Liberte! Koniec polityki!

Francis Fukuyama ogłosił kiedyś koniec historii. Liberalna demokracja i liberalny rynek zatriumfowały i rozwiązały wszystkie problemy. Nie będzie więc żadnych przewrotów, żaden nowy paradygmat nie jest już do niczego potrzebny, żyjemy w świecie, który nie potrzebuje zmian

Tak sobie Fukuyama pieprzył uczenie, rozparty wygodnie w fotelu z pozycji sytego kocura, który był łaskaw zapomnieć, że ogromna większość przedstawicieli homo sapiens  żyje w nędzy i pewnych zmian – by tak rzec – jednak potrzebuje. Zapomniał także, że sytość jego końca wolnego rynku możliwa jest dzięki wolnościom, których nic nie ogranicza, i że dzięki nim istnieje tego rynku koniec drugi, na którym niewolnictwo przybrało swą współczesną formę, dostarczając produkcji tak taniej, że niemożliwej do zorganizowania w sytym świecie ludzi wolnych i historii do niczego niepotrzebujących. Nie wiedział również, biedaczek, że także ludzie jak on sam syci wciąż odczuwają głód innego rodzaju. Jest to właśnie głód historii. Często objawia się on głupio, kiedy np. opętani marzeniem o przeżyciu własnych historycznych bojów młodzieńcy golą się na łyso, naciągają na siebie koszulki z wizerunkami wilków, a na ramię – zieloną opaskę z falangą. Niemniej – głód historii jest ludzki. Nie pozbędziemy się go łatwo. I raczej nie powinniśmy nawet próbować, bo może być tak, że wraz z nim pozbędziemy się po prostu ludzkich cech.  

Etyka i polityka

Wspominam nieszczęsnego Fukuyamę, bo z mądrymi i bardzo skupionymi minami wysłuchiwaliśmy niedawno Donalda Tuska. Tego samego, który jeszcze niedawno, najwyraźniej uwierzywszy Fukuyamie, zalecał leczenie na oddziale zamkniętym każdemu, kto miałby dla świata jakąś nową „wizję”. Cóż, pamiętamy rozmaite krucjaty podejmowane w imię celów świętych lub po świecku wspaniałych i wiemy – zwłaszcza mając w pamięci wiek XX i jego horrory – że im wznioślejsze są misje ludzkich historycznych uniesień, tym gorzej dla ich ofiar. Niemniej pamiętać powinniśmy również napomnienia inne:

Amoralna demokracja nie ma sensu – powiedział kilka lat temu Marcin Król w rozmowie z Magdaleną Środą. […] Jednakże demokracja, czy raczej to, co obecnie nazywamy demokracją, nie jest stanem społecznym, lecz tylko zespołem procedur. Procedury są moralnie obojętne i dzisiejsza demokracja proceduralna jest kompletnie obojętna w stosunku do moralności. Jest to stan niegodziwy. Można bowiem uznać, że polityka i moralność nie mają nic wspólnego, a wobec tego polityka to tylko sfera skuteczności. Nie można jednak jednocześnie głosić, że chce się realizować ideały demokratyczne (moralne) i zarazem w praktyce zupełnie ich nie uwzględniać. To już nie jest niemoralne, to jest po prostu cyniczne.

Król powiedział to w roku 2014. Na rok przed zwycięstwem PiS, które wielu zdawało się ledwie „wypadkiem przy pracy”, ale które okazało się następstwem gnicia znanej nam demokracji tak już zaawansowanego, że szukający ratunku „lud” wyjście znalazł w prostej amputacji wszystkiego, co było wartościowe – wraz z polityczną poprawnością odrzucając również zwykły zdrowy rozsądek, a moralną wrażliwość zastępując tępym odwetem.

Pewne pozostałości świadomości moralnej przetrwały aż po dzień dzisiejszy, nawet w społeczeństwach najbardziej zaawansowanych na drodze rozwoju cywilizacyjnego – ironizował z kolei Leszek Kołakowski, pytając, „czy jest do pomyślenia społeczeństwo, w którym prawo (…) byłoby jedynym regulatorem stosunków społecznych i z którego ulotniłyby się przekonania ludzi co do dobra i zła. – Jeśli byłoby do pomyślenia – konkluduje już serio – to jest nieprawdopodobne, by mogło trwać długo. […] Takie społeczeństwo zawaliłoby się w obliczu każdej sytuacji krytycznej, nie przeżyłoby żadnej poważniejszej próby, kiedy prawo zaczyna źle funkcjonować i kiedy trudno egzekwować jego przestrzeganie, zaś więzi społeczne, których nie mogą podtrzymywać normy prawa, ulegają rozkładowi. Społeczeństwo doskonałe, skonstruowane według liberalnej recepty, w wypadku kryzysu pogrążyłoby się w chaosie, którego nie dałoby się opanować.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tusk na 3 maja

I Król, i Kołakowski bardzo wyraźnie opisali głęboko etyczne, instynktownie emocjonalne podstawy „buntu mas” przeciw moralnemu upadkowi polityki, który tak tragicznie głupio objawił się pisowskim zwycięstwem. Kołakowski je wyraźnie przepowiedział. Obaj starzy mędrcy są jednak równocześnie właśnie tymi „przemądrzałymi profesorami”, przed którymi przestrzegał Tusk i którym zalecał kaftany bezpieczeństwa, kiedy oni marudzili coś o moralności w polityce, o jej etycznych powinnościach i celach opisanych wartościami. Prawdopodobnie już zawsze lęk przed złowrogimi ideowymi krucjatami będzie się w nas zmagał z tym innym lękiem – przed cynizmem polityki świadomie zrywającej z moralnością. Bać jest się czego i w jednym, i w drugim przypadku.

Jażdżewski i Tusk

Czy w wypowiedziach Jażdżewskiego i Tuska mieliśmy do czynienia z tym samym przeciwstawieniem etyki i pragmatycznej polityki? Być może. Ale nie musiało tak być. Jażdżewski opisał moralny upadek Kościoła, który przez to utracił rolę drogowskazu dla polskiej wspólnoty i stał się źródłem istotnego zła tę wspólnotę rozbijającego, służącego obłąkanemu szaleństwu. Mnie samemu zabrakło w tym wystąpieniu myśli o tym, że drogowskazy tego rodzaju są jednak zawsze potrzebne, że „ciepła woda” tu nie wystarcza i właśnie doświadczamy skutków. Zabrakło mi więc pytania o „wizję” i „etyczne drogowskazy”, skoro jesteśmy świadkami upadku drogowskazów tradycyjnych – co nie tylko Kościoła zresztą dotyczy, bo nie tylko on zaznał upadku. To jest jednak osobny temat i choć on jest fundamentalnie ważny, to jednak poboczny wobec tego, co się stało, kiedy Leszek Jażdżewski wystąpił przed Donaldem Tuskiem w trakcie wydarzenia od dawna oczekiwanego w napięciu – i kiedy wybuchł skandal.

I Jażdżewski, i Tusk zawarli w swoich wystąpieniach przynajmniej zalążki „wizji” – być może również znaczonej aksjologicznie. Jażdżewski powiedział o kobietach, które są w Polsce nadzieją – i kryje się za tym wiele intuicji, wśród których być może najmniej istotną, ale za to najłatwiejszą do wskazania jest ta o prawach człowieka i o ludzkiej godności jako o etycznym fundamencie demokracji. Tusk – oprócz tego, że mówił o wyzwaniach cywilizacyjnych, które w polskim grajdole nie wiążą niczyjej uwagi – powiedział o wspólnocie i o politycznej gramatyce opartej na spójniku „i” zamiast „albo”. I wszystko byłoby ok. Potem mieliśmy jednak reakcję PO. Wymuszoną strachem przed PiS. Głupią. Tchórzliwą. Próbującą cwaniaczenia. Według gramatyki „albo”. Przerażająco nieskuteczną. Kompromitującą pod dosłownie każdym względem – choć przewidywalną do mdłości.

Rozumiem szok i przerażenie po nieuzgodnionym wystąpieniu Jażdżewskiego, który nagle pokazał, że do „dorosłej polityki” nie nadaje się zupełnie. Jeden i drugi temat poruszony przez Jażdżewskiego – stosunek do Kościoła i stosunek do praw człowieka w ogóle, a do praw kobiet i mniejszości seksualnych w szczególności – jest dla PO tabu i partia unika go jak ognia. Obecna Koalicja Europejska ma w tej sprawie kłopot identyczny. Rządzi logika „nieodstraszania centrowego elektoratu”. Każda deklaracja w „sprawach światopoglądowych” grozi utratą części wyborców – konserwatywnych lub progresywnych, zależnie od decyzji. Rzecz między innymi w tym, że nie tylko w tych sprawach logika strachu paraliżuje. Uniemożliwiając przy tym nie tylko decyzję, ale w ogóle rzetelną debatę i uczciwy wybór z okazji głosowań. Dość wspomnieć choćby katastrofę klimatyczną, emisję CO2 i węgiel, o którym jeszcze niedawno ten sam Donald Tusk jako premier mówił, że jest „perłą w koronie” i polskim skarbem narodowym. Warto jednak przypomnieć także kwestie polskiej praworządności – i zalecenia PO, by głosować przeciw unijnym wnioskom o ukaranie Polski za zamach na TK i sądy. Niech nikt nie liczy na jakiekolwiek odważne reformy w tych sprawach po wyborczym zwycięstwie „demokratów”. Strach nie zniknie, troska o sondaże pozostanie. We wszystkich sprawach istotnych dla Polski. W każdej z nich dzisiejsza opozycja jest „za, a nawet przeciw”. Wiek emerytalny? Poważnie ktoś sądzi, że jakikolwiek „liberalny demokrata” go dzisiaj podniesie?



Jażdżewski wrzucił więc granat w śmierdzące szambo i – czy jest „dorosły”, czy „dzieciny” – zrobił to celowo. Tezę, która najwyraźniej za tym stała, Jażdżewski zresztą wyraźnie wypowiedział we własnym wystąpieniu, pokazując – co sam powtarzam bez przerwy, by wskazać, gdzie dokonują się zmiany rzeczywiste w odróżnieniu od czczej gadaniny i frazesów – że trzy lata protestów kobiet zdołały odwrócić społeczne poparcie, które nie drgnęło przez blisko trzy poprzednie dekady: zwolenników liberalizacji aborcji jest dziś więcej niż zwolenników „kompromisu”. Jażdżewski zatem „poszedł na całość”, mówiąc, że uników i cwaniaczenia dość, a postulaty dotyczące wartości podstawowych należy wreszcie postawić twardo i bez kluczenia.

Popularna teza „dorosłych polityków” jest dzisiaj taka, że Jażdżewski zaszkodził KE, choć powiedział prawdę. Owszem, zaszkodził. Głównie jednak z powodu intelektualnych niedostatków trapiących zwłaszcza polityków PO. Dali popis tchórzliwej głupoty. Jak zareaguje PiS, było jasne. Nie trzeba było zresztą zgadywać, Tusk jeszcze nie skończył mówić, a komentarze prawicowców już zalewały Internet. Wystarczyło powstrzymać komentarze własne i zaczekać na oczywisty co do przecinka komentarz Kaczyńskiego. I odpowiedzieć nań pryncypialnie. Przywołując porównania z komunistycznymi i faszystowskimi klasykami. Pytając, kto bardziej znieważył wiarę – Jankowski, czy Jażdżewski.

Zamiast tego Jan Grabiec – rzecznik PO – wypowiedział rzeczy najgorsze z możliwych. „Niepoważna forma”. „Szkodliwy kontekst”. Itd. Powiedział więc bardzo wprost: „prawdy o Kościele nie wolno wypowiadać głośno, bo to szkodzi w wyborach”. Mógł powiedzieć „prawda o Kościele jest inna”, albo „ocen Leszka Jażdżewskiego nie podzielamy”, dodając być może, że „przypisywanie ich Donaldowi Tuskowi jest nadużyciem, za które Leszek Jażdżewski odpowiada, występując w trakcie tego wydarzenia”. Niczego takiego jednak nie zrobił. Nie powiedział, że PO stoi na prawo od Jażdżewskiego. Że jest bardziej konserwatywna. Powiedział zamiast tego, że w tych sprawach dorosły polityk musi umieć kluczyć. I potwierdził to zapytany o ocenę stanowiska Episkopatu. Kościół ma prawo do własnych ocen, a on ich komentować nie zamierza. Jażdżewskiego tak, biskupów nie.

Dwa wnioski stąd płyną aż nadto widoczne:

Po pierwsze cynizm i cwaniactwo są jedynymi kwalifikacjami zademonstrowanymi przez polityków opozycji. To zawodzi. Zawiodą rachuby na zachowanie szerokiego spektrum wyborców. Ich sympatie są od dawna gdzie indziej i przenoszą się w tempie, którego „dorosła polityka” nie widzi. To tempo narzucił dzisiaj Leszek Jażdżewski. Niegrzecznie, fakt. Ale skutecznie. Przegra ten, kto tego nie widzi.

Po drugie Jan Grabiec nie widzi jednak jeszcze czegoś, co na nieco dłuższą metę dyskwalifikuje go kompletnie. Proponuje dokładnie tę amoralną politykę, którą opisywali Król i Kołakowski. Zapłacimy za to, jak już zapłaciliśmy w 2015 roku. Tę cenę zapłaci również Donald Tusk. Nie tylko Jażdżewski wciągnął go w tę chryję. Zrobił to przede wszystkim Jan Grabiec.

6 maja 2019
Paweł Kasprzak


Buduj z nami patriotyzm obywatelski

Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

5 myśli na temat “Liberte! Koniec polityki!

  • Maj 8, 2019 o 00:46
    Permalink

    Może i Obywatele RP wyciągną z tego jakieś wnioski?
    Chociaż wątpię, skoro środowiska lewicowe także tego nie robią.
    A opozycja centro-prawicy (PO, N, PSL) i pseudo-lewicy (SLD) na pewno nie.
    Dobrze, że coś “zawrzało”. Gorzej, że tylko na odcinku obyczajowym, co do zasady wtórnym.

    Odpowiedz
    • Maj 12, 2019 o 23:44
      Permalink

      Ja pamiętam z Twoich porad, aby np. nie siadać na trasie marszu p. Rybaka w Hajnówce. Tylko robić co innego… Nie podałeś dokładnie przepisu co to miałoby być, ale coś innego, koniecznie.

      Teraz także nawołujesz do chadzania środkiem drogi. — o ile zrozumiałem, bo pewności nie mam. Tylko, że środkiem drogi chodzi mnóstwo ludzi ( w tym także i Ty, o szanowny). Co z tego chodzenia tamtędy wynika to widzimy… niewiele. Ci co na środki drogi jednak jako pierwsi się oburzą siadaniem na asfalcie, gdy idzie Kaczyński z drabinką, albo gdy maszeruje Rybak. Nie inaczej mainstream zareagował, gdy 3 fizycznie sprawnych i zorganizowanych zawodników wywróciło pomnik Jankowskiego.

      W odróżnieniu jednak od tysiąca kroków postawionych środkiem drogi — takie zdecydowane działania dają efekty. Nie minęło dwa tygodnie od wywrotki pomnika, a Jankowski zniknął ze skwerku i już nikt się nie zająknie, że sprawa trudna, że trzeba rozważyć. Najwyraźniej rozważać nie było czego, tylko odwagi brakowało powiedzieć o tym cesarzu prawdę. Nie minął rok, a miesięcznic i Kaczyńskiego z drabinką nie ma na Krakowskim Przedmieściu, co zostało przyjęte raczej z ulgą przez mainstream. Znowu przekonanie o tym, że to cyrk tkwiło w świadomości, tylko zabrakło energii aby coś z tym zrobić. Miejmy nadzieje, że i zloty NSDAP z Hajnówki przeminą, zwłaszcza jeśli opinia publiczna (drażniona kolejnymi blokadami) w końcu dostrzeże niestosowność maszerowania z podobizną Rajsa między domami potomków jego ofiar. I wtedy nikt po tych marszach nie zapłacze.

      A może źle zrozumiałem? Może Ty — szanowny dyskutancie — masz precyzyjny plan działania tylko z czystej rewolucyjnej czujności go nie zdradzasz?

      Odpowiedz
  • Maj 8, 2019 o 11:06
    Permalink

    Nie widzę nic złego w tym, co powiedział Jeżdżewski. Może niektóre sformułowania były zbyt ostre i nie jesteśmy przygotowani na taki język, ale ten pan ma 100 proc. rację

    Odpowiedz
  • Maj 14, 2019 o 19:49
    Permalink

    Ad vocem wpisu “pk” z 12/05/br.
    Szanowna/-ny “pk”. Inicjały, podobnie anonimy mają to do siebie, że nie wiadomo do kogo/jakiej płci się zwracać. Dalszy brak precyzji, że uwagi/pytania są kierowane do mnie. Po wyjaśnieniu – chętnie podejmę się roli “dyskutanta” z demokratycznymi “dziećmi we mgle”. I to bez “rewolucyjnej czujności”.

    Odpowiedz
    • Maj 26, 2019 o 16:29
      Permalink

      Nie mam obowiązku podawania nazwiska przy swoich wpisach, podobnie jak i Ty, o szanowny. Korzystam z tego przywileju, bo tak lubię. Nie obrażam, mięsem nie rzucam, więc aktualnej wersji netowego savoir vivru, IMHO, nie naruszam. Zgłaszam po prostu wątpliwości do Twoich wpisów. Daję w ten sposób upust irytacji na postawę (także Twoją), która w milionie słów zawsze uzasadni dlaczego nic nie trzeba robić, bo wszystkie leżące na stole opcje mają jakieś wady. Całkiem przypadkiem, to podejście jest mega wygodne. Czy nie tę wygodę nicnierobienia chodzi?

      Odpowiadać nie musisz, wystarczy że przemyślisz argumenty.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *