Tusk na 3 maja

Cóż, było święto i – jak to w święta bywa – „starców myśli […] w przeszłość się uniosły, / W owe lata szczęśliwe, gdy senat i posły / Po dniu Trzeciego Maja, w ratuszowej sali / Zgodzonego z narodem króla fetowali…”

No, feta była ogromna. Król, a mówiąc dokładniej Przewodniczący Rady Europejskiej, w wystąpieniu na Uniwersytecie Warszawskim, zapowiadanym z dawna i oczekiwanym przez wielu z nadzieją, zaprezentował obraz Polski i Europy oraz zakorzeniony w historii obraz wyzwań współczesności – i darmo szukać w tych obrazach recept zwłaszcza prostych. Nie było nawet wezwań – ani do boju, ani nawet do narodowego wzmożenia. Nie było też politycznych deklaracji. Na wszystko to czekano. Jak powiedział Tusk, by uciąć wszelkie spekulacje, nie jest rolą Przewodniczącego Rady Europejskiej wspierać którąkolwiek partię w kampanii. Jest natomiast jego rolą wspierać jedność tych, którzy uparli się – często na przekór wszystkiemu – być Europejczykami. Wsparł – być może mocniej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Zobaczymy go jeszcze przy innych okazjach.

Nie było ognia

Prawicowe media odnotowały wystąpienie szefa redakcji „Liberte!”, Leszka Jażdżewskiego. Jażdżewski mówił o Kościele, który zaprzeczył misji Chrystusa i utracił przywództwo moralnego autorytetu. Powiedział nawet, że gdyby Jezusa krzyżowano dzisiaj w Polsce, to zrobiliby to z pewnością ci, którzy krzyża używają jak pałki. Prawicowe komentarze mówiły więc oczywiście o bezprzykładnym i wściekłym ataku na Kościół i wiarę, opisując „rechot”, „wycie” i „dziki aplauz” zgromadzonych, na który nie reagowało kilku obecnych księży.

Niektóre komentarze mówiły o braku reakcji skonfundowanego Tuska, któremu Jażdżewski „zabrał show”. Tusk miał według nich wypaść potem blado. O ile więc „demokraci” oczekiwali ognia od swojego oczekiwanego wodza, „autokraci” spodziewali się krwi i czekali na nią niecierpliwie – jedni i drudzy nie kryli potem rozczarowania.

Przeglądałem media społecznościowe – w mojej bańce relacjom z „eventów” opozycji towarzyszy zwykle powtarzane po wielokroć „jest moc”. Tym razem nie widziałem ani jednego takiego komentarza. Mogłem coś przeoczyć, ale różnica jest i tak uderzająca. To rytualne „jest moc” irytowało mnie zawsze, bo zakłamywało właśnie uderzającą niemoc „eventów” z estradami, wojowniczymi przemowami i mocno bez pokrycia wykrzykiwanymi zapowiedziami, że „obalimy dyktaturę”, o ile tylko wszyscy wzniesiemy w górę pięści i będzie nas wystarczająco wiele. Czy wystąpienie Tuska zawierało truizmy, jak je oceniali niektórzy, czy było wnikliwe, jak to odebrali inni – takim „eventem” nie było. Wśród rzeczy, które mnie samego pozytywnie rozczarowały w trzeciomajowym święcie z udziałem Donalda Tuska, właśnie to było najważniejsze. Tusk nie zasiadł na ofiarowywanym mu tronie i nie obiecał zwycięstwa.

Obecni i nieobecni

Gdyby Tusk miał być królem „zgodzonym z narodem”, zjawiłoby się na UW wielu tam nieobecnych. Nie było więc na przykład Lecha Wałęsy, ale zabrakło też Frasyniuka i innych – wielokrotnie przecież „używanych” przy podobnych okazjach – „ikon Solidarności”. Wśród polityków zaś…

Ja się na protokole dyplomatycznym nie znam do tego stopnia, że nie umiem nawet wsiąść do politycznie właściwego bagażnika, ale tyle wiem, że kiedy się gdziekolwiek pojawia szef Rady Europejskiej, to choćby starał się o największą skromność i szedł z reklamówką domowych zakupów, niewiele dzieje się w rzeczywistości przypadkiem i bez planu. Polityków było więc na sali oczywiście sporo, ale nie zjawiła się żadna delegacja partyjnych reprezentacji, a sam Tusk z imienia wymienił „Panią premier i marszałek Ewę Kopacz, Pana marszałka Grzegorza Schetynę oraz ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza, moich współpracowników i przyjaciół”, wyraźnie używając klucza „służby państwu” i własnych państwowych funkcji, a unikając klucza partyjnego.


Bez biegłości w protokole jasne wydaje się to przynajmniej, że wbrew oczekiwaniom Tusk ani nie stanął na czele „zjednoczonej opozycji”, ani nie ogłosił najbardziej nawet zawoalowanego zamiaru bycia głową polskiego państwa. Tyle wynika i z jego słów, i z protokolarnych gestów – zarówno tych, które uczynił, jak i tych nieuczynionych. Być może da się na tym budować nadzieję, że od Tuska usłyszymy wreszcie coś, co stworzy w Polsce realną alternatywę. Może będzie to wizja nowej polskiej demokracji – choć to jest wciąż ten sam Donald Tusk, który wizje kwitował radząc leczenie w zamkniętych oddziałach.

Czyja jest wspólnota

Wśród bon motów, które są Tuska znakiem firmowym, bodaj najbardziej krwisty był ten o pisowskim haśle „Polska w sercu Europy”. Tusk odradzał mianowicie anatomiczne alegorie, bo one nie wszystkim będą odpowiadać. O ile bowiem w pisowskiej wizji europejskiej anatomii z Polską w miejscu centralnym, takiej na przykład Szwecji przypadłaby jakoś jeszcze zaszczytna rola głowy, to już węgierscy sojusznicy Kaczyńskiego mogliby poczuć się skrępowani przypadającym im w tej krępującej sytuacji, cokolwiek zawstydzającym miejscem w europejskim organizmie. Wszystkie te złośliwości, choć wymierzone niemal zawsze w PiS, krążyły jednak wokół wspólnoty.

W Europie nie ma państw dużych – mówił więc Tusk na przykład i tym razem nie mówił o PiS – są tylko takie, którym się tak wydaje. To był wątek o globalizacji i potrzebie wspólnoty, z której nie wyłączą się nawet najmocniejsi, choćby chcieli. Pojawił się Wehrmacht – to z kolei o nauczycielach, których Tusk zapewnił z wymierzonym we władzę złośliwym przekąsem, że nie są wobec tych obelg sami, ale powiedział też wiele o tym, jak wielkim, trudnym i  właśnie wspólnotowym wyzwaniem jest dzisiaj, w czasach kryzysu wartości, edukacja.

Zaczynając Tusk przywołał historyczne okoliczności Konstytucji 3 Maja. Powiedział – to historyczny banał przecież: „wiwat Sejm, wiwat naród, wiwat wszystkie stany” – że to wtedy narodziła się polityczna wspólnota Polaków. Ale oczywiście wspomniał także o Targowicy, często używanej w Polsce obeldze, która z tradycją Konstytucji 3 Maja wiąże się nierozerwalnie i której cień towarzyszy również nieodłącznie dzisiejszemu polskiemu konfliktowi. Targowica była zdradą, bo we wspólnotę Polaków godziła, i pozostaje nią dzisiaj, towarzysząc kolejnemu zamachowi na konstytucję, dokładnie z tego samego powodu – tę myśl Tusk uczynił osią swojego wystąpienia.

Jedno nie jest w tym dla mnie jasne. To, że deptanie praw i niszczenie wspólnoty jest zarzutem czynionym PiS-owi, jest oczywiste. Powodów mamy wszyscy aż nadto. Czy jednak i na ile było to dla Tuska wyłącznie oskarżeniem – i to mocnym na tyle, by pisowskich przeciwników konstytucji, zatem wielką część polskiego społeczeństwa z demokratycznej wspólnoty wyłączyć – tego już wyczytać się z jego wystąpienia nie dało. Kiedy patrzę na doświadczenia własnej aktywności w obozie walczących z PiS demokratów, nie mam specjalnych złudzeń: nie ma w nas ani świadomości, że umowę społeczną Polaków trzeba negocjować również z tymi, którzy dzisiejszą konstytucję odrzucili, ani nie ma takiej woli. „Nie ma wolności dla wrogów wolności” – zdają się powtarzać za Saint Justem walczący dzisiaj o demokrację i wolność Polacy. Niepomni ani tego, że sam Saint Just trafił wreszcie na tę samą gilotynę, na którą tak ochoczo posyłał wrogów, ani tego, że sam był w istocie proto-faszystą. Że pod hasłami wolności, równości i braterstwa tłum paryskich demokratów dopuszczał się niewyobrażalnie bestialskich mordów, a w Wandei w ramach planowo przeprowadzonej akcji eksterminacyjnej wymordowano trzecią część populacji „katolickich rojalistów”. Pewnie przesadzam z tak dramatycznymi porównaniami, ale zapomnieć o historycznych przestrogach nijak nie umiem.



Tusk coś o tym powiedział. Mówił mianowicie: „Chciałbym, żeby to wezwanie zabrzmiało naprawdę mocno i żebyście szczególnie wy je wysłuchali. W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił” [wyróżnienie — P.K.]. Dlaczego to my mamy tego słuchać szczególnie?

Tusk miał w każdym razie szansę powiedzieć coś jeszcze, co głośno nie zostało w Polsce wypowiedziane, a co on – w odróżnieniu od innych – mógł powiedzieć wystarczająco mocno. Że nie ma powrotu do status quo ante, kształtowanego kiedyś przez niego samego oraz jego „wieloletnich współpracowników i przyjaciół”, z których kilkoro wymienił. Że odrzucający dziś znaną nam demokrację zwolennicy naszych politycznych przeciwników muszą mieć nie tylko wyznaczone im przez nas miejsce, ale również podmiotowy wpływ na kształt demokracji wspólnej dla wszystkich. Że demokrację odrzucono w Polsce, jak odrzuca się ją coraz powszechniej na świecie, nie z powodu jej nadmiaru, a z powodu niedostatków, choć wyszło, co wyszło. Że zatem ani Polska, ani Europa, ani świat nie będzie już i nie powinien być taki sam. Bo być może ta demokracja, którą znamy i do której wzdychamy tęsknie, jakichś korekt jednak wymagała.

Jeśli istotnie mówimy o wspólnocie, a nie tylko celebrujemy własną.

No, to byłyby moje życzenia, przecież nie będę oczekiwał, by je wypełniał Przewodniczący Rady Europejskiej. Być może jest zresztą tak, że z europejskiej, międzynarodowej perspektywy, z lotu ptaka niejako, wszystko, co się da powiedzieć, to „przestrzegajcie konstytucji”, a zmieniajcie ją potem – a tych wezwań nie da się zaadresować inaczej. Niemniej to zaniechanie uważam za największą wadę święta Konstytucji 3 Maja.

Czego nie zapamiętamy

Ta wada kładzie się cieniem na zalety – tych tematów i tych spojrzeń, które wynikają z europejskiej i globalnej perspektywy szefa Rady Europejskiej i które tak bardzo odstają od siermiężnej rzeczywistości polskiego grajdoła. Wszystkie one zostały bowiem w świątecznym wykładzie Tuska podporządkowane logice starcia z prawicą.

Tusk mówił więc o katastrofie klimatycznej, jako o wyzwaniu, któremu nie sprosta ani żadna siła polityczna działająca osobno, ani żaden pojedynczy kraj i któremu trzeba stawić czoła zapewniając współpracę wszystkich ze wszystkimi. Powiedział jednak równocześnie – i przecież miał rację – o tych, którzy współpracować nie chcą. Wskazał tu nacjonalistyczną radykalną prawicę, mówiąc, że nie istnieje żaden prawicowy program ochrony środowiska i żadna prawicowa odpowiedź na którekolwiek z najpoważniejszych wyzwań współczesności. I choć złośliwie retoryczne pytanie o program lewicowy lub liberalny byłoby tutaj nadużyciem, bo Tusk (to wciąż przecież ten od ciepłej wody i leczenia wizji) mówił o programie po prostu pragmatycznym i wolnym od ideologii – to jednak pragmatyzm „wieloletnich współpracowników i przyjaciół” Tuska widzieliśmy w sejmowym głosowaniu, w którym PO ramię w ramię z PiS opowiedziała się „pragmatycznie” za dopłatami do cen energii. Niezgodnie z prawem UE zakazującym publicznych dotacji i wbrew unijnej polityce zwalczania emisji CO2. Dla słuchaczy wywód klimatyczny – pomimo danych o 50 tys. śmiertelnych ofiar smogu rocznie – był zdecydowanie mniej „sexy” od złośliwości o PiS. Ale to przypuszczalnie nie dlatego usłyszeliśmy opowieść o tym, że brak ekologicznej wrażliwości jest prawicową chorobą – zupełnie jakby naturalne środowisko rozkwitało, kiedy jeszcze nikt w Polsce nie śmiał otwarcie łamać konstytucji.

Usłyszeliśmy też o innych zagrożeniach cywilizacyjnych, które niesie ze sobą nie spalanie kopalin, ale cyberświat. Nie było tu mowy o imperium Putina, uprawiającym agresywną politykę ingerencji w stan umysłów ludzi cywilizowanego dotąd Zachodu i o wynikających stąd spustoszeniach dla demokracji. Pojawiły się jednak Chiny i tamtejszy social credit system jakby z koszmarów futurologicznych dystopii, pojawiła się też GAFA (Google-Amazon-Facebook-Apple) jako komercyjny odpowiednik tego samego zła. Usłyszeliśmy o świecie fikcji kształtowanym przez „inżynierów wartości” i usłyszeliśmy, że to się dzieje naprawdę i dzieje się teraz. Że jest śmiertelnie groźne.


Jeśli raz w miesiącu wspierasz finansowo różne organizacje, pomyśl o nas następnym razem trafiając na tę stronę

Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

Cóż – wszystkie te zagrożenia powinny niemal unieważnić w naszych głowach to wszystko, co w dzisiejszej Polsce ekscytuje nas najbardziej. Kiedy się tak spojrzy, widać wyraźnie, że PiS i Jarosław Kaczyński nie są prawdopodobnie największym zagrożeniem ludzkości, bo ona wyginie ugotowana pod powłoką atmosfery gęstej od gazów cieplarnianych. Moglibyśmy dojść do wniosku, że nawet niedawne kłótnie o wiek emerytalny – jedna z przyczyn upadku poprzedniej władzy i jedno z najbardziej podobno szkodliwych posunięć władzy obecnej – że wszystko to unieważnią zmiany na rynku pracy wywołane przez technologiczną rewolucję, wobec której bezwartościowe okażą się dzisiejsze analizy demograficzne.

Tusk mówił o szkole i strajku nauczycieli właśnie w takich kontekstach. Szkoła – powiedział – potrzebna nam jest nie po to, byśmy budowali „społeczeństwo oparte na wiedzy”, ani nie po to, byśmy sprostali wyzwaniom globalnej konkurencji gospodarczej. Mówił, że szkoła musi szczepić przed „niebezpiecznym światem fikcji i uzależnień od cudzych wyobrażeń i cudzych wartości”. Podpisałbym się pod tym oburącz i z wdzięcznością. Ale Tusk dodał natychmiast apel: „Bądźcie odważni w stawianiu pytań. Nie dajcie sobie wmówić […], że mamy być jednakowi, że mamy – jak to było? – nie przeszkadzać i popierać. […] To jest istota politycznej wolności – mamy przeszkadzać i nie popierać, mamy szukać, mamy wątpić [wyróżnienie — P.K.].” Mam wobec tego wątpliwość pierwszą: czy nowej władzy, kiedy już na powrót zdobędą ją demokraci i będą niestety zmuszeni bronić jej przed wciąż tymi samymi zagrożeniami – czy tej władzy też mam przeszkadzać wątpliwościami, czy wolno tylko obecnej i tego dotyczył apel? Pytam nie bez kozery, bo już dzisiaj słyszę, że swoimi wątpliwościami i własnym sprzeciwem szkodzę temu wyborczemu zwycięstwu.

Zakończył Tusk preambułą obecnej polskiej konstytucji. Ale przedtem zacytował Ortegę y Gasseta:

„Nie przypominam sobie, by jakakolwiek cywilizacja umarła na atak wątpliwości. Pamiętam natomiast i zwykle umierały one z powodu petryfikacji swojej tradycyjnej wiary i sklerozy przekonań.”

Jestem za ten cytat bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że zostanie zapamiętany, choć to jest słaba nadzieja. Obawiam się bowiem, że póki nie powiemy tego bardzo wyraźnie, rozumieć będziemy go wyłącznie w pisowskim i antypisowskim kontekście, a wtedy stojąca za nim rzeczywiście myśl ulegnie zapomnieniu. Jakby nie patrzeć, to jednak petryfikacja znanej nam, tradycyjnej polityki doprowadziła w Polsce do nieszczęścia, jakim są rządy PiS.

Mąż stanu – a z takimi nadziejami wciąż w Polsce patrzymy na Tuska – powinien mieć odwagę naprawdę stanąć przed tym wyzwaniem.

Paweł Kasprzak

7 myśli na temat “Tusk na 3 maja

  • Maj 4, 2019 o 18:35
    Permalink

    Panie Pawle!
    Ten Pana tekst powinno przeczytać się co najmniej 2 razy.
    Potem jeszcze dodatkowo minimum 1 raz przemyśleć.
    Dzięki za “rzecz” godną namysłu. Łączę wyrazy uznania.

    Odpowiedz
  • Maj 5, 2019 o 04:10
    Permalink

    Tak, czasy się zmieniły – wielkiego wyboru nie ma. Zło się rozlało i jest wszędzie. Trzeba mu przeszkadzać i stanowczo się sprzeciwiać. Nikt nie ma recepty, lekarstw musimy szukać po drodze.

    Odpowiedz
  • Maj 5, 2019 o 11:51
    Permalink

    Nie przepadałam za Tuskiem. A teraz jawi mi się jako mąż stanu. Oby więcej takich i oby chciał wejść do polskiej polityki. Może zmienił by jej siermiężne oblicze

    Odpowiedz
  • Maj 5, 2019 o 15:41
    Permalink

    Nie rozumiem – tak zacząłbym tekst skierowany do Ciebie.
    Nie rozumiem, co nie jest dla Ciebie jasne w następujących słowach Tuska “„Chciałbym, żeby to wezwanie zabrzmiało naprawdę mocno i żebyście szczególnie wy je wysłuchali. W polityce nie może chodzić o to, aby ktoś kogoś pokonał i unicestwił”.
    Nie jest tak, że w tym co Tusk mówi, pobrzmiewa Twoje wezwanie do “Konstytuanty” negocjowanej z “konserwatystami” tak, aby byli gotowi uznać ją za swoją?
    Nie jest tak, że słowa “Nie dajcie sobie wmówić, że mamy myśleć w sposób jednakowy, że mamy – jak to brzmi – mamy nie przeszkadzać i popierać. Mamy, my i wszyscy, bo to jest istota politycznej wolności, mamy przeszkadzać i nie popierać, mamy szukać, mamy wątpić.” wzywają do konfrontowania wszystkich przyszłych rządów i ich poczynań? że w słowach tych zawiera się treść obywatelskości, której od trzech lat dajemy wyraz wbrew nawoływaniom do bezrefleksyjnego udziału w wojnie polsko-polskiej?
    Czy tak sformułowany postulat nie jest według Ciebie wsparciem koncepcji stawiania politykom twardych wymagań i bezustannego mówienia “sprawdzamy”? Czy nie jest to postulat do korekty demokracji?
    Ja właśnie tak to rozumiem.

    Odpowiedz
    • Maj 6, 2019 o 00:05
      Permalink

      Dwa poziomy niejasności.

      Pierwszy dotyczy tego, jak sam Tusk rozumie własne słowa. Po pierwsze, kiedy mówi “chciałbym, żebyście szczególnie wy je wysłuchali” poprzedzające napomnienie o tym, że żadne zwycięstwo nie może być całkowite i nie może wykluczać drugiej strony — ja chcę rozumieć z tego to, co z moich doświadczeń wynika i o czym napisałem: nawet konstytucję musimy uzgodnić z tymi, którzy dzisiejszą konstytucję odrzucają. Jak je rozumie Tusk — jednak nie wiem. Za chwilę wyjaśnię dlaczego, choć wydaje mi się, że napisałem. Po drugie Tusk wzywa “mamy przeszkadzać i nie popierać”. To rodzi pytanie, czy każdej władzy mamy przeszkadzać, czy tylko tej obecnej.

      To pytanie uzasadnione jest po pierwsze po prostu tym, że chyba dokładnie każdemu wątkowi towarzyszyły złośliwości pod adresem PiS. Nie było żadnego — dosłownie żadnego! — przykładu, w którym Tusk wskazywałby złe przykłady zachowań innych polskich polityków. Choćby własne. Ktoś w sieci przypominał jego własne słowa o polskim węglu, czarnej “perle w koronie”, narodowym skarbie itd. Ja przypomniałem głosowanie PO wraz z PiS za dopłatami do cen energii.

      Tusk wiele mówił o wspólnocie. Słusznie podkreślał, że fundamentem dla wspólnoty są wspólne reguły gry. Konstytucja, która wolno zmieniać, ale której przede wszystkim należy przestrzegać. To z kolei rodzi pytanie, czy łamanie tych reguł nie wyłącza ze wspólnoty. Bo taka myśl w wystąpieniu Tuska brzmiała mi w uchu. Nie jestem pewien, czy słusznie. Gdyby chociaż co trzeci z Tuskowych bon motów dotyczył zachowań dzisiejszej opozycji, moje rozterki były mniejsze.

      Poziom drugi i niezależny od tego, co Tusk mógł mieć na myśli, to reakcja. Rzęsiste brawa po każdym ciosie wymierzonym we władzę. Obawiam się bardzo, że wezwanie “przeszkadzać, nie popierać” zrozumiano wyłącznie w bieżącym kontekście. Ja słyszę i Ty słyszysz “popierać, nie przeszkadzać”, ilekroć odezwiemy się o prawyborach, czy nawet o wysłuchaniach publicznych.

      Odpowiedz
      • Maj 6, 2019 o 07:05
        Permalink

        Wiesz, jak to jest z wypowiedziami: nadający strzela słuchający rozumie, jak rozumie. Narracja jest po stronie słuchacza. To on sobie układa w głowie, to co usłyszał. A zrobi z tym to, co zrobi. Wypełnić jak wiesz możemy to naszą treścią.

        Odpowiedz
  • Maj 6, 2019 o 07:05
    Permalink

    Wiesz, jak to jest z wypowiedziami: nadający strzela słuchający rozumie, jak rozumie. Narracja jest po stronie słuchacza. To on sobie układa w głowie, to co usłyszał. A zrobi z tym to, co zrobi. Wypełnić jak wiesz możemy to naszą treścią.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *