat” umyka obserwacjom: nie da się go zidentyfikować, a historyczne obserwacje pokazują, że to nie interes, nie chęć uzyskania obiecanych 500 zł, miały tu siłę sprawczą, a chodziło raczej o godnościową frazeologię.
  6. PiS jest jedyną partią „na rynku”, która proponuje etos. Narodowo-patriotyczny, zakłamany i wstrętny z całą towarzyszącą mu ksenofobią i niezbędnym odwetem – ale etos. „Demokraci” nie przeciwstawiają mu niczego. Hasła o demokracji nie mają w społecznej skali żadnej wartości etycznej. Demokracja to tylko technika politycznej władzy – będąc zresztą wygodnym narzędziem w rękach politycznych cwaniaków. Legionom poległych bohaterów walk o niepodległość, mitowi Marszałka i potędze szarż skrzydlatej husarii „demokraci” przeciwstawiają dziś wiarę w demokratyczne procedury. Czy mają szansę? A jeśli nie – gdzie szukać rozpoznawalnych wartości?
  7. Mit „zbawcy narodu” i towarzyszące mu rujnujące demokrację przeświadczenia wydają się przy tym obecne po obu stronach sporu. W obozie „demokratów” rządzi przekonanie o tym, że „ruch” potrzebuje rozpoznawalnej twarzy lidera i musi bezwzględnie przestrzegać jedności za cenę rozstania z wewnętrzną demokracją, pluralizmem i wolnością słowa. Niechęć do „partyjniactwa”, którą wykorzystywało PiS jest silnie obecna również po demokratycznej stronie – zarówno w Nowoczesnej (unikającej kontaktów ze „starymi” politykami), w partii Razem i w KOD.
  8. Jak wyjść z impasu i gdzie szukać etycznej tożsamości?

2 thoughts on “1. Mity i etos w konflikcie

  • Czerwiec 27, 2016 at 22:47
    Permalink

    Najbardziej ujął mnie pkt 6. Bo jest emanacją poglądu, który usłyszałam ze 3 miesiące temu i który do mnie przemówił racjonalnie, choć nie pocieszająco.

    Od niedawna mam jednak odpowiedź na zadane w nim pytanie. Oczywiście jest zsubiektywizowane moim ostatnim zaangażowaniem, ostatnim, bo wynikającym z większego niż zamach na demokrację, w sensie łamania zasad instytucji prawa, zagrożeniem – łamaniem praw człowieka. Gdzie szukać rozpoznawalnych wartości? W uznaniu praw człowieka jako wartości nadrzędnej. W uznaniu praw człowieka jako także prawa kobiet, od początku do końca ich istnienia, nieprzerwanie, indywidualnie i samoistnie. W etyce troski. W braku przyzwolenia na przemoc, gwałt i destrukcję. W niezgodzie na uprzedmiotowianie ludzi.

    Płeć żeńska stanowi 52% polskiego społeczeństwa, a tego głosującego – jeszcze więcej.

    Taką widzę szansę, w większym aktywizowaniu kobiet, w budowaniu samoświadomości człowieczeństwa. Wiem, to brzmi strasznie w XXI w., ale z moich obserwacji wynika, że ok.50% kobiet uznaje za normalne, że nie mają pełni praw człowieka (bo nie znają ich, nie utożsamiają się), z pozostałych jakieś 30% uznaje, że ich to nie obchodzi, bo wystarcza im to co mają, a różne podłe żarty są naturalne.

    Sorry, ale kobiety ujmują się za mężczyzną, który niewspółmiernie został ukarany za kradzież batonika. W sytuacji tak niesprawiedliwego orzeczenia jest powszechne oburzenie. Za to gdy roztrząsane jest życie zgwałconej kobiety pojawia się milion powodów to podważenia jej wiarygodności, „sama jest sobie winna”. Jest nazywana morderczynią, gdy chce walczyć o własne zdrowie lub życie, a często też dobrostan bliskich. Dopóki obywatel, któremu dzieje się krzywda będzie bać się zwrócić do organów państwa po pomoc – nie będzie demokracji.

    Źli i głupi ludzie są zarówno wśród mężczyzn jak kobiet. Jednak koszty zła i głupoty nazbyt często skrupiają się na kobietach.

    Demokracja dotyczy wszystkich obywateli (i obywatelek, żeby złożyć ukłon feministkom). Dopóki problem łamania, choćby „tylko” (a wiemy, że nie tylko) ustawowego praw człowieka ponad połowy społeczeństwa będzie spychany na drugi albo i czwarty plan – demokracji w Polsce nie będzie.
    Taka debata, rzeczowa i merytoryczna, z udziałem kobiet (!), skłoniłaby zapewne do ciekawych wniosków czy choćby przemyśleń, dałaby prawdopodobnie impuls do odmiennych spojrzeń na rzeczywistość i podejmowania nowego rodzaju działań.

    Nie jestem zwolenniczką parytetów, ale jest wiele mądrych ludzi płci żeńskiej, które nie pchają się do spółek czy parlamentów, za to warto ich posłuchać z uwagą.

    • Czerwiec 27, 2016 at 23:11
      Permalink

      To prawda, podobnie widzę problem. Nie jestem się w stanie skoncentrować akurat na prawach kobiet, choć wiem, że tu mamy do czynienia z rażącą dyskryminacją, która w dodatku jest niedostatecznie uświadomiona, mówiąc delikatnie. A przy całym uświadomieniu, już jest zdyskredytowana w poważnym stopniu. Na wielu poziomach zresztą. Raz np. zasłużony skądinąd prof. Mikołejko niezupełnie bez racji pisze o roszczenionych matkach z wózkami, drugi raz jakiś facet w dresie — zupełnie nie Mikołejko — gada coś o feministkach, których żaden facet nie zechce.

      Są areszty, w których można w Polsce siedzieć dowolnie długo i pies z kulawą nogą nie narobi krzyku o naruszanie praw obywatelskich. Bywa faktyczny majątkowy cenzus w sądach — choć tu sytuacja się, chyba, poprawiła ostatnio, ale przedostatnio też jakoś nie słyszałem protestów. Historia w warszawskich Krowarzywach nie wiem na ile jest poważna, z pewnością jest dość złożona, ale jest przecież ledwie symboleg gigantycznego problemu, którym od lat nikt w Polsce zająć się nie chce — a to też jest problem z gatunku praw człowieka. Mamy np. prawo oświatowe, które na 13 lat poddaje nasze dzieci proskiemu drylowi jednolitej, przymusowej szkoły, która w dodatku jest koszmarnie głupia — z tym się wiąże całe mnóstwo problemów z tego samego gatunku podstawowych ludzkich praw aż do niekonstytucyjności całego tego systemu. Nikt nawet nie próbuje o tym myśleć.

      No, jest tego trochę. I są instynkty, które demonstrujemy przy okazjach takich, jak protest wobec rządów PiS. Więc lubimy maszerować stadami, nie widzimy wartości we własnym, indywidualnym proteście — choćby w podpisie pod petycją, projektem, we własnej odmowie podporządkowania się przepisom władzy. Lubimy widzieć jedność i twarz wodza. Lubimy — np. w KOD — wdeptywać w ziemię odszczepieńców, których wskazuje wódz.

      Cholera, mnie najbardziej martwi ta psycho-socjologiczna gotowość na totalitaryzm, którą w nas widzę: nie tylko u „smoleńskich”, ale również u „demokratów”.

      Prawa człowieka — tak, zdecydowanie.

Comments are closed.