Co to da?

Pytanie zadaję w kontekście smoleńskich miesięcznic i demonstracji im się przeciwstawiających, które proponuję, sam w nich uczestnicząc od kilku miesięcy. Chodzi więc w zasadzie o drobiazg, który nie skupia uwagi wielu, choć w moim przekonaniu sprawa jednak jest ważna, a nie nieistotna, ponieważ kult smoleński jest mitem założycielskim PiS i stanowi samo centrum jego obecnej siły. Ale też definiuje PiS-owski fanatyzm, a on właśnie jest tym, co dzisiaj wyznacza polskie zagrożenia. Nie wyborcze obietnice PiS są groźne w Polsce, ale właśnie fanatyzm i jego rosnąca baza społeczna.

Niezależnie od tych wszystkich ocen jednak, to tytułowe pytanie ma charakter, że tak powiem, strategiczny i jest ważne dla ruchu demokratycznego również wtedy, kiedy on uzna jakieś inne cele własnych działań za istotniejsze „na obecnym etapie zmagań”. Co chcemy mianowicie osiągnąć – warto spytać – i czy coś w ogóle osiągnąć się da, póki Polską rządzi PiS i Kaczyński? Otóż w sprawie smoleńskich miesięcznic da się osiągnąć w zasadzie co tylko chcemy.

 

No, a jeśli ktoś jest wystarczająco stary, to dobrze pamięta, że to samo pytanie „co to da?” powtarzaliśmy za komuny, jak mantrę.

Dla jednych – dla ogromnej większości – pytanie było retoryczne i zadawano je z żabiej perspektywy jednostki. Było uzasadnieniem własnej bierności, czy wręcz akceptacji „warunków życia” w komunie, więc np. faktu, że wstąpienie do PZPR jest w stanie skrócić oczekiwanie na przydział mieszkania, albo ułatwić zdobycie paszportu. Odmowa byłaby zaś pustym gestem o znaczeniu w zasadzie wyłącznie estetycznym, bo nawet nie etycznym – taki opór niczego przecież nie zmieniał, wystarczyło spojrzeć wkoło, żeby się o tym przekonać.

Dla innych to pytanie było retoryczne w nieco innym sensie. Zadawano je z ptasiej perspektywy, pytając o sens działań opozycyjnych w ogóle. I było mniej więcej jasne, że wszystko, co może spowodować „opozycyjne wrzenie” to sowiecka interwencja – a i to tylko wtedy, kiedy się uda sprawić, że „wrzenie” się rozleje do zauważalnych rozmiarów, co samo w sobie było sztuką. W ten sposób bierność zyskiwała uzasadnienie w sferze wartości, bo odpowiedzialność za rodaków w obliczu katastrofy, jaką oznaczały czołgi na ulicach, to oczywiście wartość duża.

Najmniej liczną grupę tworzyli ci, dla których pytanie właśnie nie było retoryczne i którzy próbowali formułować konstruktywną odpowiedź, stroniąc przy tym od typowych insurekcyjnych narracji o „świadectwie prawdy” o przetrwaniu „patriotycznego ducha”, „narodowej pamięci” itd. Należał do nich m.in. Jacek Kuroń i całe środowisko KOR. Ich dorobku dzisiaj nie pamiętamy: to przeszłość, która – przywykliśmy sądzić – już nam się nie przyda. Po drugie jednak środowiska opozycji z tamtych czasów utopiliśmy w micie narodowej insurekcji, która obaliła komunizm w Polsce, w Niemczech zburzyła mur i pogrzebała potężne sowieckie imperium.

Nie pamiętamy więc, że tamte środowiska – realizując wprost postulaty Kuronia Zasad ideowych, myśli o programie oraz pisanych w więzieniu Tez o wyjściu z sytuacji bez wyjścia – zdołały de facto uzyskać dla nas praktycznie funkcjonującą wolność słowa jeszcze przed wielką „Solidarnością”; że pod koniec komuny garstka desperados z ruchu WiP skutecznie nadgryzła obowiązkową służbę wojskową oraz wywalczyła prawo odmowy przysięgi na wierność PZPR i sojuszom i że wreszcie w końcówce uzyskaliśmy także praktyczną swobodę demonstracji, co właściwie przesądziło o klęsce komuny w Polsce, choć rzecz jasna trzeba było do tego przede wszystkim Gorbaczowa w Moskwie i kilku innych niezależnych od nas warunków, bo za Breżniewa raczej i tak ta zabawa skończyłaby się czołgami.

Kuronia recepta była niezwykle prosta. Gra z o niebo silniejszym przeciwnikiem jest możliwa, aczkolwiek trzeba być gotowym na znaczne straty. No, trudno – taka jest sytuacja, że oni mają wszechwładzę, a my nie mamy niczego. Trzeba – mówił Kuroń – wybierać cele drobne, a wcale nie duże. Na pewno nie takie, które bezpośrednio grożą władzy utratą monopolu. Takie, które z punktu widzenia władz przynajmniej teoretycznie da się spełnić. Następnie należy na ich rzecz zaangażować tak wielki potencjał społecznego oporu i protestu, by władzy bardziej się opłacało spełnić żądania, niż z nimi walczyć. W siedemdziesiątych latach opłacało się władzom udawać, że nie zauważają istnienia działających wbrew prawu wydawnictw, kolporterów i całego tego lawinowo się rozwijającego zjawiska drugiego obiegu – alternatywą było zamykanie ludzi w więzieniach, procesy polityczne, wrzask na Zachodzie, sankcje, utrudnienia w obsłudze kredytów, które i tak były już do obsługi w zasadzie niemożliwe.

 

Nasza dzisiejsza sytuacja jest oczywiście różna od tamtej pod bardzo wieloma względami. Ale niektóre z dzisiejszych głównych dyskusji pomiędzy np. „oficjalną linią” KOD, a postulatami części KOD-owskich „renegatów”, do żywego przypominają ówczesne postawy. KOD-owskich „legalistów”, którzy dzisiaj postulają głównie edukacyjną działalność w oczekiwaniu następnych wyborów, z radykalnymi „insurekcjonistami” postulującymi najczęściej – już poza KOD-em, z którego zostali wykluczeni – przedterminowe wybory, łączy mianowicie wspólne przekonanie, że żadna zmiana nie jest możliwa, dopóki Polską rządzi PiS. Za komuny z lat osiemdziesiątych to przekonanie oznaczało „trwanie w oporze” – czyli najczęściej regularny udział w mszach za Ojczyznę i drukowanie w konspiracji znaczków z podobizną Piłsudskiego. Dzisiaj oznacza facebookową aktywność lub maszerowanie z KOD.

Jest też dzisiaj podobnie trudno, jak było wtedy, pokazać, co takiego da się rzeczywiście na dzisiejszej władzy wymusić z owych „drobiazgów”, o których opowiadał kiedyś Jacek Kuroń. W moim przekonaniu takich rzeczy jest bardzo wiele i generalnie można po prostu zmusić PiS do przestrzegania polskiej konstytucji, co po pierwsze wiele byłoby w stanie zmienić w coraz bardziej nieznośnej polskiej rzeczywistości, a po drugie i być może ważniejsze – dałoby to polskim obywatelom rozpaczliwie im brakujące poczucie własnego sprawstwa a także społecznie uświadamianą wartość demokracji konstytucyjnej, jaką np. mają Amerykanie.

Cóż – myślenie tego rodzaju nie przebija się dzisiaj w Polsce. Powodów jest wiele i ich analiza to osobny duży i ważny temat. Dla mnie w każdym razie tym ważniejsze byłoby empirycznie pokazać, że konsekwentne osiąganie celów drobnych jest możliwe, ma sens, przynosi realne zmiany i może tworzyć program skutecznej przebudowy państwa i społeczeństwa – bo obecny kryzys dotyczy obu tych sfer. Potrzebny jest zatem przykład.

Smoleńskie miesięcznice i rocznice tworzą okazję. Dziś już – po czterech kolejnych protestach – wiemy dobrze, że możemy ich obchodzenie skutecznie uniemożliwić, jeśli rzeczywiście tego będziemy chcieli, albo przynajmniej uniemożliwić bezkarne wygadywanie z tej okazji dowolnych kłamstw i bluzgów – jeśli się będziemy, jak dotąd decydowali szanować ich prawo do celebrowania tego, co tam jest celebrowane. Wybór, który stawiamy władzy, polega lub może polegać albo na usunięciu się wreszcie z Krakowskiego Przedmieścia okupowanego regularnie od 6 lat, albo na ograniczeniu prawa do demonstracji i np. aresztowaniu demonstrujących.

 

Proponuję ten wybór przed nimi postawić. Nie czarujmy się wreszcie – inaczej nie zmienimy niczego w naszej sytuacji.

14 thoughts on “Co to da?

  • 29 czerwca, 2016 o 13:44
    Permalink

    Sprawstwo a sprawstwo… Nie ma co sprowadzać do 0 : 1 (działać- nie działać), bo rzecz leży w sensowności poszczególnych inicjatyw.
    Mnie się np. podoba stanie z bannerami w milczeniu (milczenie jest wymowne), a mniej podoba pomysł wypierania ludzi z ich świętowania.

    Ogólnie zaś zauważam, że coraz bardziej z tym wszystkim marnujemy energię. I znowu nie chodzi mi o 0 : 1, ale o to, że dzieleniem ludzi i przestrzeni na “ich”: “nasze” daleko nie ujedziemy. Dowiodła tego np. wczorajsza katastrofa w Poznaniu z obchodami rocznicy Czerwca’56. I narodowcy i KODowcy dali do wiwatu, zrujnowali obchody, ofiary czerwca zeszły na dalszy plan- była żenada i wstyd i nic więcej.

    Za chwilę wszyscy ugrzęźniemy w tej polaryzującej ustawce. Niczego nie rozwiązując.

    • 29 czerwca, 2016 o 14:29
      Permalink

      Beata nie masz racji. Kłamstwem się brzydze i nie toleruje w domu i przestrzeni publicznej. Stale swoim dzieciom to powtarzam. Smoleńskiej sekcie można i trzeba dać skuteczny odpor. Jest w stanie to zrobić niewielka liczba osób odnosząc być może niewielki ale symboliczny sukces. Ufam, że będzie on w stanie zmobilizować innych, którzy odważa się przeciwstawić lokalnej piowskiej klice.

    • 29 czerwca, 2016 o 14:39
      Permalink

      Nie sprowadzam przecież do 0/1 i to nie jest problem robić/nie robić. Przecież nie jest wszystko jedno, co to jest.

      Mówię tylko o tym, że zarówno cele postawione “grubo” (lub może grubiańsko), jak i te subtelniej wyznaczane (z poszanowaniem konstytucyjnych praw swobody kultu religijnego) przy tej okazji da się zrealizować. Po prostu. A sukces tego rodzaju — zmuszenie PiS do czegokolwiek bez odsuwania ich od władzy — ma moim zdaniem kluczowe znaczenie z powodów, o których napisałem.

      Swoją drogą te dyskusje po naszej stronie przy tej okazji — próba określenia “naszych celów” z poszanowaniem “ich wolności” bywają czasem trudne i jest w tym ogromna wartość. Sporo się uczymy rozumieć nawet w tak banalnej sytuacji.

      • 29 czerwca, 2016 o 15:15
        Permalink

        Mnie się jednak wydaje, że nie wszystko “się da”. Np. postulat “odbicia” przestrzeni publicznej jest moim zdaniem nie tyko nierealny, ale szkodliwy. Być może jest to kwestia sformułowania, ale sądzę, że jednak bardziej- nietrafnej idei. W podobny sposób PiS może chcieć “odbić” przestrzeń pod KPRM. No nie…

        Żebyś mnie źle nie zrozumiał- oczywiście wspieram działanie protestacyjne a nawet i bardziej inwazyjne, niż protestacyjne (strajki, okupacje, rozumiem i pochwalam uderzanie w źle funkcjonujące instytucje (rząd, parlament, sądy, służby, inne…). Natomiast mam od jakiegoś czasu zasadnicze wątpliwości związane z konfrontacyjnością w odniesieniu do ludzi (tych po drugiej/trzeciej stronie). Ustawianie frontów, grube sygnowanie, dociskanie- bardzo mi tu coś nie pasuje. Fronty – tak dalece posunięte jak u nas, są wyrazem anomii, tworzą się dwa systemy słabo przenikające się, tworzące własne społeczności i zasady. To się źle skończy.

        Musiałbyś zobaczyć, jak to wyglądało wczoraj w Poznaniu… A jeszcze przed nami do napieprzania się: 1 sierpnia, 1 września…tyle jest jeszcze do zniszczenia (gorzki sarkazm).

        Tymczasem racje (społeczne, i nawet polityczne) wcale nie są oczywiste. Oczywisty jest świrowaty populizm PiSu jadący emocjami i racjami tych ludzi, ale to wcale nie powoduje, że owe racje i emocje są unieważniane. Gubimy gdzieś ludzi, gubimy wspólnotę, zaczynamy żyć jak grupowi autycy.

        Z tymi ludźmi trzeba się porozumiewać, uznawać te ich racje, które są do uznania, albo choć do wysłuchania. Wypieranie skądkolwiek jest moim zdaniem demolujące dla wszystkich.
        Anomia się posuwa, nie powinniśmy spierać tych procesów.

        • 29 czerwca, 2016 o 15:39
          Permalink

          Nie wiem… Staraliśmy się bardzo przy okazji “znieważania Dudy” dbać o to, żeby wyborcom Dudy uświadamiać, że z nimi w konflikt nie chcemy wchodzić. To byłoby dość łatwe do wyjaśnienia, gdyby istniał jakiś kanał komunikowania. A on nie istnieje. W sytuacji bezpośredniego dialogu, kiedy żaden kanał potrzebny do niczego nie jest, problem jednak nie znika: wyjaśnić tych trzech prostych rzeczy, które każdy może widzieć po swojemu i raptem jednej, którą widzimy wspólnie — i tak się nie da.

          Wypieranie… Nie ma takiej decyzji. To tylko — owszem — jest możliwe. Póki co tego unikamy i to dość demonstracyjnie. Właśnie to podkreślamy, że ich prawa do celebrowania co im się tylko zamarzy celebrować nikt z nas nie zamierza kwestionować, a przeciwnie — kiedy oni się modlą, my co najmniej zamykamy dzioby. No, ja czasem mamroczę z nimi, ale ja chyba w tej grupie jestem jedynym wierzącym.

          Owszem, nie wszyscy z nas uznają ich prawo do swobody kultu za wartość i to ważną. Póki co jednak uznanie tego prawa wśród nas przeważa. I ja mam nadzieję, że to widać.

          Próbowałem ostatnio sformułować wyraźnie moją propozycję reguł gry. Nie próbujcie cyrków ze spychaniem i zasłaniem, bo staniemy tam, gdzie jest Wasz ołtarz i albo my Was wypchniemy, albo nas będziecie musieli zamknąć, za co Wasz szef zapłaci sporą cenę. Ale to mogę zrobić za pośrednictwem mediów, a Wyborcza tego nie dała… To jest osobny rozdział.

          Chcę powiedzieć, że się da wiele zwojować i wiele uzyskać. I albo w takie rzeczy wejdziemy, albo będziemy czekać na cud wolnych wyborów i efekty “działań edukacyjnych”.

          • 29 czerwca, 2016 o 17:04
            Permalink

            To nie jest konflikt – umownie upraszczając: ten ujawniający się “podpałacowo” – równorzędnych stron. W tym sensie imho nie ma tu mowy o sprymityzowaniu problemu do “nasza strefa albo ich strefa”. Nie mam problemu z tolerowaniem jakichkolwiek objawów kultu religijnego w przestrzeni publicznej, mimo że jestem ateistką. Mam natomiast ogromny problem z upaństwowionymi: kłamstwem i nienawiścią, tu akurat zanurzone w parareligijnym sosie. Prawda i propozycja rozmowy są skulone i milczące w defensywnie. To jest polska potworność, która nie dość, że wyrywa bazę, to skutecznie blokuje i cenzuruje jakąkolwiek cywilizowaną debatę społeczną, a przecież czeka tego cały wielki wór: kwestie socjalne, gospodarcze, obyczajowe, niestabilna Europa i związane z tym wyzwania.

            A więc to absolutnie nie jest starcie na równych zasadach z poszanowaniem reguł gry. Reguł NIE MA! Tu idzie o wolność, wielość, prawdę, zanegowane przez obóz pisowski, jak chyba nigdy po 1989, przez jakąkolwiek władzę. Nie rozumiem, jak można byłoby odpuścić walkę o te cholerne podstawy podstaw… Dla mnie to najistotniejszy aspekt warowania pod KPRM czy łażenia pod Pałac.

          • 29 czerwca, 2016 o 18:15
            Permalink

            O! Ewka wyraziła to coś, co mi nie grało, kiedy próbowałem myśleć o uwagach Beaty.

            Rozumiem destrukcję wynikającą z tak dramatycznie wykluczających światopoglądów. I nawet uznaję fakt, że ten “nasz” potrafi również być być wykluczający. Nawet przy “smoleńskich okazjach”. Oni tak wciąż powtarzają, jak to ich poniżano, opluwano i ciągle bito, kiedy tam “bronili krzyża”. Zupełnie nie wierzę w te opowieści, ale o czymś świadczy fakt ich powtarzania.

            Ale rzeczywiście anomia dla mnie kojarzy się z podkulaniem ogona pod siebie, jak to Ewka opisuje, a wcale nie ze stanięciem tam na pohybel łgarstwom i bluzgom, który oni wykrzykują.

            Trudno się te rzeczy uzasadnia — tu przecież chodzi raczej o instynktowne czytanie ludzkich odczuć. U siebie, u “przeciwników” i u ewentualnych świadków tego “starcia”…

  • 29 czerwca, 2016 o 20:09
    Permalink

    Ale tu nie chodzi o wykluczające się światopoglądy. Jestem ateistką i zdeklarowaną apostatką (bardziej chyba nie trzeba), a jednak kompletnie nie widzę tego jako problemu religijne/świeckie. To jest nieporozumienie.
    Ci ludzie mają prawo tam się modlić, i to na swój sposób. Jak my mamy prawo protestować- też na swój sposób. Dla mnie tutaj nie ma pola do uszczuplania im czegokolwiek.

    Nie jest też moim zdaniem prawdą, że racja jest po naszej stronie, a po ich- nie. Nie istnieją racje czarne i białe.

    Nie chodzi też bynajmniej o edukowanie (brzydzę się takiego [podejścia).

    Ci ludzie maja swoją narrację, my mamy swoją. Ani nasza lepsza, ani ich gorsza. Ja mam też – jeszcze inną – swoją narrację. O trzech plemionach (z grubsza) też już pisałam/mówiłam (bezskutecznie). Oni wierzą w swoją narrację, tak jak KOD wierzy w swoją (a wiecie, jakie z tego wychodzą jaja). A jednak tych ludzi nazywacie sektą. Podczas, gdy – powtórzę- oni mają swoje racje. Oni stoją pod Pałacem, Wy stoicie pod KPRM, ja piszę swoje-każdy stoi “po swoje” i mówi “swoje”. I każdy ma swoją rację.

    Ich narracja jest w sporej mierze resentymentalna, pisałam o tym nie raz. Bez zrozumienia źródła tego resentymentu nie wyjdziemy z tego wszystkiego. Tak, oni czują się skrzywdzeni- na tym to polega, że odczuwają krzywdę. Czy to jest krzywda realna czy fantazmatyczna- to kolejna sprawa. Ale odczucie krzywdy jest realne. Zatem, nie ma znaczenia, czy ktoś “wierzy” w tę krzywdę, czy nie wierzy. Fantazmat działa.
    Strona liberalna też ma swoje fantazmaty i zaślepienia- sam pisałeś Pawle o mitach, w których tkwi strona liberalna, i że są to mity najtrudniejsze do rozbicia- właśnie z powodu poczucia racji i wyższości tych racji. A błądzą, błądzą straszliwie, o czym się przekonujemy naocznie w całym już chyba zachodnim świecie. I to jest obecne zagrożenie: bez zdekodowania tych liberalnych mitów nie będzie zrozumienia tych ludzi i możliwości wyjścia z tego kryzysu.

    Nie ma to oczywiście wiele wspólnego z rządami PiSu (czy awansem politycznym populistów w innych krajach). To, że populizmy się fundują na poczuciu krzywdy całych grup to jest oczywiste.

    Anomia jest faktem społecznym. To upadek dotychczasowego formalnego systemu norm społecznych. U nas to właśnie rozeszło i zaczynamy żyć w podwójnych/potrójnych “normach”. Rozeszliśmy się, i skrobiemy sobie wszyscy “nowe porządki”. To jest rujnacja.

    Wczoraj w Pozanniu zobaczyłam: narodowców i KODowców. Zachowywali się strasznie. Dziś KODowcy święcą triumfy- nic do nich (upraszczając, bo do niektórych dotarło, ale głośno się do tego nie przyznają). To pokazuje, że procesy destrukcji dopadły wszystkich.
    Pośrodku są jakieś pojedyncze głosy, które mówią o upadku sfery publicznej. Dosłownie: pojedyncze głosy. A wokół fantazmaty dzikiego triumfalizmu: “dopieprzyliśmy im”- oczywiście motywowane “etycznie” i bógwijakjeszcze.

    Mity, mity. Po wszystkich stronach. Różne, różnej proweniencji, ale mity. I poczucie prawdy-po wszystkich stronach.

    A wokół rujnacja.

    W dyskusjach- erystyka typu: “symetryzm” czy “prawdopośrodkizm”.

    I widzisz, ufam sobie, że też czytam instynktownie (choć nie tylko). Ty też, Ewka też. A nie potrafimy się zrozumieć. To cóż dopiero z “nimi”.

    Debata dziś nie istnieje- też o tym pisałam. Badacze polskiego dyskursu piszą o tym od lat. I nic. T↓my i tak zrobią swoje. Czy smoleńskie, czy kodowskie, czy jeszcze jakieś inne.

    Dzieje się bardzo źle. Także za naszą sprawą. To zrozumiałam jakiś czas temu.

  • 29 czerwca, 2016 o 21:48
    Permalink

    “Nie jest też moim zdaniem prawdą, że racja jest po naszej stronie, a po ich- nie. Nie istnieją racje czarne i białe. ”

    Beata, nie mogę się zgodzić.
    Kaczyński jest obsesyjnie owładnięty ideą Wielkiej Polski. Ma w de rządzenie, wszystkie te nudne rządowo-ministerialne michałki, to tylko macki na usługach Idei.

    Owszem, bywa czarne i białe. Czasem. Sprowadźmy sprawę do konkretu. Była komisja Millera, tak? Składająca się z uznanych autorytetów w dziedzinie badania wypadków lotniczych, tak? Raport jest obowiązujący, tak? Bo przecież nie ma nowego, państwowego-macierewiczowskiego. Millerowski oparty jest na wiedzy, badaniach, etc., tak? Wywalono to wszystko do kosza z przyczyn politycznych. Stworzono zamach, Tuska mordercę, “poległych o świcie”, danse macabre. Rozbujano ohydną, nienawistną wojenkę. Zanegowano prawdę. Szerokim tyłkiem na całym bruku rozsiadła się mściwa, kaczystowska nienawiść. Oczywiście możemy iść w dyskurs, który tu i ówdzie wychyla już łeb – ale jeszcze nie tam gdzie powinien najbardziej – i tych przyczyn szukać w “naszych winach”, zaniechaniach, pogardach, wykluczeniach, do korzeni co najmniej z 1989. One są; i to duże. Nie jestem tylko pewna, czy akurat tam i czy akurat my, pod Pałacem, musimy wziąć na klatę [uzasadnione?] frustracje, które jednemu Polakowi pozwalają powiedzieć drugiemu, że ma zawisnąć na latarni, face to face, sytuacja niemal prywatna, sama przecież po wielokroć tego doświadczyłaś. Pamiętam, jak mnie w kwietniu zmroziło; jakiś gość podchodzi do mnie – byłam pod Pałacem – i mówi: “żebyś zdechła, kurwo”. Nihil novi, ale to kwestia galopującej skali; urasta z Kaczyńskim do rangi pierwszego języka urzędowego. Co dalej? Nie wezmę tego na klatę, nie usprawiedliwię nijak, cholera, odmawiam. Nie czuję się winna, chcę ten język i jego potencjalne konsekwencje wyrugować, zanim nas zapiecze na amen. Tu musi być jakiś reset.

    Racja tutaj JEST imho po naszej stronie.

  • 29 czerwca, 2016 o 22:07
    Permalink

    I jeszcze, nie wydaje mi się, by ktokolwiek z nas pojawiał się pod Pałacem po to, by im “dopieprzyć”. Czasem zdarza mi się tam obśmiać towarzystwo, ale nigdy – wyzywać. Nie dam głowy, ale raczej też we łbie nie pogardzam… A kiedy wracam do chaty, to najczęściej dopada mnie ciężka smuta.

    I zgadzam się z Tobą absolutnie, w Polsce debata nie istnieje, a sfera publiczna, obywatelska, jest w gruzach.

  • 30 czerwca, 2016 o 08:46
    Permalink

    Ewka, napisałam, że oddzielam instytucje od ludzi. Instytucje za ich niedemokratyczne działania jak najbardziej należy potraktować protestem. I to ostrym.
    Podobnie polityków populistów (vide Kaczyński)- traktuję ich jak instytucje. Tutaj faktycznie stan rzeczy jest jaki jest, i za bardzo nie ma nad czym deliberować.

    Mnie chodzi o ludzi. O grupy, społeczności. Ich “prawda” mentalna wygląda zupełnie inaczej: mają poczucie racji, głębokie poczucie krzywdy (marginalizacja, wykluczenia) i wreszcie: poczucie sprawstwa – że w końcu mogą urządzić Polskę tak, by ich nie krzywdzono. Dlatego np. takie Radio Maryja święci sukcesy- bo dało tym ludziom poczucie wspólnoty, i poczucie sprawstwa. Należnego im, a z którego byli wykluczenie (wykluczeni z partycypacji).

    I to ich poczucie nie jest od czapy. To jest reakcja antyestablishmentowa, antysystemowa- i taka reakcja narasta w całym zachodnim świecie. Tak, wiem, co Paweł o tym sądzi (obśmiał podobne wnioski w innym miejscu internetu), ja jednak będę obstawała przy tym, że mam rację w tym względzie. Oraz przy tym, że bez zrozumienia całości daleko nie ujedziemy.

    Co do tego języka- oczywiście, jest straszny. Ale to są zasadniczo skutki rozwoju sytuacji (puszczają hamulce, patrz: anomia). Druga strona też zaczyna równać do szeregu (patrz: wydarzenia w Poznaniu: kompletne bezhołowie po obu stronach, w dodatku niereflektowane). Zresztą, u nas też są osoby, które potrafią się wydrzeć na ludzi po drugiej stronie, obrazić (nie wskazując palcem), ja tego doświadczyłam i w Poznaniu i w Warszawie.

    Nie mówię, że Wy krzyczycie czy wyzywacie ludzi pod Pałacem, no coś Ty (poza jedną osobą, mam nadzieję, że weźmie ona wreszcie na wstrzymanie). Mówię o formule/pomyśle tej jednej akcji (no, nie bardzo mi się to podoba). Z tym, że ja to widzę w szerszej perspektyw: genezy konfliktu (nie tylko polskiej, acz w Polsce specyficznej), dynamiki konfliktu i fatalnego stanu dzisiejszego.

    Oprócz uwarunkowań (neo)liberalnych (krytyka znana), mieliśmy do czynienia z wyniszczającym klinczem PO- PiS, który to klincz doprowadził do destrukcji przestrzeń debaty. Partyjniactwo urządziło nam destrukcję. Dziś niestety, tzw. centrum (środowiska protestu, dajmy na to okołoKODowe) weszły w ten klincz w miejsce PO. I mamy figuratywny klincz (około)KOD-PiS. I destrukcja postępuje.

    Dopóki się z tego klinczu nie wyrwiemy, dopóty ten proces degrengolady będzie postępował.

    Trzeba na wyjściu moim zdaniem:
    1. Nazwać szkody, które wyrządził (neo)liberalizm i tzw. demokracja liberalna (która okazała się chronić wybranych).
    2. Nazwać ten klincz i jego ohydę.
    3. Przyjąć do wiadomości stan mentalny tych ludzi.
    4. Za wszelką cenę unikać dalszego “frontowania”.
    5. Nastawić się na pozytywny program, tj. przekraczający frontowanie i przeprowadzić poważną debatę na temat demokracji liberalnej, która właśnie okazała się niewydolna).

  • 30 czerwca, 2016 o 13:13
    Permalink

    Staję pod pałacem namiestnikowskim, bo brzydzę się:
    – kłamstwem
    – tanią demagogią uprawianą przez JK i jego akolitów w celu wykorzystania swych wyznawców w realizacji niecnych planów politycznych wprowadzenia w Polsce totalnego autorytaryzmu.

    Chcę przegonić sektę smoleńską spod pałacu namiestnikowskiego, bo:
    – gusła tam odprawiane nie mają nic wspólnego z jakimkolwiek kultem religijnym, pod skrzydłami którego ta sekta wyrosła, jeśli chcą – proszę bardzo – niech zarejestrują nowy związek religijny i jako taki mogą tam rytuały odprawiać
    – jest to ewidentna patologia społeczna, i z jako taką trzeba walczyć

    Staję tam i próbuję przeganiać, bo tak mi każe sumienie.

    Nie lubię określeń “no coś Ty (poza jedną osobą, mam nadzieję, że weźmie ona wreszcie na wstrzymanie)”. Jeśli ma się coś/kogoś na myśli, trzeba określać co/kogo ma się na myśli. W przeciwnym razie są to insynuacje rzucane w powietrze “ot tak sobie”, żeby troszkę pomącić.

  • 30 czerwca, 2016 o 17:36
    Permalink

    Coś Ty? Nie pamiętam, żebym się wyśmiewał z obserwacji, że antyestablishentowe reakcje narastają na całym zachodnim świecie. Mogło się tak zdarzyć, ale będę się zasłaniał pomrocznością jasną 😉

    Bo pewnie, że narastają. I nawet widzę ich związek z polską sytuacją, nawet PiS-owską, choć mam wrażenie, że wkładasz, Beata, w głowy PiS-owskiego elektoratu zbyt wiele rzeczy, które w głowach ma raczej partia Razem. Nie umiem zdefiniować różnicy między antypartyjniactwem Oburzonych, a tym PiS-owskim, ale instynktownie czuję, że to kompletnie różne bajki.

    Trzeba by umieć myśleć i rozmawiać o tym spokojnie, a to jest trudne. Nie tylko z tego powodu, że mamy do czynienia z bluzgami, o których tu pisała Ewka i groźbami, które zaczynają brzmieć coraz bardziej realnie. Ale gdyby pomyśleć spokojnie, to ja bym chciał spokojnie pogadać o populizmie.

    Moim zdaniem koncept jest nadużywany straszliwie. I nie o to chodzi, że ja sam uważam, że część pomysłów zgodnie uznawanych za populizm przez dotychczasowy mainstream w rzeczywistości dałoby się realizować bez tych wszystkich katastrof, przed którymi się nas ostrzega. Tak się zdarza — moim zdaniem częściej niż to sobie uświadamy, ponieważ wiele liberalnych aksjomatów przyjmujemy jako oczywistości i się nad nimi nie zastanawiamy wcale, a być może powinniśmy. Ale nawet nie o te sytuacje chodzi. Powiedzmy, że program 500+ jest i musi być obiektywnie rujnujący dla budżetu i nie da się sklecić żadnej sensownej formy finansowania takich rzeczy. Ale to wcale nie znaczy, że wyrok “populizm” może i powinien załatwiać sprawę i kończyć dyskusję.

    Że sprawy nie załatwia — właśnie widzimy. Moim zdaniem natomiast dyskusja powinna się w tym miejscu zaczynać, a nie kończyć. Zaczynać powinniśmy od ustalenia, czego w polityce socjalnej chcemy. Polscy liberałowie tego nie wiedzą — bo wiedzą tyle, że liberał polityki socjalnej nie chce wcale.

    W tym sensie sam uważam, że populizm jest dobrym prawem opozycji, ponieważ w rzeczywistości on oznacza deklarację aksjologicznie motywowanych celów. Opozycja ani nie ma możliwości dokonywania racjonalnego feasibility study, ani nie ma takiego obowiązku, bo to jest podtsawowy obowiązek, owszem, ale rządzących.

    Jeśli zaś chodzi o “populistyczny nastrój” funkcjonujący społecznie, to ja bym marzył, żeby rzeczywiście ludze dlatego głowowali na PiS, że PiS obiecywało im po 5 stóweczek. Bo to jest myślenie być może krótkowzroczne, ale przynajmniej kryteria wyboru są racjonalne, uchwytne, policzalne, debatowalne. To byłoby więc pół biedy. Sytuacja jak w Wielkiej Brytanii jeszcze kilka dekad temu, kiedy Brytyjczycy dobrze nie wiedzieli, kto jest premierem (tak było po 11 latach rządów Thatcher), ale mimo to świetnie i z racjonalnych powodów wiedzieli, czy opłaca im się, żeby wygrali torysi, czy może laburzyści.

    Mnie się wydaje, że dobrze rozumiem źródła poczucia wykluczenia u wykluczonych. Nawet się umiem z nim solidaryzować. Tu jestem podobny do Beaty. Ale tak samo jak Ewka wiem, że totalitaryzm powinien się spotkać z otwarcie wyjaśnianą — spokojnie, owszem, ale otwarcie — wrogością z mojej strony.

    A rzecz niestety dla mnie polega głównie na gotowości na totalitaryzm w sensie psychospołecznym. I nie tylko po stronie “smoleńskich”, bo najbardziej przejmujące przypadki seansów rytualnej nienawiści widziałem nie po smoleńskiej stronie, ale na grupach KOD, kiedy wdeptywano w ziemię odszczepieńców. Co mówię najpoważniej na świecie.

    Pozytywny program — sądzę, że mam. Ale unikanie frontowania wydaje mi się zasadniczym błędem. Przypomina ignorowanie ekscesów przygłupa bekającego przy stole. Nie dość, że bekanie stanie się normą, to jeszcze przygłup porozbija zastawę kolekcjonowaną od pokoleń.

  • 23 lipca, 2016 o 09:52
    Permalink

    Dzień dobry,

    Dotychczas nie wypowiadałam się tutaj, czytałam niektóre wątki. Przede wszystkim chcę podziękować za stworzenie takiego miejsca. Zdaję sobie sprawę, że być może postrzegają Państwo rolę przestrzeni debaty inaczej niż ja, mimo to uważam to miejsce za ważne.

    Ten wątek mnie zainspirował. Jest przykładem bardzo powszechnego zjawiska.

    Co to ma dać?

    Panujący od kilku lat klimat społeczny, podobnie jak ten sprzed 70- 80 lat, bazuje na przyzwoleniu. Bezpośrednich wykonawców jest niewielu, ale wielu pełni rolę ważniejszą i obarczoną mniejszym ryzykiem, polegającą na neutralizowaniu prób sprzeciwu.

    Bardzo potrzebne byłoby tworzenie miejsc, w których nie byłoby przyzwolenia na przyzwolenie. I taką rolę pełnią niektóre teksty m.in. z tego forum, blogi, ważne są także zachowania w życiu codziennym.

    Myślę, że jest grupa osób które, wpisując się w retorykę, mają mentalność wykluczającą akceptację bycia zaszczuwanym i opluwanym i szczerze w to wierzą, ale zachowują milczenie. Dla tej mentalności nie ma miejsca, bo całe zajął szacunek dla opluwających. Ja mam taką, i chciałabym słyszeć więcej głosów za zdrowym rozsądkiem. Dlatego piszę.

    Dla mnie jest oczywiste, że jeśli ktoś normalną osobę, czasem całe grupy, nazywa k***wą i wyraża życzenie by rzeczona zdechła, ponosi winę. Żeby nie ponosił, musiałby udowodnić że opluwany (raczej opluwana) jest rzeczoną, a życzenie uzasadnić. Obiektywnie, nie szczerą wiarą; Jeśli nie uzasadni, powinien odpowiedzieć jako potwarca. On, nie instytucje czy szefowie – oni być może też, za siebie.

    Wiem, stwierdzenia że coś jest oczywiste nie zostawiają miejsca na dyskusje. Ja naprawdę uwielbiam dyskutować. Ale jestem wybredna co do tematów. Zagadnienie: w jaki sposób jestem współwinna temu, że pewni ludzie nazywają innych: szm***tą, ście**em, g**em nie pobudza mnie intelektualnie. Podobnie jak dyskurs, który próbuje przejść nad tym do porządku i do jakiejś naszej winy. Chciałabym widzieć wokół siebie więcej tych, których nie pobudza. To „to” mogłoby dać i dlatego piszę.

    Przy okazji: nie wiem czy tu można pisać takie słowa;), ale takie są używane. W razie czego: takie są moje racje i mentalność, muszę napisać o co mi chodzi i trzeba to uszanować;).

    Często przeintelektualizowany (nieładne słowo) wywód jest sposobem na powiedzenie innym, że powinni zaakceptować rolę spluwaczki, co może nie udałoby się bezpośrednio. Wtedy, właściwe zastosowanie inteligencji to ten fakt zauważyć. Ale w całej sytuacji tkwi większe niebezpieczeństwo. Ciężar dowodu przesuwany jest na adresata obelgi lub groźby. Podejmując dyskusję akceptujemy wyzwanie. A ono może się okazać nie do zrealizowania. Trudno dyskutować z tym, że ktoś szczerze wierzy, że inni powinni zdechnąć lub że są bydłem. Tym bardziej wtedy gdy inni dyskutanci, twierdząc że nie podzielają jego poglądów, wymieniają nas jednym tchem z nim i doszukują się naszej winy. Po raz kolejny widać, że oddolny proces wyprzedza legislację, bo tam chyba nadal to winę trzeba udowodnić. Kolejny raz: ludzie ludziom, tak zwani zwykli ludzie, to oni tworzą procesy społeczne i instytucje.

    Zdrowy rozsądek i realistyczna ocena faktów wyszły z mody wraz z indywidualną odpowiedzialnością. Na ich miejsce nie może wejść nic innego niż to, co właśnie wchodzi.

    Podstawą dobrego funkcjonowania w tej sytuacji jest świadomość, że nie jest się wyjątkiem. Zakaz mówienia o nich i o nas to w rzeczywistości strach przed utworzeniem się „nas”. Tzw. „wykluczeni” (chyba z elementarnej przyzwoitości) preferują lincz, nie indywidualną konfrontację, potrzebują uległych i wyizolowanych ofiar.

    Jestem raczej czytelnikiem niż autorem wypowiedzi, ale każdy głos jest na wagę złota. Kto nie potępia ten przyzwala. Tolerowanie gnojenia wobec samego siebie jest również niemoralne – to może nie jest na pierwszy rzut oka oczywiste.

Komentarze są wyłączone.