Krótka lekcja PR-u w kryzysie

Jesteśmy już nie na ostatniej prostej, a mówiąc językiem sportowym „na kratce” wyścigu do Parlamentu Europejskiego. Po demokratycznej stronie wojenki, toporne happeningi i występy słabo przygotowanych posłów. Po drugiej prostacka propaganda waląca w widza „faktami” z TVP i przekazem dnia, niczym młotem parowy. Ale i czujna, jak ważka PR-owska straż PiS. W ostatnich dniach dała modelowy przykład jak działać, gdy nadchodzi polityczne tsunami

Zwiedziony zapowiedzią, odnalazłem w Internecie występ w telewizji śniadaniowej Jarosława Kaczyńskiego. Już samo to wydało mi się dziwne. Rozmowy o d. Maryni to nie świat, w którym ten staruszek czułby się najlepiej. Zrodziło się pytanie, po co tam lazł? Ocieplić wizerunek? Niedorzeczny pomysł, wszak on nie startuje w tych wyborach, a widzowie śniadaniowej w zdecydowanej większości kochają prezesa. Gdyby o to chodziło, to poszedłby do Polsatu.

Zdziwienie narastało wraz z każdą odpowiedzią siedzącego sztywno za stołem prezesa. Wszystko waliło na odległość chamską PR-ową ustawką. A gdy Kaczyński stwierdził, że jego odkryciem towarzyskim jest Julia Przyłębska i, po kilku kulinarnych komplementach pod jej adresem, stwierdził, że odwiedza ją na obiadach regularnie, uznałem, że oto mamy przykład samozaorania przez PR. Ujawniać nie pytanym, że się odwiedza prezes Trybunału Konstytucyjnego w jej domu!? Miało być ocieplenie wizerunku, a jest kryzys polityczny.

Cóż po raz kolejny okazałem się naiwnym amatorem.

Gdy kilka dni później Gazeta Wyborcza ujawniła nagrania z domu Przyłębskiej, na których widać jak prezes otoczony wianuszkiem ochroniarzy (z teczkami dokumentów) wchodzi do budynku, a za nim kroczy Mateusz Morawiecki, wszystko stało się jasne. Trzeba było jeszcze tylko potwierdzić u kolegów z GW, czy temat był im już znany przed występem prezesa w telewizji śniadaniowej. Okazało się, że pracowali nad nim od kilku dni. I wszystko ułożyło się w logiczną całość.

Było tak. Służby dostały cynk, że Wyborcza ma taśmy z monitoringu. To, że takie odwiedziny to skandal, nikt nie ma wątpliwości, co więc można zrobić? Zgasić większy płomień mniejszym. Jarosław sam opowiedział o „odkryciu towarzyskim”. Dlaczego w „śniadaniowej”? To proste, nie ma lepszego miejsca by coś powiedzieć i jednocześnie to od razu zdyskredytować.

Nic to, że trudno sobie wyobrazić, że Kaczyński z własnej woli chodziłby na towarzyskie pogaduszki do, nazwijmy to, „niezbyt lotnej pani prezes” jakoś przeszło mu to przez gardło. Nic to, że w rozmowie o kotkach i  grillach, prowadzonej przez dziennikarzy, którzy właśnie wykonywali na siebie wyrok śmierci zawodowej, pojawia się tak poważny fakt. Koszty były małe w porównaniu z zyskami. Wszyscy gadali o wywiadzie, o kompromitacji cenionego i sympatycznego Michała Olszańskiego (od Zamachowskiej nikt niczego nie wymagał), a wątek odwiedzin był tylko jednym z wielu, między kiełbasą, puchaczem a kotami. Jak plotka głosi, całość z reżyserki nadzorował Jacek Kurski. Polska oswajała się z nową przyjaźnią prezesa.

Gdy więc pojawił się materiał Wyborczej, młody Wildstein mógł na TT napisać: „w zeszłym tygodniu Prezes mówi, że zna się dobrze z Przyłębską i się z nią spotyka towarzysko. Mija tydzień  i GW UJAWNIA – Prezes zna się i spotyka z Przyłębską. No kompletni… Powinni dla GW stworzyć dziennikarską nagrodę Darwina. Podobny poziom intelektu”.

Ale to jeszcze nie koniec. Wczoraj w programie Andrzeja Morozowskiego poseł Gryglas (obecnie PiS, gdzie w przyszłości, patriotyczny duch raczy wiedzieć) ni z gruchy, ni z pietruchy, stwierdził, że firma monitorująca dom pani Przyłębskiej ma powiązania z Gaspromem. Czy Gryglas wygadał się, czy może wystrzelił  flarę, która ma zamieszać w koordynatach celowania, tego dowiemy się za kilka dni.

Drugim przykładem na działania PR, których już tak jednoznacznie ocenić nie można, jest akcja wokoło adoptowanych dzieci Morawieckiego.

O książce „Delfin”, napisanej przez byłego rzecznika banku, którym dowodził Mateusz Morawiecki, dopiero się zaczynało mówić. Oczywiście dla służb zdobycie tekstu przed wydrukowaniem książki nie jest problemem. Tak się też stało. Po lekturze, gdzieś tam w otoczeniu PMM, zdecydowano, że trzeba autora i dzieło skompromitować po całości, nim się pojawi.

Usłużny Super Express otrzymał zadanie opublikowania tekstu o tym, że autor „Delfina” ujawnia, iż dwoje z czwórki dzieci Morawieckiego jest adoptowanych. Krzywda dzieci zawsze oburza, niemal tak jak krzywda dziejąca się psu (co widać po rozpętaniu burzy wokoło Joanny Scheuring-Wielgus, która oddała swoje psy do schroniska).

Co działo się dalej, można tylko przypuszczać. Może ktoś uznał, że upiecze dwie pieczenie i prócz zdyskredytowania niebezpiecznej dla premiera książki Piotra Gajdzińskiego, ociepli też – co tu dużo mówić, niezbyt sympatyczny – wizerunek premiera. Może zbyt oczywistym było dla redakcji, że materiały przyszły z Urzędu Rady Ministrów. Dość powiedzieć, że przed publikacją nie zastosowano procedury zabezpieczającej i nie zapikslowano twarzy dzieci, nikt też chyba nie sprawdził, że Morawiecki o adopcji mówił już wcześniej wielokrotnie, pisał o niej też bardzo znany dziennikarz ekonomiczny Witold Gadomski.



Ten brak zamazania twarzy dzieci i podanie ich imion (w książce ich nie ma) to nie był błąd. Takie błędy w tabloidach, w głównym materiale na tzw. jedynkę, się nie trafiają. Pismo poszłoby z torbami, gdyby nie wykształciło mechanizmów kontroli.

Na początku zrobił się skandal i nawet kilku dziennikarzy strony demokratycznej, którzy kochają takie wzmożenia etyczne, coś napisało atakując „Delfina”. Jednak zorientowano się, że po drugiej stronie nie muszą stać zastępy PR-owych speców, by ujawnić grube nici jakimi szyto ten temat.

Szybko więc prawa ręka premiera (niektóry mówią, że sygnalista Kaczyńskiego – Michał Dworczyk) skoncentrował się na ocieplaniu wizerunku i opowieściach, jak to premier kocha swoje dzieci (jeżeli pamiętacie zdjęcie z choinką, to wiecie, że Morawiecki dla PR-u zrobi wszystko), a wątek oburzenia na jakoby nieetyczne zachowanie autora zszedł z wokandy.

Czy taki był plan, czy ratowano sytuację, dziś trudno powiedzieć. Zyski i straty tej akcji się chyba równoważą, o książce zrobiło się głośno, a to zawsze pomaga w sprzedaży, wraca jednak co jakiś czas echo oburzonych głosów, tych naiwnych, którzy współczują premierowi i dzieciom. Może więc i tu gaszenie ognia ogniem miało swój sens.

Niezależnie jednak od wszystkiego, gdy porówna się kompetencje i rozmach zespołów PR-owych jednej i drugiej strony oraz liczbę „pożytecznych idiotów” po demokratycznej stronie, trudno być optymistą co do wyników wyborów w maju i jesienią.

Wojciech Fusek

fot. Flickr


Wesprzyj nas i buduj z nami patriotyzm obywatelski

Twoja pomoc pozwoli nam działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

2 thoughts on “Krótka lekcja PR-u w kryzysie

  • 24 maja, 2019 o 16:47
    Permalink

    PR-owcy PiS-u świetnie wszystkich rozgrywają. Nie ma na rynku równie dobrych, którzy by pracowali dla obozu demokratycznego?

    Odpowiedz
  • 25 maja, 2019 o 02:31
    Permalink

    Morawiecki i Kaczyński tak samo rączki układają (na zdjęciu). Wszyscy biorą lekcje u tego samego nauczyciela?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *