ACTA 2 – ludzie, nie korporacje!

O tzw. ACTA 2, czyli „Dyrektywie UE o prawie autorskim” krąży wiele mitów i niedopowiedzeń. Zwolennicy mówią o godziwym wynagrodzeniu dla twórców i mają rację. Ale nie dostrzegają kwestii stawiania praw korporacji ponad prawa obywatelskie

Kluczową kwestią dla przeciwników tzw. ACTA 2 jest artykuł 13 dyrektywy (faktycznie teraz 17), a nie cała dyrektywa. Rzeczywiście prasa drukowana i wielkie koncerny zajmujące się jej wydawaniem dostały w kość od czasu powstania Internetu, ich zyski spadły. O ile firmy zajmujące się wydawaniem filmów i muzyki zaczęły się odnajdywać w dobie Internetu (Netflix, Spotify), o tyle prasa tradycyjna została w tyle.

Ochrona prasy tradycyjnej jest w naszym interesie. Sprawdzone i rzetelne informacje pojawiają się nie na newsfeedzie na Facebooku, a w mediach tradycyjnych. Jest to spowodowane chociażby karami, jakie grożą wydawcom prasy tradycyjnej za podawanie fałszywych informacji. Facebook i Twitter takiego ryzyka nie ponoszą.

Od razu podkreślę, że przeciwnicy tzw. ACTA 2 w większości nie są piratami ani złodziejami, choć taki zarzut często pada w ust zwolenników dyrektywy. Grzecznie płacę za prenumeratę Wyborczej, subskrybuję Spotify i Netflixa, regularnie kupuję prasę drukowaną. Ale sama dyrektywa nie zwalczy piractwa. Torrenty i strony zarejestrowane w Panamie, posiadające kopie artykułów wciąż będą działały.

Wraz ze mną przeciwnikami dyrektyw są m.in. Panoptykon, Centrum Cyfrowe, Bezprawnik i na szczęście większość polskich europosłów i europosłanek.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gdzie są fakta w ACTA2, a gdzie fake newsy

Wracając do artykułu 13 (17) dyrektywy, który spowoduje, że cała dyrektywa przyniesie więcej szkód niż pożytku. Artykuł ten nakłada na platformy internetowe obowiązek zapobiegania naruszeniom prawa autorskiego, a tym samym nałożenia filtrów treści. Filtry już są stosowane przez część platform, m.in. YouTube i Facebooka co do filmów i utworów audio. Użytkownicy i użytkowniczki Facebooka spotykają się coraz częściej z zablokowaniem filmu z koncertu lub innego wydarzenia ponieważ w tle było słychać utwór, do którego ma prawa firma X.

Niestety, filtry nie są idealne i właściciel platformy woli, na wszelki wypadek, zablokować więcej treści niż mniej. Dam przykład z własnego podwórka. Jakiś czas temu udało mi się znaleźć „Odę do Radości” w ładnym, filharmonijnym wykonaniu na wolnej licencji, niestety algorytm Facebooka wykrył ten utwór, jako należący do EMI Sony, więc mój film jest blokowany. Raz nawet udało mi się odwołać, ale trwało to miesiąc, a Internet nie czeka, miesiąc to wieczność.

Zgodnie z „Dyrektywą UE o prawie autorskim”, EMI mogłoby oczekiwać od Facebooka wynagrodzenia, jeżeli faktycznie użyłbym utworu EMI. Jednak ja, za błędne zablokowanie filmu nie mogę domagać się odszkodowania.


[sc name=”newsletter” naglowek=” Bądź dobrze poinformowany!” tresc=” Najnowsze informacje o nas, analizy i diagnozy sytuacji w kraju trafią prosto na Twoją skrzynkę!”]

I tutaj mamy pierwszy problem. Prawa korporacji są ponad prawami naszymi, użytkowniczek i użytkowników Internetu. A może bardziej należy powiedzieć – obywatelek i obywateli Internetu. Obecnie wielkie platformy, takie jak Google i Facebook, mają tak wielki wpływ na nasze życie, że nie możemy na nie patrzeć tylko jak na kapitalistyczny twór, w którym firma X posiada określoną usługę i ją sprzedaje. Zwłaszcza, że mamy sytuację monopolu tych firm. Jako konsumentki i konsumenci nie mamy konkurencyjnej alternatywy. Na Facebooka i Google należy więc bardziej patrzeć, jak na przestrzeń publiczną. Pytanie, kto w tej przestrzeni jest suwerenem?

Kwestia praw człowieka w Internecie w ogóle nie jest dostrzegana przez zwolenników dyrektywy i nie będę się nad tym rozwodzić, bo to dużo szerszy temat. Jako aktywistki i aktywiści na rzecz praw człowieka i obywatela powinniśmy mieć tę kwestię na uwadze i o niej dyskutować, bo inaczej zrobią to za nas firmy pokroju Axel Springera, Facebooka, Google’a i Amazona.

Kolejnym problemem jest sama implementacja filtrów treści, są one niebotycznie drogie, żaden startup czy kółko Entuzjastów Modeli Samolotów nie będzie stać na ich zaimplementowanie (YouTube za swój filtr audio-video zapłacił 50 mln dolarów). Więc tworzenie nowych social mediów, forów i innych stron internetowych, na których użytkownik dodaje swobodnie treści, staje się zabawą dla coraz węższej grupy posiadającej odpowiedni kapitał.

Zwolennicy dyrektywy podnoszą również argument, że jest ona szczególnie korzystna dla małych twórców. Jednak wychodzą oni z naiwnego założenia, że Google i Facebook będą ułatwiać małym twórcom bez budżetu i armii prawników dodawanie ich treści do filtrów. Wielkie platformy doskonale wiedzą, że użytkowników będzie szlag trafiał na komunikat, że ich nagranie nie może zostać zamieszczone, bo łamie prawa autorskie. Więc wielkie platformy będą się zapierać rękami i nogami, żeby dodawać, jak najmniej treści do swoich filtrów.

Prawdopodobnie dobrze znana wśród opozycji ulicznej Katarzyna Pierzchała z jej zdjęciami będzie „za krótka”, żeby samodzielnie wywalczyć u Facebooka filtr własności intelektualnej. Mały twórca nic nie zyska jeżeli będzie chciał mieć ochronę praw autorskich to będzie musiał podpisać cyrograf z firmą, która „zadba” o jego prawa. Dokładnie takie zjawisko obserwujemy na YouTube. YouTuberzy, którzy chcą, żeby ich prawa autorskie były chronione, muszą dołączyć do MCN-ów (Multi-channel network).

Oczywiście należy zaimplementować narzędzia, które będą chroniły twórców. To jest jasne, jednak problem polega na tym, że obecnie tworzymy narzędzia, które w Internecie chronią prawa majątkowe wielkich firm, bez utworzenia narzędzi do ochrony praw konsumenta/obywatelki/człowieka.

Michał Szymanderski – Pastryk


[sc name=”wesprzyj” naglowek=” Dorzuć swoją cegiełkę do walki o demokrację i państwo prawa!” tresc=” Twoja pomoc pozwoli nam dalej działać! „]

Michał Szymanderski-Pastryk

Zajmuje się w Obywatelach RP social mediami i szeroko pojętym marketingiem. Odpowiada za większość treści, które widzicie na naszym Facebooku i Twitterze. W przeszłości związany z Amnesty International, gdzie pracował przez trzy lata w fundraisingu i przez pół roku był członkiem zarządu.

2 komentarze do “ACTA 2 – ludzie, nie korporacje!

  • 2 kwietnia, 2019 o 22:12
    Bezpośredni odnośnik

    Niestety nie mam dziś czasu odpowiedzieć mojemu koledze . Obywateli RP, Ale zrobie to z pewnością. To idealny przykład, by pokazać czym różni się współczesny egoistyczny i przede wszystkich krótkowzroczny świat użytkowników Internetu od tych, którzy wychowali się albo uznają prawa ekonomii oraz patrzą na świat z perspektywy dalszej niż prawa pojedynczych użytkowników internetu.

    Odpowiedz
  • 4 kwietnia, 2019 o 23:28
    Bezpośredni odnośnik

    Staram się zrozumieć ten pogląd, że kosztem praw jakiejś części ludzi dba się o „prawa” większości. Także taki, że nie należy starać się regulować respektowania praw mniejszości, bo i tak rządzą komercyjni giganci. Nie ważne, że de facto ta mniejszość jest okradana. Większość ma mieć swój żer za darmo, bo „to im się należy”.
    Dyrektywa nie ogranicza wolności słowa. Niczego nie ogranicza o ile korzystamy z tego prawa choć trochę uczciwie, poczynając od koncernów multimedialnych.
    Proponuję, aby Panoptykon, Bezpiecznik itd. skupiły się w tej sprawie na wolności do dysponowania własną twórczością, na wolności od okradania i wykorzystywania w majestacie „bezprawia”.

    PS. Przynajmniej jeden europoseł, który głosował przeciw, miał w swoim czasie, w ministerstwie którym kierował, lobbystów zwanych „otwartystami”. Był nawet pozew sądowy z ich strony przeciwko „nam” (w cudzysłowie, bo tak naprawdę przeciwko jednej osobie), ale z powodu braku kasy na lata procesu musieliśmy pójść na ugodę.

    PS. 2. Stanowczo opowiadam się po stronie Wojtka Fuska.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *