Piotr Niemczyk o „jawności”, czyli cenzurze i donosach

Podobno rząd wycofał się z jednego z najbardziej kontrowersyjnych przepisów w projekcie ustawy dotyczącej jawności życia publicznego. Na skutek sprzeciwu m.in. Rzecznika Praw Obywatelskich, ale także protestów wielu środowisk zawodowych i organizacji społecznych, w dokumencie została bardzo ograniczona lista stanowisk, funkcji i zawodów, które zobowiązują do składania oświadczeń majątkowych ogłaszanych publicznie

Czy to znaczy, że wielu obywateli (w tym np. pracowników instytucji samorządowych) zostanie zwolnionych z obowiązku składania oświadczeń majątkowych? Nie. Nie będą ogłaszane publicznie, ale dostępne CBA i innym podobnym instytucjom.
Wbrew temu co deklarują autorzy, wprowadzenie ustawy nie zwiększy dostępności informacji dla obywateli. Wręcz przeciwnie.

Dlaczego cenzura?

Dotychczasowy tryb występowania o dostęp do informacji publicznej zostanie zmieniony.

Po pierwsze – jeżeli odpowiedź na zapytanie może spowodować koszty związane ze sposobem jej udostępnienia lub koniecznością przekształcenia informacji – możliwe jest wprowadzenie opłaty za przekazanie informacji. To niby nie powinno być poważne utrudnienie dla poszczególnych osób występujących jednorazowo o dostęp do danych. Ale może bardzo poważnie ograniczyć działanie NGOsów, specjalizujących się w egzekwowaniu przejrzystości procedur urzędniczych i opiniowaniu kwalifikacji i zaangażowania osób pełniących funkcje publiczne. Może okazać się, że te opłaty to poważna pozycja w ich budżecie, faktycznie ograniczająca działalność tych „watch dog’ów”.

Po drugie – „uzyskanie informacji publicznej przetworzonej (cokolwiek by to miało znaczyć)… wymaga uzasadnienia istotnego interesu publicznego”. Czyli zainteresowana osoba czy organizacja, nie tylko będzie zobowiązana do zapłaty za udostępnienie wiadomości, ale również będzie się musiała liczyć z tym, że jeżeli uzasadni pytania niewystarczająco ważnym interesem publicznym, który będą oceniać urzędnicy działający według kryteriów określonych przez swoich przełożonych (no bo przecież nie według oczekiwań zwykłych obywateli) – nie dostanie satysfakcjonującej odpowiedzi. Można więc założyć, że informacja publiczna o „polityce wewnętrznej i zagranicznej” podlega udostępnieniu, ale już uzyskanie informacji „przetworzonej” na ten sam temat, będzie uzależnione od tego, co zostanie napisane w uzasadnieniu i wniesienia opłaty.

Ale nie tutaj należy poszukiwać istoty sprawy. Najciekawsza jest ta część projektu, która określa informacje mogące stanowić jakąś tajemnicę. Na przykład „tajemnicę przedsiębiorstwa” (i tu znowu nie ma przejrzystych kryteriów czego to może dotyczyć). Zgodnie z proponowanym rozwiązaniem, dane dotyczące umów cywilnoprawnych, zawieranych przez instytucje i spółki do ich przekazywania zobowiązane, jeżeli będą zawierać informacje chronione, nie będą udostępniane do publicznej wiadomości, tylko wysyłane do rejestru szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego.


Podoba Ci się? Udostępnij!

[apss_share]


Nie wszystkie informacje, które powinny być publicznie dostępne, będą ogłaszane w ten sam sposób. Niektóre nadal powinny być publikowane w „Biuletynie Informacji Publicznej”, ale spora grupa wiadomości ma być przekazywana do „centralnego repozytorium”. Ma być to zbiór danych, do którego trafiać mają „informacje publiczne o szczególnym znaczeniu dla rozwoju innowacyjności w państwie i rozwoju społeczeństwa informacyjnego, które ze względu na sposób przechowywania i udostępniania pozwalają na ich ponowne wykorzystanie w sposób użyteczny i efektywny”. Ciekawe według jakich kryteriów będzie się rozstrzygać, które informacje są ważne dla rozwoju społeczeństwa informacyjnego, a które nie?

Zasady udostępniania, a także przetwarzania informacji w „centralnym repozytorium” ma określić Rada Ministrów. Z kolei minister ds. informatyzacji może usuwać ze zbioru „zasoby informacyjne, które nie mają szczególnego znaczenia dla rozwoju innowacyjności w państwie i rozwoju społeczeństwa informacyjnego”.

Przełożony sprawdzi na wylot

Oświadczenia majątkowe prawdopodobnie nie będą publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej, ale to nie znaczy, że nie będzie trzeba ich składać. Około miliona osób (czyli posłowie, senatorowie i radni, pracownicy administracji rządowej, samorządowej, wymiaru sprawiedliwości, spółek w których reprezentowany jest Skarb Państwa i komunalnych) będzie zobowiązanych do składania tych deklaracji. Przekazane informacje mają dotyczyć także danych dotyczących stanu majątkowego współmałżonka. A jeżeli do składania oświadczania majątkowego zobowiązani są także inni członkowie najbliższej rodziny – trzeba o tym poinformować w złożonym dokumencie.

Po złożeniu, deklaracja o tym ile zarabiamy i co mamy, podlega analizie i weryfikacji. Z ustawy nie wynika czy wszystkie dokumenty będą weryfikowane, czy tylko niektóre i według jakiego klucza. Można się domyślać, że sprawdzenie wszystkich będzie niemożliwe. Analizę powinna przeprowadzić osoba upoważniona do odbioru oświadczenia (czyli przełożony instytucji), ale może ją również przeprowadzić urząd skarbowy.

W przypadku, gdy sprawdzający podejmie wątpliwości co do tego, czy dane są prawdziwe, ma obowiązek poinformować o tym Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Sygnalista, czyli donosiciel

Absolutnym curiosum w projekcie ustawy jest wprowadzenie instytucji sygnalisty. Sygnalista (zwany w państwach, w których działają skuteczne zasady jego funkcjonowania: whistleblower’em) to osoba, która ujawnia nieprawidłowości w organizacji. Najczęściej w administracji publicznej albo korporacji, czy innej dużej organizacji gospodarczej. Ma zwracać uwagę na łamanie zasad w działaniu niektórych pracowników lub współpracowników, dotyczących zwalczania korupcji czy konfliktu interesów, ale także (a może nawet przede wszystkim) przypadki mobbingu lub molestowania seksualnego.

Organizacje zajmujące się prawami człowieka i przejrzystością życia publicznego (w Polsce m.in. Fundacja Batorego) od wielu lat popierają działania wspierające sygnalistów rozumianych jako osoby dobrowolnie informujące o różnego rodzaju patologiach, w sposób pozwalający im na zachowanie anonimowości i nieuczestniczenie w różnego rodzaju późniejszych postępowaniach sądowych.
 


Popierasz nasze działania? Wpłać darowiznę!

 
Rząd PiS z właściwym sobie wdziękiem kieruje tę inicjatywę na minę i sprowadza pojęcie sygnalisty z pozycji wrażliwego na cudzą krzywdę społecznika do roli donosiciela, którego status i prawa określa prokurator. Jego rola zostaje zredukowana wyłącznie do walki z korupcją i nadużyciami o charakterze majątkowym lub przestępstwami przeciwko wyborom.

Co charakterystyczne, sygnalista kiedy już uzyska status przyznany przez prokuraturę, staje się od niej całkowicie zależny. Podobnie jak agent od służby specjalnej czy innej policji politycznej. Uznanie kogoś za sygnalistę można cofnąć w przypadku, gdy prokurator zacznie mieć wątpliwości co do jego zaangażowania. Osoba taka traci wtedy ochronę polegającą na tym, że pracodawca nie ma prawa go zwolnić, ani pogorszyć jego warunków pracy (może to zrobić wyłącznie za zgodą prokuratora lub pod warunkiem wypłaty odszkodowania w wysokości dwukrotnego rocznego wynagrodzenia), a państwo ponosi koszty jego ewentualnych procesów.

W zasadzie brak zasad

Jednymi z najważniejszych przepisów w projekcie ustawy są te z rozdziału o przeciwdziałaniu praktykom korupcyjnym. Każdy przedsiębiorca przynajmniej średniej wielkości ma obowiązek wprowadzenia procedur antykorupcyjnych. Jeżeli ich nie wprowadzi, albo okażą się pozorne lub nieskuteczne, grozi mu kara w wysokości do 10 milionów złotych. I tu znowu: nie ma kryteriów rozstrzygania, kiedy procedury mogą okazać się pozorne, a w jakich okolicznościach nieskuteczne. Karę tę wyznacza szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, a w przypadku gdy przedsiębiorca się z nią nie zgadza, dalsze postępowanie toczy się przed Prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a następnie przed Sądem Okręgowym w Warszawie.

Ustawa nie przewiduje jednak pewnego paradoksu. Co się stanie z sygnalistą, którego pracodawca zbankrutuje na skutek nałożonej na firmę kary w wysokości 10 mln zł za to, że wprowadzone przez niego procedury antykorupcyjne okazały się nieskuteczne. A dowodem na nieskuteczność było złożone przez sygnalistę zawiadomienie o nieprawidłowości. Bankructwo spowoduje, że nie będzie możliwe dalsze zatrudnienie sygnalisty, ani wypłata mu odszkodowania za zwolnienie. Najwyżej zajmie on wtedy „któreś” (niekoniecznie wysokie) miejsce w kolejce roszczeń wobec masy upadłościowej?

Sytuacja taka wydaje się bardzo prawdopodobna. Ale ustawa nie rozstrzyga, kto w takiej sytuacji bierze sygnalistę na utrzymanie. Może więc potencjalni „sygnaliści” powinni być bardzo ostrożni z donosami?
A może jeszcze lepiej nie wprowadzać bardzo kontrowersyjnej, prawdopodobnie szkodliwej dla dostępu do informacji publicznej i przedsiębiorczości, ustawy.

Piotr Niemczyk

fot. Pixabay

4 thoughts on “Piotr Niemczyk o „jawności”, czyli cenzurze i donosach

  • 25 lutego, 2018 o 13:38
    Permalink

    Nomenklatura partyjna i administracja państwowa zrobiła sobie ustawkę o jawności życia publicznego zgodną z interesami nomenklatury i administracji rządowej. Jakież to typowe i naturalne.

    Osobiście uważam, że strona obywatelska powinna w odpowiedzi stworzyć swoją ustawę o jawności życia publicznego, która będzie zgodna z interesami i potrzebami obywateli, a równocześnie będzie manifestem ideowo-programowym i projektem wdrożeniowym na przyszłe czasy, kiedy obywatele dojdą kiedyś do głosu i do władzy. Również po to, by jak przyjdzie odpowiedni moment nie stać z pustymi rękami.

    Odpowiedz
    • 25 lutego, 2018 o 17:24
      Permalink

      Poprzednia (teoretycznie obowiązująca) ustawa o dostępie do informacji publicznej, której jednym z głównych autorów był Henryk Wujec, była zupełnie niezła. Problem w tym, że organa administracji zaczęły przy niej kombinować szukając pretekstów aby nie odpowiadać na pytania, przeciągając okres oczekiwania tak aby odpowiedź straciła na znaczeniu, albo odpowiadając tak aby odpowiedź zawierała tylko ogólnikowe stwierdzenia. Zresztą taki sposób kombinowania dotyczy nie tylko ustawy o dostępie do informacji publicznej, ale również pytań zadawanych zgodnie z prawem prasowym i interpelacji poselskich. Nowa ustawa ma “legalizować” te wszystkie kombinacje.

      Odpowiedz
      • 26 lutego, 2018 o 00:13
        Permalink

        Zgadza się. Więc można wziąć za punkt wyjścia starą ustawę. Ale faktycznie i stara ustawa pełnej jawności nie gwarantowała. Od lat obywatele musieli “żebrać” o podstawowe informacje, lecz zwykle wygrywali niemal wszystko przed sądami. Zmiany powinny więc pójść w kierunku, by skończyło się również “żebranie”. Ja od dawna postuluję, aby informacja o charakterze publicznym już przy tworzeniu i archiwizowaniu była dygitalizowana (w sposób cyfrowo przetwarzalny) i tam gdzie to techniczne i prawnie możliwe z automatu na specjalnych portalach i otwartych bazach danych udostępniana. Obywatel nie powinien prosić o informację publiczną, lecz jak jej potrzebuje sobie ją wziąć i przetworzyć.

        Przykład: oświadczenia majątkowe posłów były dostępne na stronach sejmu, ale niemal tylko w formie graficznych skanów, chociaż te oświadczenia zawierają głównie tabelki. Żaden człowiek i żadna maszyna niewiele może z takimi danymi począć. Teoretycznie można to wszystko przepisać i ująć dygitalnie, lecz to jest właśnie skandal. Takie dane powinny w formie dygitalnej i przetwarzalnej na stronach sejmu udostępniane.

        Odpowiedz
  • 1 marca, 2018 o 11:42
    Permalink

    Nie ma sposobu, żeby zatrzymać to szaleństwo?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *