Apel do KOD

Kiedy się wyprowadza na ulice wiele tysięcy ludzi, to wpływa się na życie całego kraju. I nie wystarczą już zapewnienia o własnej apolityczności. KOD to jak najbardziej polityka – czy tego chcemy, czy nie. Warto się w tej sytuacji starać o wyartykułowaną ocenę sytuacji i analizę możliwych scenariuszy jej rozwoju. Warto wiedzieć, po co się wzywa tłumy ludzi do zaangażowania – warto po prostu mieć świadomość celów.

Najpierw lojalka

Zwyczajem się stało – trochę zresztą irytującym – zaczynać od deklaracji uznania, albo wręcz lojalności dla KOD. Taką deklarację niniejszym składamy – nie dla zadośćuczynienia obyczajowi, ale dlatego między innymi, że doprawdy jest za co dziękować ludziom, którzy KOD stworzyli i nadal tworzą. Ponieważ mamy już dość sporo lat i trochę widzieliśmy organizacji i ruchów tak spontanicznie powstających, dobrze wiemy, że KOD jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym, a przypadki rozmaitych wewnętrznych tarć, w tym kłopotliwie paskudne, nie są możliwe do uniknięcia.

Cenne jest dla nas w KOD to samo, co dla wszystkich. Potrafił zjednoczyć bardzo różnych ludzi. Umiał stworzyć język niekonfrontacyjny, który jest wyjątkową jakością – zwłaszcza w Internecie i na ulicznych demonstracjach. Wymagało to tytanicznej pracy i nierzadko trudnych decyzji. Jak wszyscy inni uczestnicy wydarzeń, jesteśmy wdzięczni.

Zakładamy ponadto, że w trakcie tych iluś czekających nas być może lat walki o (od)budowę polskiej demokracji to właśnie KOD prawdopodobnie będzie i powinien być tą platformą, która łączy wszelkie inicjatywy mieszczące się w demokratycznym nurcie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien w „obozie demokratów” kwestionować przywództwa KOD, wszyscy powinniśmy chodzić ze znaczkami KOD w klapach, niezależnie od tego, jakie jeszcze inne znaczki chcielibyśmy sobie przypinać. Jak kiedyś znaczki „Solidarności” nosili ludzie najróżniejsi, w tym np. ówcześni liberałowie, którzy z obroną praw pracowniczych nie mieli wiele wspólnego i to nie one ich interesowały.

Parasol nad pluralizmem

Ale lojalność wobec KOD wymaga wzajemności – i to jest pierwsza z rzeczy, o które apelujemy.

Kilka bardzo charakterystycznych i niekoniecznie pożądanych cech KOD, wynika, jak się zdaje, z jego inkluzywnych intencji. Z tego, że w ruchu miejsce ma znaleźć każdy, kto chce bronić demokracji – niezależnie od tego, którą partię popiera i czy w ogóle jakąś, jak ocenia przeszłość III RP, niezależnie od wyznania, seksualnej orientacji itd. Skutkiem jest niechęć do jakichkolwiek wyraźniejszych deklaracji, które mogłyby ograniczyć społeczną bazę poparcia, skoro być może nie wszyscy byliby gotowi wesprzeć jakieś konkretne hasła i programy. Hasłem jest więc „obrona demokracji” – co akceptują wszyscy. KOD uznaje najwyraźniej, że uzurpacją byłoby powiedzieć cokolwiek ponad to. Protest wobec uchwalonej właśnie ustawy, łamiącej Konstytucję i (lub) zasady demokracji jest w tej strategii jeszcze chętnie akceptowany, ale jakiekolwiek pozytywnie sformułowane własne żądania – już nie. Nie ma programu określającego pozytywne cele ruchu w bieżącej perspektywie – najwyraźniej dlatego, że każdy taki program byłby, zdaniem liderów KOD, polityczną deklaracją. Wbrew intencjom, tego rodzaju postawa przynosi jednak czasem odwrotne skutki, prowadząc do wykluczania wielu, którzy oczekują wyraźniejszych sformułowań programowych i działań nastawionych na osiąganie pozytywnie określonych celów.

Byliśmy więc świadkami iluś już facebookowych wydarzeń, które ludzie KOD uznawali za „nieautoryzowane” i je usuwali; znane są budzące emocje wykluczenia z ruchu; zdarzały się też przypadki demonstrantów stanowczo proszonych o zdjęcie emblematów np. partii, które popierają lub których są członkami, albo np. – jak to miało miejsce we Wrocławiu – usuwania tęczowej flagi środowisk LGBT. Te przypadki nie dziwią – zdarzają się naturalnie w tej fazie poszukiwania tożsamości i języka ruchu pod ogromną presją w atmosferze walki i zagrożenia. Proponujemy jednak KOD-owi dokładnie odwrotny sposób działania i o to apelujemy: parasol autorytetu KOD i jego poparcie dla wszystkich, którzy nie są przeciw, zamiast autoryzowania wyłącznie tych, którzy są w stu procentach za i których znają oraz akceptują liderzy ruchu.

Nie stroniący od polityki pluralizm jest możliwy w ramach szerokiego ruchu. Zwłaszcza takiego, który o pluralizm i prawo do niego walczy. Tu zresztą wydaje się po prostu konieczny – w przeciwnym wypadku będziemy postępować, jak rewolucyjna kadrówka walcząca o demokratyczny przewrót: nie będąc w stanie po wymarzonym zwycięstwie zaoferować niczego poza zastąpieniem obalonej władzy własnym reżimem. Nie zbudujemy demokracji tylko o niej opowiadając.

Pluralizm demokratycznego ruchu nie na tym polega, że wypowiadać wolno tylko to, czego nikt nie będzie chciał zakwestionować i co wszyscy bez wątpliwości akceptują. Nawet nie na tym, że tylko takie rzeczy wolno firmować albo popierać w działaniu. Pluralizm zakłada współistnienie różniących się ludzi i ich współdziałanie. Wreszcie taktyka zwierania szeregów wobec wspólnego przeciwnika nie na tym polega, że wszyscy mówią to samo w obozie demokratów. Przeciwnie – na tym, że w nurcie pluralistycznego protestu mieszczą się wszyscy, którzy występują w obronie owego pluralizmu. Sierpniowa „Solidarność”, w której silnie obecne były podobne i przecież bardzo uzasadnione, choć często niemal paranoiczne lęki przed politykierami, prowokatorami i manipulantami, potrafiła wziąć na siebie rolę parasola rozpiętego nad całą, nierzadko egzotyczną różnorodnością ludzi i inicjatyw, które występowały przeciw ówczesnej władzy i były przez nią zwalczane.

U początków istnienia poddano „Solidarność” przemyślanej próbie, aresztując przywódców KPN – skrajnego na owe czasy ugrupowania, którego radykalnie niepodległościowe hasła pozostawały w jawnej sprzeczności ze strategią umiarkowania Związku, samoograniczającej się rewolucji i zasadą respektowania integralności sowieckiego bloku wobec realnej groźby sowieckiej interwencji. „Solidarność” bez wahań stanęła w obronie „ekstremistów”, choć ich rzeczywisty ekstremizm był dla niej naprawdę groźny. I nie zapłaciła za to żadnym rozłamem, czy spadkiem poparcia. Przeciwnie.

Pod koniec tamtego okresu walki parasol „Solidarności” obejmował wszystkie formy społecznej i politycznej aktywności Polaków. Było tam miejsce i dla środowisk politycznych, w tym takich, dla których robotniczy charakter ruchu był nie do zaakceptowania, i dla pacyfistów albo anarchistów z ruchu Wolność i Pokój, i dla zadymiarzy z Pomarańczowej Alternatywy.

Skutkiem nie było znów osłabienie ruchu, ale dokładnie przeciwnie – każdy np. z owych bardzo wówczas młodych ludzi, często zresztą stosownie do wieku mało przenikliwych politycznie, którzy w happeningach Pomarańczowej Alternatywy z równą swadą wyśmiewali reżim, jak i patriotyczną celebrę solidarnościowych mszy za Ojczyznę, przyłożył się do odrodzenia „Solidarności” i jej wyborczego zwycięstwa równie mocno, jak wszyscy inni działający w ruchu. Właśnie dlatego, że pluralizm „Solidarności” oznaczał realną akceptację różnorodności w działaniu, a nie troskę o czystość niekontrowersyjnych sformułowań.

To właśnie chcemy zaproponować KOD-owi jako istotny składnik modus operandi.

Ocena perspektyw i kilka aksjologicznych wyborów

Z dotychczasowych deklaracji wynika, że KOD nastawia się raczej na „długi marsz”. W takiej perspektywie odległego horyzontu wszystkie sformułowania o przedsięwzięciach o edukacyjnym charakterze w programowych deklaracjach KOD są oczywiście słuszne i godne poparcia. Zresztą zajmować się tym warto w każdej perspektywie.

Tyle tylko, że wiele tysięcy ludzi, uczestniczących któryś już raz z rzędu w ulicznych demonstracjach, ma – jak się zdaje – poczucie udziału w czymś, co zmienia rzeczywistość w wymiarze bieżącym, a nie tylko w perspektywie bez mała eschatologicznej, przygotowując zaledwie grunt pod tworzenie nowych partii i nowego ładu parlamentarnego w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy jakiś cud sprawi, że PiS odda władzę.

Poza innymi konsekwencjami, prędzej, czy później dotrze do nas wreszcie, że maszerowanie na kolejne demonstracje nie jest samo w sobie tak fajne, jak się z początku wydawało. Zamiast frajdy, zrodzi frustrację, której masowo ulegniemy. Entuzjazmu i determinacji nie da się utrzymywać w nieskończoność.

Wbrew apolitycznym intencjom, coraz wyraźniejsze i coraz powszechniejsze staje się w obozie „demokratów” np. przekonanie, że obecną kadencję parlamentu należy po prostu skrócić i złą władzę zastąpić lepszą. Według niektórych sondaży opowiada się za tym już dzisiaj większość Polaków. To z kolei jest nie tylko silnie polityczny postulat, wykraczający zdecydowanie ponad minimalne warunki utrzymania w Polsce demokracji, ale też przede wszystkim on jest PiS-owski z ducha. Oznacza bowiem bez wątpliwości prymat „woli ludu” nad konstytucyjnym prawem. Prawo oczywiście wyklucza polityczne przewroty przed końcem kadencji poza przewidzianymi w Konstytucji, wyraźnie określonymi przypadkami. Zgodnie z Konstytucją PiS ma pełne prawo rządzić zupełnie niezależnie od wyników sondaży poparcia, choć oczywiście nie w ten sposób, jak to dzisiaj rządząca partia robi.

Pojawienie się tego rodzaju postaw i oczekiwań – a w naszej ocenie one będą narastać – jest jednym ze skutków braku wyraźnego określenia celów, które ruch protestu chciałby osiągnąć, i świadomości, że rzeczywiście do nich dążymy.

Wszystko jedno zresztą, czy zmiana władzy miałaby się wydarzyć teraz w wyniku jakiejś polskiej wersji Majdanu lub referendum wymuszonego na władzy, czy w owej odległej perspektywie, z którą KOD najwyraźniej się liczy – proste przejęcie władzy nie jest tym, czego chcemy. Konflikt między dwiema „połowami Polski” nie zniknie i nie zostanie rozwiązany – a tylko zmieni się ten, kto w nim ma przewagę. Po sukcesie „demokratów”, kimkolwiek by byli, a ulicę wylegną ci sami znani nam już młodzieńcy w maskach, sieć i prawicową prasę zaleją te same oszczerstwa, łgarstwa, podłe wyzwiska. Poniewierani w nich będą – do kolejnego skutku – ludzie, instytucje i wartości.

Podobnie w stanie polskiego państwa wariant prostej wymiany władzy przyniesie z grubsza odtworzenia tej III RP, którą znamy z ostatnich lat. Można ją oceniać dowolnie źle lub dowolnie dobrze – ale w żadnym wypadku nie wolno zapominać, że ostatnie wyniki wyborów oznaczają bez cienia wątpliwości bardzo stanowczo wyrażoną wolę bardzo zasadniczych zmian. Tę wolę zmian trzeba bezwzględnie uszanować, jeśli się chce szanować demokrację.

Grzechy i niedostatki III RP powinniśmy dziś pilnie zrozumieć, choćby dlatego, że zrozumiemy wtedy również źródła obecnych postaw elektoratu PiS. Tak jak rozumiejąc grzechy II RP zwolennicy PiS nie ulegliby dziś szaleństwu Prezesa. Stając więc dzisiaj w obronie wolnych mediów w obliczu zamachu na ich wolność, nie powinniśmy zapominać że „przedwojenne media” od pluralistycznego ideału były w rzeczywistości odległe. A przynajmniej, że tego rodzaju oskarżenia ze strony stronników PiS nie są puste, pomimo ogarniającej dzisiaj PiS niepamięci o tym choćby, że władza ich prezesów w TVP przetrwała z grubsza przez następną kadencję i że tolerancja rządu PO-PSL była w tej sytuacji tak wielka, że aż z trudem zrozumiała. Poza ową żenująco niefortunną próbą zmiany składu TK przed końcem kadencji PO, co PiS dzisiaj słusznie punktuje, niezawisłym sądom, których pozycji równie stanowczo i równie słusznie bronimy, zdarzało się trzymać ludzi latami w aresztach śledczych bez wyroków, ani nawet oficjalnych zarzutów, sankcjonować wieloletnie, bezprawne przetrzymywanie ludzi w szpitalach psychiatrycznych bez żadnej odpowiedzialności za bezprawne decyzje – w czym mało kto z nas dostrzega jakikolwiek problem i w czym podobni jesteśmy do przeciwnego obozu. Tej świadomości również nie powinniśmy wypierać, udając, że „przedwojenne” sądownictwo było idealne. Wreszcie Konstytucja RP, którą dziś – przyznajmy to – dopiero na ogół poznajemy na przyspieszonych kursach obywatelskiej świadomości, była dotąd raczej zbiorem bogato zdobionych formuł bez większego związku z praktyką orzekania sądów, decyzji organów i urzędów państwa, debat publicznych wreszcie.

Można się w tych kwestiach spierać o rzeczy rozmaite, niemniej wola zasadniczych zmian w wielu istotnych sferach życia kraju nie musi być koniecznie koszmarną wizją szaleńca, która dziś się realizuje, budząc nasze protesty. Owszem, wyborcze hasła „Polski w ruinie” były idiotyzmem, podobnie jak tezy o „demokracji oligarchów”, które są przy tym w dodatku groźne – ale żadne z nich samo w sobie nie oznacza jeszcze bezprawia i złamania konstytucyjnych zasad demokracji.

Kto by chciał dzisiaj utrzymywać, że PiS tylko oszukał wyborców obietnicami 500 zł na dziecko, knując w istocie zamach stanu, temu wypada dać do poczytania internetowe komentarze zwolenników PiS i artykuły PiS-owskich publicystów: to nie jest miła i specjalnie owocna lektura, ale bardzo jednoznacznie wynika z niej, że to nie na socjalnym pakiecie miała polegać ta „dobra zmiana”, której się po PiS spodziewali wyborcy tej partii. Trudno znaleźć choćby pojedynczego PiS-owca, który by głosował z powodu tych 5 stów. Wyborcy PiS chcieli mniej więcej tego, co się dziś dzieje i bardzo wyraźnie mówili o tym jeszcze w kampanii. Tym więcej jest więc do zrobienia.

KOD o tym wie – tyle w każdym razie wynikało np. z tekstów Mateusza Kijowskiego, w których pisał, że do rzeczywistości „przedwojennej” powrotu nie ma. Powinniśmy więc mieć jasność co do wartości – prosty przełom wyborczy, kiedykolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach miałby nastąpić, nie jest tym, o co powinno chodzić demokratycznemu ruchowi. Bo w gruncie rzeczy nic się w jego wyniku nie zmieni. Jak zatem zmienić sytuację? KOD odpowiada dzisiaj, że edukacyjnymi projektami i obywatelską debatą. Racja – tyle, że to nie wystarczy i nie da się tego zrobić w wodzowskim ruchu, który w dodatku wciąż musi odpierać wraże ataki i zmagać się z prowokacyjną dywersją od wewnątrz.

Nie jest to wystarczająca strategia również dlatego, że polityki PiS zwyczajnie nie da się wytrzymać – ona albo doprowadzi do społecznej eksplozji, jak już doprowadziła do oczekiwania przedterminowych wyborów, albo przyniesie straty nieodwracalne, w tym np. trwałość władzy PiS-owskiej sanacji. Następne wybory będą być może przebiegały według zmienionych reguł, które zmianę władzy wykluczą. Wiele okoliczności, w tym postępowanie Andrzeja Dudy wbrew grożącym mu konsekwencjom przed Trybunałem Stanu, wskazuje na takie kalkulacje w obozie PiS, w których nowy porządek ustrojowy sprawi, że nic już nie zagrozi ani Dudzie, ani innym politykom uczestniczącym dzisiaj w mordowaniu polskiej demokracji. Kiedy się zajrzy np. do PiS-owskich projektów konstytucji – tych, które kiedyś publikowano, a potem zdjęto – te intencje wydają się jasne.

Postulaty – warunki demokratycznej konstytucyjności władzy

Co w takim razie, jeśli nie prosta zmiana władzy? I nie mgliste projekty dalekosiężnych skutków obywatelskiej edukacji?

To nie jest prawda, że każdy polityczny projekt dzisiejszego ruchu musi go podzielić. Istnieje niekontrowersyjny zbiór warunków, przy których spełnieniu każda władza, niezależnie jaki program chciałaby realizować, pozostaje demokracją i mieści się w granicach prawa. Określa te warunki po prostu ta Konstytucja, której dzisiaj bronimy.

Wystarczy więc, jak się wydaje, przetłumaczyć te jej postanowienia, które demokrację w Polsce gwarantują, na listę celów, których spełnienie będzie oznaczać sukces w obronie demokracji. Żądamy gwarancji przestrzegania prawa – tylko tego. To nie jest kontrowersyjny cel i te gwarancje określa Konstytucja.

Należy niezwłocznie wykonać postanowienia Trybunału Konstytucyjnego i zaniechać niezgodnych z Konstytucją – a to Trybunał tę niezgodność orzeka – działań zmierzających do jego rozmontowania. To jest niekontrowersyjny postulat. Adresowany jest do tych ośrodków władzy, które są wskazane w orzeczeniach Trybunału. Prezydent ma natychmiast zaprzysiąc wybranych legalnie sędziów – i wobec tego powinien stale oglądać przed swoją siedzibą demonstracje i podlegać innym naciskom dopóki tego nie zrobi, a nie wyłącznie wtedy, kiedy złamie kolejne prawo. Rząd ma niezwłocznie opublikować orzeczenie TK w sprawie legalności PiS-owskiej nowelizacji ustawy, kiedy ono zostanie podjęte. Parlament może podejmować próby zmiany ustawy o TK, musi jednak respektować wszystkie orzeczenia TK w tej i w każdej innej sprawie. Te, które już zapadły, i te, które nastąpią.

Należy bezzwłocznie wyciągnąć konsekwencje w stosunku do tych członków obozu władzy, którzy naruszają prawo. Naruszył je dotąd – Konstytucję RP – zwłaszcza Duda. Ukarać go za to może i powinien Trybunał Stanu, do czego potrzebna jest jednak decyzja kwalifikowanej większości Zgromadzenia Narodowego. Tego się powinniśmy domagać – a „studium wykonalności” tego pozornie niewykonalnego projektu jest osobną sprawą i o niej za chwilę. To wszakże jest również całkowicie niekontrowersyjny postulat. Dopiero jeśli wbrew żądaniom większości obywateli parlament nie zechce go spełnić, będziemy mieli prawo żądać ponownych wyborów.

Prawo zostało złamane również w przypadku Mariusza Kamińskiego, który – jeśli jest winny przestępstw, za które został nieprawomocnie skazany, a następnie niewinnie ułaskawiony – nie może ani pełnić mandatu posła, ani żadnych funkcji w żadnym polskim rządzie. Powinien odejść, co jest kolejnym absolutnie niekontrowersyjnym postulatem ruchu – najdrobniejszym i najłatwiejszym do spełnienia.

Te postulaty da się przełożyć na język obywatelskich petycji i wniosków lub prostych żądań demonstracji, protestów oraz być może np. strajków, co w niektórych przypadkach byłoby z pewnością warte rozważenia.

Jeśli Trybunał Konstytucyjny będzie mógł orzekać, a jego orzeczenia będą respektowane i jeśli na straży Konstytucji stanie ten lub inny prezydent RP, to spełnione będzie wszystko, czego powinniśmy oczekiwać. W tak wyznaczonych granicach niech PiS realizuje, co zamierzyło oraz czego odeń oczekiwali i oczekują wyborcy.

PiS być może ma np. prawo gmerać w ustroju publicznych mediów. Nie może w tym łamać Konstytucji i obowiązujących w Polsce norm międzynarodowych. Przed bezprawnością PiS-owskiej polityki ma nas strzec prezydent i Trybunał – i nas ustrzeże, jeśli spełnione zostaną powyższe żądania. To w tych sprawach powinniśmy przede wszystkim protestować, wiecować i wywierać nacisk. Nie w reakcji na kolejne akty agresji Kaczyńskiego, ale dla realizacji wyraźnie określonych własnych celów.

Przyjęcie tak lub podobnie określonej listy postulatów ruchu i podjęcie podmiotowych, a nie wyłącznie reaktywnych działań, uważamy po pierwsze za logiczne, po drugie za niekontrowersyjne i po trzecie za niezbędne, byśmy mogli liczyć na to, że cokolwiek w sprawie polskiej demokracji naprawdę zwojujemy. I przede wszystkim o to apelujemy do KOD.

Kto, jeśli nie Wy, podejmie postulaty? Kto zrobi to skutecznie? I kto dzisiaj ma mandat sformułować cele całego demokratycznego ruchu protestu?

W deklaracjach KOD pojawia się zawsze podkreślenie respektowania prawa. Dodalibyśmy działanie bez przemocy – co jest oczywiste – i bez agresji, co na ogół ma miejsce, oraz poszanowanie odmienności poglądów, w tym również szacunek i chęć zrozumienia racji przeciwnika. Ale podkreślany stale legalizm ruchu wymaga naszym zdaniem koniecznego uzupełnienia. W sytuacji szalejącego bezprawia legislacyjnego, deklaracje przestrzegania prawa przypominają bowiem „lojalki” z czasów stanu wojennego.

Nie ma w nas gotowości do respektowania ustaw i rozporządzeń jawnie naruszających Konstytucję. Ale i więcej – akcje obywatelskiego nieposłuszeństwa mieszczą się arsenale obywatelskich ruchów broniących praworządności, a przecież zakładają na ogół świadome łamanie przepisów prawa, niekoniecznie nawet tych, które uznaje się za złe. Ich cechą jest zawsze wyrzeczenie się przemocy oraz gotowość poniesienia przewidzianych prawem konsekwencji również wtedy, kiedy się to prawo uznaje za złe. W KOD powinno być miejsce na takie działania – lub przynajmniej KOD nie powinien się powstrzymywać przed ich jednoznacznym poparciem, jeśli podejmie je ktoś inny.

Gra na rozłam

Każdy z wariantów, których szczegółów przewidzieć się nie da, a który doprowadziłby do zmiany bezprawnych zasad rządów PiS, musi zawierać rozłam w obozie PiS i wypowiedzenie przez część ludzi władzy posłuszeństwa oszalałemu Kaczyńskiemu, odcięcie się wystarczająco wielkiej grupy posłów od bredni Krystyny Pawłowicz, chorych obsesji Macierewicza, planów Ziobry, Kamińskiego, Błaszczaka i Glińskiego. Już choćby rzeczywista niezależność Andrzeja Dudy mogłaby wystarczyć, by wypełnić postulaty ruchu.

Można i da się na to grać, a naszym zdaniem trzeba. Zarówno w parlamencie i w jego kuluarach, jak poza parlamentem w mediach, na ulicach, w akcjach obywatelskich, w tym w akcjach obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Kiedy Krystyna Pawłowicz wygaduje w Radiu Maryja swoje koszmarne bzdury, wypowiadając jawnie faszystowskie projekcje o władzy realizującej wartości narodowe, kiedy oskarża całe grupy społeczne nielojalne wobec tej władzy o narodową zdradę, powinna za to odpowiedzieć z pewnością politycznie, a może i nawet karnie w niektórych przypadkach. Pozostali posłowie PiS powinni być – jeden po drugim – postawieni choćby w mediach w sytuacji, w której albo pod bredniami Pawłowicz się podpiszą, albo się od nich wyraźnie odetną. Powinni poczuć presję grożącej im odpowiedzialności. Dzisiaj PiS na pokątnym lub publicznym ujadaniu Pawłowicz korzysta, nie biorąc za nie żadnej odpowiedzialności – jak na szkaradnych oszczerstwach o Komorowskim cynicznie i nikczemnie korzystał Duda, tchórzliwie udając, że z nimi nie ma niczego wspólnego. Niech posłom PiS puszczą nerwy, niech się przestraszą, że kiedyś będzie trzeba zapłacić za znieważanie ludzi i demontaż demokracji.

Gdyby dzisiaj któryś z członków rządu, choćby nawet sama Szydło, odszedł z PiS, stając na czele rozłamowej grupy i demonstracyjnie rezygnując z apanaży członka rządzącej ekipy, miałby wszystkie szanse stać się na prawicy bohaterem. W imię idei i państwa prawa porzuciłby rządowe przywileje, stając się wiarygodnym idealistą, zrzuciłby odium PiS-owskiego aparatczyka, jak kiedyś Palikot pozbył się odium PO, co było przecież skuteczne. Rozłamowiec miałby wszystkie szanse z powodzeniem stworzyć cywilizowaną wersję prawicowego ugrupowania, na które również lewica i liberałowie musieliby patrzeć z sympatią. Alternatywą jest – i zadaniem oporu społecznego jest uświadomić to władzy – zniknięcie w niesławie już tym razem na zawsze, z konsekwencjami konstytucyjnymi i w niektórych przypadkach karnymi. To realnie grozi ludziom dzisiejszej władzy i o tym oni powinni się dowiadywać codziennie.

Strategia

Rozłam w rządzącym obozie – jeśli nastąpi – nastąpi sam z siebie, ale może się zdarzyć w wyniku działań i świadomie podjętego nacisku ruchu demokratycznej opozycji. W parlamencie i poza nim. Byłby to nacisk podjęty nie po to, by władzę zmieść jakąś polską wersją Majdanu, ale by rządzącą większość, której wybór pozostałby uszanowany, zmusić do postępowania zgodnie z prawem i zasadami demokratycznego państwa. Polacy wreszcie mieliby swoją Bastylię, zdobytą własnymi siłami, a nie darowaną przez los. Świadomość wartości demokracji, znaczenia praw mniejszości i granic swobody działania zwycięzców w wyborach trudno zbudować skuteczniej niż wtedy, kiedy się o te prawa walczy i kiedy się je wywalczy. KOD-owi proponowalibyśmy pomyśleć raczej o takiej wersji obywatelskiej edukacji – zamiast wykładów o treści Konstytucji, którą PiS być może wkrótce nam unieważni. Jeszcze raz – demokracji nie buduje opowiadanie o niej i wypisywanie haseł. Stare tezy Jacka Kuronia o budowaniu komitetów zamiast ich palenia, na które powołuje się założycielska legenda KOD, oznaczały właśnie to poza wezwaniem do zaniechania przemocy.

Również dawno temu Kuroń napisał jak postępować, kiedy się gra z przeciwnikiem nieporównanie silniejszym. Sytuacja jest dzisiaj oczywiście kompletnie inna, ale w podobny sposób „bez wyjścia”, skoro PiS robi, co chce, bezczelnie pytając: „i co nam zrobicie?” Kuroń pisał, że cele ruchu powinny być ograniczone i dawać przeciwnikowi nadzieję przeżycia. Oraz, że należy zainwestować maksymalny potencjał społecznego oporu i przedstawić prosty rachunek zysków i strat – władzy powinno się mianowicie bardziej opłacać spełnić postulaty ruchu, niż go zwalczać. Jest jasne, że koszty muszą być większe po słabszej stronie – trudno. Ale skuteczna gra słabszego z mocniejszym jest możliwa.

W znanej alegorii o szansach zajączka uciekającego przed pędzącą po szosie ciężarówką w taki sposób, by ona musiała wpaść do rowu, kiedy go przejedzie, Kuroń konkludował, że kierowca jest co prawda niepoczytalny, ale przynajmniej istnieje możliwość, że się zastanowi.

W naszym przypadku kierowcą nie jest Kaczyński – jego szaleństwo zdaje się wykluczać wszelką refleksję – i raczej nie Duda, bo on już chyba wie, że przekroczył granicę prawa i przed odpowiedzialnością uchronić go może tylko utrwalenie „władzy ludowej”, choć być może ofertę poniechania kary warto mu nadal przedstawiać. Chodzić jednak powinno zwłaszcza o parlamentarny klub PiS, a celem ruchu powinno być rozbicie jego jedności, umożliwiające np. głosowanie nad Trybunałem dla Dudy, albo nieco bardziej prawdopodobne głosowanie w sprawie Kamińskiego. To cel całego ruchu, czyli zarówno KOD i działających pod jego parasolem grup, jak i opozycyjnych partii politycznych. Jeśliby np. Nowoczesna albo PO sformułowała w sejmie wniosek o dymisję Kamińskiego, KOD powinien bez wahania ten wniosek poprzeć masowymi demonstracjami oraz akcją zbierania obywatelskich podpisów nastawioną na uzyskanie poparcia liczonego w milionach, nie wspominając o wniosku dotyczącym Trybunału dla Dudy.

Kuronia strategia zadziałała w PRL na kilka sposobów i w kilku przypadkach. Sam KOR mógł więc działać we względnym komforcie jak na warunki sowieckiego bloku, ponieważ aresztowania i wyroki na typową w tym bloku stalinowską modłę ściągnęłyby na Polskę reakcje Zachodu, zwłaszcza gospodarcze, które władza uznawała wtedy za zbyt kosztowne. Do sankcji zresztą – zgodnie z logiką narodowej zdrady opisaną niedawno przez Kaczyńskiego – otwarcie wzywali wówczas Polacy gorszego sortu, czyli zwłaszcza Kuroń z Michnikiem. Klasycznego sukcesu zgodnie z Kuronia scenariuszem doczekał się w końcówce komuny pacyfistyczny Ruch Wolność i Pokój, który zdołał doprowadzić do realizacji kompletnie nierealnego, jak się wszystkim zdawało, postulatu wprowadzenia zastępczej, cywilnej służby zamiast przymusowego wojska i do odstąpienia od przymusowej przysięgi na wierność sojuszom w ramach sowieckiego bloku. Wymagało to determinacji mniej więcej setki „desperados”, gotowych raczej pójść siedzieć, niż składać tę przysięgę, oraz takich, którzy wystawiali się na uwięzienie w obronie już siedzących kolegów. Efektywnie jednakże na dłużej zamknięto wtedy z tej okazji w Polsce nie więcej niż kilkanaście osób. Wystarczyło.

Wypowiadamy posłuszeństwo władzy

Niegdysiejsza akcja WiP to historyczny przykład skutecznej i klasycznej akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa. Wspominamy o niej z powodu doniosłości tamtego dokonania, o którym dzisiaj mało kto pamięta. Ale przede wszystkim dlatego, że wyjątkowa skuteczność takich działań jest aktualna do dziś. Chcemy je więc podjąć.

Uczestniczymy w grupie zamierzającej publicznie znieważać Andrzeja Dudę, po imieniu nazywając to, co zrobił, składając prezydencką przysięgę i natychmiast ją łamiąc, depcząc przepisy Konstytucji i wypełniając karnie wolę władz partii, z której pochodzi. Zamierzamy w ten sposób naruszyć Art. 135. par. 2. kodeksu karnego, co jest ściganym z urzędu przestępstwem zagrożonym karą do 3 lat więzienia. Zamierzamy zrobić to tak, by zmusić prokuraturę do postawienia nas przed sądem, który w świetle prawa nie będzie mógł postąpić inaczej, jak tylko nas skazać.

Da się tego rodzaju akcji wyobrazić dowolnie wiele. Nie tu jest miejsce, by wymieniać przykłady. Nie apelujemy też o przystępowanie do takich form protestu. Są zbyt kosztowne, by wolno nam było to robić. Nieliczne grono „radykałów” zupełnie tu zresztą wystarczy.

Powody, dla których sami podejmujemy tego rodzaju działanie, są przede wszystkim etyczne. Nazywając Andrzeja Dudę łamiącym Konstytucję, niegodnym swego urzędu krzywoprzysięzcą, mówimy przede wszystkim prawdę, która w naszym głębokim przekonaniu musi zostać wypowiedziana, niezależnie od konsekwencji. Chcemy się przy tym odróżnić od owych podłych internetowych trolli, którzy niedawno wylewali oszczercze obelgi na głowę Bronisława Komorowskiego, rujnując obywatelskie poczucie przyzwoitości, odpowiedzialności za słowo i tchórzliwie unikając konsekwencji. Wypowiadamy posłuszeństwo państwu, które w osobach swych najwyższych przedstawicieli depcze podstawowe zasady obywatelskich swobód.

Ale mamy też świadomość, że polityczne procesy i choćby dziesiątka niewinnych ludzi skazanych z politycznych powodów za publiczne wypowiadanie prawdy postawi łamiącą prawo polską władzę w sytuacji odpowiadającej białoruskiemu reżimowi, a polityczny koszt czegoś takiego jest nie do przecenienia. Z tych względów apelujemy do KOD nie tylko o określenie listy własnych postulatów, ale także o wsparcie również tych naszych działań. One mogą być bowiem skutecznym naciskiem w grze z władzą, a nie tylko symbolem moralnego sprzeciwu. Warunkiem jest wszakże istnienie świadomego swych celów ruchu, w którego działania moglibyśmy się wpisać.

Jesteśmy przekonani, że zmusić dzisiejszą władzę do przestrzegania wartości demokratycznych jest dziś nieporównanie łatwiej niż kilka dekad temu, kiedy przecież „dawaliśmy radę”. Jeszcze łatwiej byłoby ją po prostu zmieść – przecież nie stoją za nią żadne obce czołgi. Tego jednak nie chcemy. Chcemy demokracji i wierzymy, że da się ją budować w oporze. Nie chcemy, żeby o demokrację musiały walczyć nasze dzieci.

luty 2016
Paweł Kasprzak
Paweł Wrabec

Sprostowanie Michała Korczaka, wrocławskiego koordynatora KOD:

To ja prosiłem o zwinięcie flagi LGBT. Przepraszałem za to. Na FB i publicznie na łamach Gazety Wyborczej. To zły przykład w podanej krytyce KOD. Bardzo proszę zapoznać się ze szczegółami. Nie zmieniam zdania, że źle zrobiłem, ale żądam sprostowania w tym tekście bo działałem w innej sprawie i innym kontekście. Nie chciałbym być źle zrozumiany, jednak proszę o dopełnienie zasad rzetelności i zrozumienia incydentu:

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19391280,lider-wroclawskiego-kod-wolnosci-oddac-nie-umiem-wywiad.html

6 thoughts on “Apel do KOD

  • 21 lutego, 2016 o 19:02
    Permalink

    Apel jest długi, zdecydowanie za długi. To nie apel, a cała lista postulatów.

    • 22 lutego, 2016 o 11:46
      Permalink

      Ktoś musiał napisać taki tekst. Długi, ale mądry. Warto się chwilę skupić i przeczytać, a następnie zrozumieć. Popieram całym sercem i opublikuję na moim profilu FB. Liczę na zgodę KOD-u, liczę na jego rozwój.
      Tak, potrzebna nam druga Solidarność, potrzebny nam sprzeciw wobec zbójeckiej władzy pisowców. Chociaż coraz mi trudniej, wierzę, że wśród ludzi, którzy poparli tę partię w wyborach, są ludzie przyzwoici zdolni do refleksji,

  • 27 lutego, 2016 o 08:24
    Permalink

    Witam,

    To ja prosiłem o zwinięcie flagi LGBT. Przepraszałem za to. Na FB i publicznie na łamach Gazety Wyborczej. To zły przykład w podanej krytyce KOD. Bardzo proszę zapoznać się ze szczegółami. Nie zmieniam zdania, że źle zrobiłem, ale żądam sprostowania w tym tekście bo działałem w innej sprawie i innym kontekście. Nie chciałbym być źle zrozumiany, jednak proszę o dopełnienie zasad rzetelności i zrozumienia incydentu:

    http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,142076,19391280,lider-wroclawskiego-kod-wolnosci-oddac-nie-umiem-wywiad.html

    podobne miejce miało w poniższym artykule, ale student może się pomylić lub niedoczytać 🙂
    http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,35636,19572922,teczowe-flagi-a-kod-rozczarowany-student-pisze-do.html

    Michał Korczak

    • 27 lutego, 2016 o 08:47
      Permalink

      Prostuję zatem. Dodanie informacji o przeprosinach wystarczy? Przykłady występujące w tej części tekstu nie są zresztą krytyką KOD, na miłość Boską! Okropnie jesteście wrażliwi, co źle się kojarzy. Tam stoi napisane, że deklarujemy lojalność, a kiksy tego rodzaju rozumiemy i uważamy za naturalne zjawisko. Widziałem w reakcji Kijowskiego, jak bardzo był urażony faktem, że ktoś śmie dostrzegać w KOD jakiekolwiek wady, tekst pełen propozycji i spostrzeżeń o zgodności celów uznał za krytykanctwo itd.

  • 6 marca, 2016 o 15:55
    Permalink

    Polecam tę lekturę wszystkim zaangażowanym zaKODowanym i nie tylko

Komentarze są wyłączone.