Art. 57. dla neonazistów? Spytajcie praktyków o zdanie

Wszystkie wersje ustaw o zgromadzeniach publicznych – te stare, konstytucyjne i nowa, niekonstytucyjna – przewidują możliwość zakazania demonstracji w sytuacjach, zdawałoby się, oczywistych. Jednakże orzecznictwo sądów i trybunałów – również międzynarodowych – jest w tego rodzaju przypadkach bardzo jednoznaczne. Zakaz demonstracji wydany z góry przypomina cenzurę prewencyjną
 
Jest więc niedopuszczalny – zwłaszcza, że wolność słowa i publicznych zgromadzeń jest samym centrum demokracji oraz praw człowieka i obywatela. My, Obywatele RP, wielokrotnie powoływaliśmy się na prymat Art. 57. Konstytucji RP nad każdym prawem niższego rzędu. Czy z tej samej zasady może korzystać ONR, Młodzież Wszechpolska i inni? Owszem. Na tej podstawie w zasadzie jednoznaczna opinia ekspertów przychyla się do zdania warszawskiego Sądu Okręgowego, który wczoraj uchylił decyzję Ratusza o zakazie Marszu Niepodległości. Jestem zaledwie praktykiem, nie ekspertem. Mimo to swoje odmienne zdanie pozwalam sobie wygłosić, ponieważ doświadczenia praktyków są w tej sprawie znaczone siniakami, ale także refleksją szczególnego rodzaju. Uważam, że zakaz – jakkolwiek niestety wyjątkowo słabo uzasadniony przed sądem przez reprezentantów Ratusza – powinien, co do zasady, zostać utrzymany.

Wolność bezwzględna?

Przede wszystkim możliwość wydania zakazu nie powinna być pustym przepisem. Jeśli ktoś organizuje demonstrację jawnie nawołującą do przemocy – musi spodziewać się zakazu. Sąd orzekł właśnie, uzasadniając postanowienie, że nawoływanie, a sama przemoc to dwie różne rzeczy. Cóż… Widzieliśmy już prokuraturę uznającą kopniaki wymierzone w 14 kobiet na Moście Poniatowskiego za wyrażanie opinii, więc taka ocena sądu już nie zaskakuje. Jeśli ktoś zapowiada demonstrację stosującą przemoc – być może również znajdzie się więc sędzia, który przemoc uzna za formę ekspresji chronioną konstytucyjną zasadą wolności słowa. Demonstracja, na której mają się pojawić np. swastyki, celtyckie krzyże i inne nazistowskie symbole powinna jednak zostać zakazana z góry, podobnie jak każda demonstracja głosząca prymat białej rasy itd.
 

 
Zasada wolności zgromadzeń – nie prawa, ale właśnie wolności, co nadaje jej rangę szczególną – nie jest zasadą bezwzględną. Nie powinna nią być, bo żadna wolność nie jest nieograniczona. Wolność od prawa różni się tym, że prawa są nadane i jako takie mogą być koncesjonowane, a więc zależne od zgody organów władzy, podczas gdy wolność jest przyrodzona i żadnych zezwoleń nie wymaga. Tak właśnie jest w przypadku wolności zgromadzeń. O zezwolenie pytać nie trzeba. Odpowiednie władze mają obowiązek zarejestrować każdą demonstrację po otrzymaniu zgłoszenia. Brak tego zgłoszenia może w pewnych okolicznościach pociągać za sobą sankcje – jeśli niezapowiedziana demonstracja bez potrzeby zakłóci porządek i utrudni komuś życie – ale demonstracja sama w sobie nie traci przywileju legalności. Tak działa różnica pomiędzy prawem i przyrodzoną każdemu, niekoncesjonowaną wolnością.

Ograniczenia wolności – każdej, nie tylko wolności zgromadzeń – reguluje Art. 31. Konstytucji. Mówi on o tym, że da się zrobić wyłącznie ustawą i wyłącznie w okolicznościach, które Art. 31. wyczerpująco wymienia. Wyczerpująco, tj. tak, że do listy podanych w nim okoliczności nie wolno już niczego dopisać. Wśród powodów ograniczenia podano więc np. moralność publiczną. Z tym jednak trzeba bardzo uważać. Prawdopodobnie zgodzilibyśmy się – choć nie bez zastrzeżeń – że demonstracja naturystów prezentujących swoje wdzięki na ulicach miasta moralność publiczną by obraziła. Czy powinna zostać zakazana z góry? No, prawdopodobnie tak. Choć sprawa pozostaje śliska, bo jak ją odróżnić od zakazu Marszu Równości, który powodowany specyficzną wrażliwością Lech Kaczyński wydał swego czasu w Warszawie? Bigot bigotowi nierówny – skoro golasom nie wolno, to może i geje nie mogą swej seksualności prezentować publicznie. Kaczyński w swym poglądzie odosobniony nie był, opinie o „nachalnym narzucaniu odmiennej seksualności” padały przecież również z ust liberalnych podobno polityków opozycji.

A co jeśli większość podziela moralność Kaczyńskiego – czy to oznacza słuszność zakazu? Oczywiście nie i na szczęście od tego mamy sądy, do których można taki zakaz zaskarżyć. Sądy nie reprezentują większości. Reprezentują prawo. Ale i prawo nie wystarczy samo z siebie w żadnym takim przypadku. Sądy kierują się własną wrażliwością i własnym rozumieniem znaczenia konstytucyjnych wartości. Trudna sprawa – jednoznacznych reguł tu nie ma i to trzeba mieć na względzie ilekroć wypowiada się zdanie „nie mogło być innego wyroku”. Zawsze może być.
 


 

Przyjmijmy na chwilę, że golasom nie wolno biegać stadami po ulicach – bo wolność zgromadzeń nie do tego służy. Podobnie zresztą jak nie wolno biegać naziolom ze swastykami. To oczywiście nie oznacza jeszcze, że można im tego zakazać z góry. Ale różnica jest tu mało czytelna i rozróżnienie z góry czy z dołu ma tu sens doprawdy niewielki. Kłopot pojawia się wtedy, gdy – jak w przypadku definicyjnych trudności w jednoznacznym rozróżnieniu „obrazy moralności” przez nudystów i homoseksualistów – zamiast swastyk pojawią się zawołania o „Polsce dla Polaków”. Kim jest Polak i czy takie określenie wyklucza, albo poniża? Narodowcy z upodobaniem pokazują w takich razach swego dyżurnego czarnoskórego aktywistę, który Wielką Polskę kocha nad życie… Chodzi o to, że w wielu takich przypadkach trudno o jednoznaczną ocenę przestępstwa. Jednakże równie trudno to stwierdzić ex post jak i ex ante.
 
PRZECZYTAJ TAKŻE: Po co nam wolność zgromadzeń
 
Wolność jest również ograniczona naruszeniem wolności i dóbr osób trzecich. No, w tych przypadkach Obywatele RP są specjalistami, ponieważ – obok aktywistów Antify – należą do pionierów kontrdemonstracji. Co do zasady kontrmanifestacja jest szczególnie cennym rodzajem demonstracji. Kontrdemonstrujący adresują swoje hasła po prostu konkretnie. Do drugiej demonstrującej grupy. I mają do tego prawo. Zwłaszcza, kiedy tą drugą grupą jest władza – to już jest bowiem samo centrum demokracji.

Problemy pojawiają się tu dwa. Jeśli „Polska dla Polaków” (no, pewnie, że nie dla Bułgarów przecież) może u kogoś nie budzić zastrzeżeń, kiedy wykrzykuje się to hasło w przestrzeń (bo przecież Polak, to po prostu obywatel Polski, a niekoniecznie Polak etniczny, bo w końcu niby co to oznacza?), to już „Polska dla Polaków” wykrzyczane w trakcie kontrmanifestacji, może już nabrać innych znaczeń. Manifestujący w ten sposób pod synagogą, będą otwarcie wykluczać żydów. Lub Żydów. W obu przypadkach popełnią przestępstwo z nienawiści. Jeśli więc ktoś zechciałby dopuścić demonstrację pod tym hasłem, to powinien się trzy razy zastanowić, czy zezwalać na nią w sąsiedztwie synagogi, albo meczetu. Choć właściwie – meczet środowiska polskich Tatarów – niby dlaczego nie, przecież to Polacy? Takie okoliczności – i wiele innych – powinny być przedmiotem oceny sądu. Oceny – a nie automatycznego stosowania rzekomo jednoznacznie określonych zasad.

Problem drugi jest wtedy, kiedy kontrmanifestacja ogranicza wolność i dobro drugiej manifestującej strony. Może do tego dojść na wiele sposobów. Wśród nich zniewagi naruszające dobro drugiej grupy. Wielokrotnie tego doświadczyliśmy. Fizyczne uniemożliwianie realizacji wolności słowa poprzez zagłuszanie – robiono nam to systematycznie. Fizyczne pozbawianie przestrzeni poprzez jej zajmowanie – także to nam robiono i sami nie jesteśmy tu „bez grzechu”. Stojąc naprzeciw miesięcznic smoleńskich podlegaliśmy wszystkim tym ograniczeniom – bardzo jednostronnie. Przez pierwsze miesiące ortodoksyjnie i bardzo demonstracyjnie wystrzegaliśmy się zakłócania w czymkolwiek przemówień drugiej strony, naruszania czymkolwiek ich uczuć religijnych, ustępowaliśmy im również miejsca, choć ono nam się prawnie należało z powodu pierwszeństwa naszych zgłoszeń – tak to ujmowały ówczesne przepisy. Wszystko to w sytuacji, kiedy wszystkie nasze prawa naruszano ostentacyjnie i nierzadko dość brutalnie.

Kiedy zdecydowaliśmy się po raz pierwszy nie ustąpić miejsca przeciwnikom, to choć mieliśmy w świetle przepisów pełne prawo to zrobić, wiedzieliśmy, że ingerujemy w ich wolność zgromadzeń i wiedzieliśmy również, że nie wolno nam tego robić, choć żaden przepis prawa tego nam nie zabraniał. Prawo okazało się tu – w naszym specyficznym rozumieniu – bardzo niewystarczające. Nasz protest polegający na blokowaniu miejsca ich demonstracji – choć było to wciąż w pełni legalne – widzieliśmy jako naruszenie ich istotnych praw. I nie rozumieliśmy własnych działań w kategoriach własnej wolności zgromadzeń – właśnie dlatego, że naszą własną wolność koniecznie musi ograniczać ich wolność. Nie oczekiwaliśmy bezkarności. To, co robiliśmy było bowiem świadomym naruszeniem ich wolności w proteście – jak strajk narusza prawo własności właściciela fabryki. To dlatego deklarowaliśmy gotowość poniesienia wszelkich konsekwencji.

Wszystkie te przykłady pokazują całe spektrum zagadnień nierzadko trudnych i najczęściej bardzo niejednoznacznych. Wszystkie one pokazują wolność, której nie należy traktować bezwzględnie. A skoro wolność zgromadzeń podlega oczywistym ograniczeniom (albo bardzo nieoczywistym, ale podlega im oczywiście), to również zakaz z góry powinien być możliwy. Dlaczego ma nie być? Tu nie ma żadnych oczywistości, żadnych reguł, których bezwzględność ogranicza suwerenną decyzję sądu.

Zakaz prewencyjny?

Ano, zdaniem eksperckich komentatorów zakaz jest nieakceptowalny dlatego, że nieakceptowalna jest prewencyjna cenzura. Mein Kampf wolno napisać, wydrukować, wprowadzić do sprzedaży. Nikt nie ma prawa zakazać druku z góry. Najwyżej post factum wolno skarżyć wydawcę. Dystrybutora. Albo nawet autora, jeśliby się znalazł jakiś drugi, wciąż żyjący Adolf Hitler – a obawiam się bardzo, że potrafiłbym wskazać kilku takich.

Prawo o zgromadzeniach – ta dygresja jest niezbędna w tym miejscu – miało w starej wersji i ma w obecnej kilka specyficznych wad. Zdaniem komentatorów te wady niekoniecznie wynikają ze sformułowań ustawy, a są raczej związane z wadliwą praktyką jej stosowania. Może i tak, ale moim zdaniem nic nie szkodzi zapisać choćby nadmiarowo, że obowiązkiem państwa i jego wszystkich służb, z państwową policją na czele, jest nie tylko ochrona bezpieczeństwa i przestrzegania prawa (tego nie zapisano, ale nie tylko policja kieruje się domniemaniem, że chodzi o „zachowanie porządku”), ale także zapewnienie demonstrującym pełnej realizacji ich wolności słowa i wolności zgromadzeń. Tymczasem Obywatele RP na własnej skórze i na własnych grzbietach doświadczyli wielokrotnie działań policji realizującej polityczne zlecenia władzy pod pretekstem „ochrony bezpieczeństwa”. Działania te polegały na spychaniu nas – często przemocą – z miejsca naszych w pełni legalnych demonstracji (np. prawidłowo zgłoszonych prawnie), na uniemożliwianiu wykorzystania nagłośnienia, zasłanianiu naszych transparentów tak, że nikt poza nami ich nie mógł zobaczyć (robiono to na polecenie i wspólnie z bojówkami ONR), wreszcie na wynoszeniu nas z miejsca demonstracji, „by nas uchronić przed przemocą” drugiej demonstrującej grupy. Skarżenie policji z Art. 231 kk – o przekroczenie uprawnień – jest możliwe teoretycznie, w praktyce jednak trudne na granicy niemożliwości. W ustawie o zgromadzeniach spoczywający na policji obowiązek strzeżenia realizacji praw obywatelskich – a nie wyłącznie bezpieczeństwa – powinien być sformułowany wprost.
 

Marsz Niepodległości. Nasza obecność z „Konstytucją” nabiera dodatkowego wymiaru

Dbająca o wąsko pojęte bezpieczeństwo policja nie wie, że okrzyk „biała siła” jest manifestacją zakazanego rasizmu. I nie interweniuje. Nie reaguje na nazistowskie symbole – choć w praktyce reaguje wybiórczo, na polityczne zlecenie władzy. Nie wie, że okrzyk „znajdzie się kij na lewacki ryj” lub na ryj „pedalski”, „żydowski”, czy jakikolwiek, jest nie tylko zakazaną ekspresją niedopuszczalnych poglądów, ale również wprost znieważa ludzi, którzy stoją obok, narusza ich prawa, czasem ich terroryzuje. Nie tylko policja tego nie wie. Również sądy stwierdzały często, że ekspresja tego rodzaju rzeczy jest i powinna być chroniona wolnością słowa. Otóż nie powinna. Wolność słowa nie oznacza bezkarności w lżeniu, odzieraniu z godności i terroryzowaniu kogokolwiek. Niestety w takiej kulturze prawnej żyjemy od dawna, choć mozolne działania Obywateli RP i innych środowisk z wolna zaczynają ją zmieniać. Ten kulturowy kontekst jest jednak ważny, kiedy przychodzi do ocen rzekomych „zakazów prewencyjnych”.

Wolność słowa i wolność zgromadzeń są bezcenne i niezwykle wrażliwe na nadużycia – to prawda. Po to mamy sądy i zasadę, że każdy zakaz podlega ich kontroli. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że ta kontrola w praktyce możliwa jest wyłącznie wtedy, kiedy zakaz nastąpi z góry. Zakazu wydanego in situ zaskarżyć w sądzie efektywnie się nie da.

W przypadku Marszu Niepodległości, ONR i MW tworzące stowarzyszenie Marsz Niepodległości oczywiście nie zapowiadają demonstracji nazistowskich rasistów, a tylko patriotyczną imprezę. Ale ten sam organizator, reprezentowany przez wciąż te same osoby organizuje już kolejny taki marsz. Każdemu z nich nie tylko towarzyszą przestępstwa – one są treścią tych demonstracji. Poczynając od zwykłego ulicznego chuligaństwa, jak race i pijane burdy z rękoczynami, a na mowie nienawiści i jawnej promocji otwartego nazizmu kończąc. Istnieje bardzo bogata dokumentacja w tym zakresie – choć rzeczywiście Urząd Miasta nie zadbał należycie o jej przedstawienie.

To nie był zakaz prewencyjny. Zakaz wydano wobec przestępstwa, które było nie „potencjalnie możliwe” – ono było pewne. Więc jeszcze raz zapytam: czy zdaniem eksperckich obrońców bezwzględnej wolności słowa i zgromadzeń demonstracja zapowiadająca marsz falangi ze swastykami nie zasługuje na zakaz z góry?

I wreszcie samo zagrożenie. Co – zdaniem fachowców – ma zrobić Prezydent Warszawy, dowiadując się o alarmie ogłoszonym w szpitalach z powodu zagrożenia atakami terrorystycznymi w związku z zapowiadanym marszem?
 

Walczymy, by nacjonalizm nie rozlał się po Polsce. Dołącz do nas albo nas wesprzyj!

Twoje wsparcie pomoże nam działać!

Wspieram z pełnym przekonaniem

 

Od czego mamy sądy, skoro sprawa jest oczywista?

Oczywista i bezdyskusyjna sprawa – wymądrzają się eksperci, bardzo z siebie zadowoleni głównie dlatego, że mogą pokazać własną bezstronną sprawiedliwość. „Nienawidzę twoich poglądów, ale jestem gotów umrzeć za twoje prawo do ich głoszenia” – powtarzają za rzekomą klasyką. Z całym należnym szacunkiem i sympatią dla przyjaciół sprawiedliwości i poszanowania fundamentalnych ludzkich swobód – gadają straszne głupoty i to jest głupota okrutna. Przyjdźcie i zobaczcie ten marsz. Poczujcie tę grozę. Nieuchronność jej ewolucji i konsekwencje. Potem się wymądrzajcie.

Jaki procent naszywek „SS” na bluzach uczestników przesądza o nazistowskim charakterze demonstracji? – to jedno z pytań, które na sali sądowej pojawia się również wtedy, kiedy demonstracja oceniana jest ex post. Niejednoznaczne przecież. Bo przecież może się zdarzyć tak, że pięciu oszalałych gości lub pięciu prowokatorów z takimi naszywkami przesądziłoby o sprawie, a nie powinno. Jak to określić? Zapisać w ustawie? Sąd jest właśnie po to, żeby ocenić to samodzielnie. I nie tylko to.

Również sprawę „zakazu prewencyjnego”. To nie był zakaz prewencyjny. To tylko założyli eksperci, rozumując przy tym mniej więcej tak, jak sędziowie uznający, że wrzask „Polska dla Polaków” nikogo nie znieważa – no, bo rzeczywiście kogo? Że wolność słowa chroni również skrajny nacjonalizm, że hasła „nie laicka, nie tęczowa, jedna Polska narodowa” lub „nie tęczowa, nie laicka, jedna Polska katolicka” są wyrazem poglądów, których prawo nie ocenia. Otóż sąd jest właśnie od tego, żeby ocenić – samodzielnie i suwerennie, a nie według „oczywistych reguł”, które bez wahania wymieniają obrońcy obywatelskiej wolności. Sąd jest od tego, by orzec, że „Polska dla Polaków” wykrzykiwane pod synagogą poniża Żydów i ich terroryzuje – czego należy zakazać.

Jeśli sprawa jest oczywista i jeśli zakazu nie da się wydać z góry, to może nie trzeba sądowej kontroli – może wystarczy wykreślić z ustawy odpowiedni zapis, hę? Po co komu sądy? Nie wystarczy przypadkiem szczegółowy regulamin? Czy przypadkiem to nie jest ten moment, w którym liberalnym intelektualistom i ekspertom dokumentnie popieprzyły się role?

Marsz Niepodległości powinien zostać zakazany. Bo jest faszystowski w każdym calu. ONR powinien być zdelegalizowany. Z tego samego powodu. Jeśli te zdania budzą wątpliwości, rozstrzyga je sąd. Swobodny w swojej niezawisłości. Żadne wasze oczywiste zasady, państwo eksperci, nie ograniczają swobody oceny tej sytuacji. Na tym polega władza sądów, do cholery!

Paweł Kasprzak

4 thoughts on “Art. 57. dla neonazistów? Spytajcie praktyków o zdanie

  • 9 listopada, 2018 o 20:47
    Permalink

    Niestety, wolność słowa, w tym wolność zgromadzeń i manifestacji jest względnie bezwzględnym wymogiem demokracji. Jest dogmatem, jest świętą zasadą demokracji. Najohydniejsze poglądy można wyrażać.

    Tak podchodzą do tej sprawy sądy i w świetle prawa i zasad nie mogą inaczej postępować.

    Każdy dogmat jest o tyle względny, że są bardzo wyjątkowe sytuacje, które dogmaty podważają. Ale tylko bardzo wyjątkowe.

    Autor robi błąd podobny jaki zrobiła Prezydent Warszawy. Uzasadnił zasadność łamania dogmatu swoimi prywatnymi poglądami, a nie żelaznymi argumentami, które uzasadniałyby podważenie dogmatu z powodu bardzo wyjątkowej sytuacji. Mając sympatię do poglądów autora, uważam, że dogmaty demokracji i zasady prawa nie powinny być podważane jakimiś osobistymi poglądami i sympatiami.

    Uważam, że pani Prezydent Warszawy i Autor powinien nad argumentami popracować. Te przedstawione są słabe. Nawet gdy wydają się jakieś grupie ludzi oczywiste.

    Odpowiedz
  • 12 listopada, 2018 o 11:56
    Permalink

    Do “bisnetus”: Skoro tak, to na następne obchody 11/XI może należy zaprosić Al-Kaidę ISIS, czy też Ku-Klux-Klan ?

    Odpowiedz
    • 12 listopada, 2018 o 17:27
      Permalink

      Po co takie głupie uwagi. Ja podzielam, czy rozumiem stanowisko polskich sędziów, i nie tylko polskich, bo we wszystkich niemal krajach zachodnich i instytucjach prawa międzynarodowego zapadają takie właśnie wykładnie i wyroki. Stwierdzam tylko fakt no i pewną logikę oraz mądrość wpisaną w “dogmatyzm” demokratycznego państwa prawnego, gdzie naczelne zasady takiego właśnie państwa stoją wyżej niż estetyka i sympatia innych grup ludzi. Nawet praktyków. Dogmaty państwa prawnego i wolności obywatelskie to nie pole do zabaw dla praktyków i innych majsterkowiczów. Trzeba się chyba z tym pogodzić i pomyśleć o innych formach “opozycyjności” wobec niedobrych zjawisk.

      Poza tym ja zarzucam nieco słabą argumentację Gospodarzy tego bloga i miasta Warszawy, które nie znalazły zrozumienia w sądach. Nach argumentacją też warto popracować. Ta może być dużo lepsza, co nie znaczy, że na 100% skuteczna.

      Pamiętam, jak mniej więcej w 2010 zaczynały się te marsze niepodległości to wyszukałem sobie w internecie stronki głównych organizatorów i przy pomocy tych stronek robiłem “pogromy” na tych “patriotów”. A było tego mnóstwo, zwłaszcza ONR Podkarpacie się wyróżniało. Sklepiki nie z jakimiś mieczami chrobrego, Falangami i białymi rasami, ale hard core. Plakaty, koszulki i akcesoria z podobiznami Hitlera, prawdziwe hitlerowskie swastyki, niezawoalowane rzymskie pozdrowienia. Na prawicowych portalach chcieli mnie banować, oskarżali o propagowanie faszyzmu, piana leciała im hektolitrami z pyska. Ale ja linkowałem do tych hitlerowskich szczujni masowo wskazując na prawdziwy charakter tych nowych patriotów.

      A dzisiaj o tyle żałuję, że tego nie archiwizowałem, bo przyznam, że te stronki i sklepiki po mniej więcej roku zniknęły jak kamfora. A były one “zabójczym” argumentem na tych pseudopartiotów. Widać musieli to ukryć, by iść dalej na salony.

      Ale jedno mnie do dzisiaj dziwi. Ja nie jestem policją, rządem, archiwistą i dziennikarzem, ale gdzie wtedy była policja, rząd, archiwiści i dziennikarze. To wszystko można było archiwizować, dokumentować, zbierać dowody na prawdziwe korzenie i intencje tych “patriotów”. Przydałyby się takie źródła dzisiaj, żeby demaskować tych przebierańców.

      Osobiście podejrzewam, że “oni” to mają. Ale nie będą kolesi demaskować, bo ci naziści to sami swoi. Sami ich sobie wyhodowali, aby maszerowały po Warszawie ćwierćmilionowe faszystowskie marsze. Pasowało to tej “onej” władzy, nie tylko dzisiejszej. I tak sobie marsze wychowali. Można ludzi czymś postraszyć i pieprzyć bez końca w mediach jakieś zastępcze głupoty.

      W sumie to mam gdzieś te “polskie władze” i tych ich wszystkich nazioli. Wystarczy na 2-3 wyłączyć telewizor, jak zrobiłem to właśnie w tych dniach i tego całego syfilisu już nie ma.

      Odpowiedz
  • 13 listopada, 2018 o 12:12
    Permalink

    W/g mnie wolność zgromadzeń można ograniczać, jeżeli nie ogranicza się jej istoty.
    Prosty przykład: ktoś chce urządzić głośną manifestację gdzieś o północy. Wydaje mi się, że zakaz tej manifestacji o tej godzinie (w domyśle: z prawdopodobnym zezwoleniem na odbycie się jej w południe następnego dnia) co do zasady żadnym ograniczeniem wolności zgromadzeń rozumianej jako wolność tej formy poparcia dla jakiegoś poglądu nie będzie (może nią być w szczególnych przypadkach, gdy na przykład protest musi się odbyć przed jakąś decyzją władz, inaczej byłby bezzasadny).
    Podobnie terenowo: jeżeli dla danego zgromadzenia nie jest tak na prawdę istotne, w którym miejscu się odbywa, to przeniesienie go w inne miejsce, też nie jest tak na prawdę żadnym ograniczeniem.
    I podobnie w kwestii formy: jeżeli dajmy na to do wyrażenia jakiegoś poglądu zbędne jest tak na prawdę użycie pirotechniki, to można tego użycia zakazać.

    Pytanie owszem, na ile powyższe rozważania mają się do Marszu Niepodległości. Myślę, że jeżeli możnaby udowodnić, że organizatorzy nie mają na celu uczczenia Święta Państwowego, a istota zgromadzenia jest inna, to przesunięcie tego zgromadzenia na inny termin żadnym ograniczeniem wolności zgromadzeń nie będzie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *